Bądźcie wierni do końca

Z liderem zespołu New Day, Rafałem Boniśniakiem, o muzyce, nawróceniu i spotkaniu z błogosławioną piątką oratorianów rozmawiają Anna Jakubowska i Katarzyna Ciesielska

Na Waszej stronie internetowej można przeczytać, że jesteście wyjątkowym zespołem na tzw. scenie dobrej muzyki. To, że jesteście wyjątkowi, już wiemy, ale powiedz nam, czym jest według Ciebie dobra muzyka?

Według mnie to muzyka, która niesie pozytywne, dobre treści, dobrego ducha. To muzyka, która nie jest agresywna, ale nie w sensie muzycznym, tylko taka, która nie ingeruje w życie człowieka, narzucając mu coś. Dla mnie dobrą muzyką jest np. muzyka hip-hopowa, jeśli ma dobre treści i nie nakłania do złego. 

Gracie muzykę chrześcijańską, śpiewacie o Bogu i domyślam się, że za wyborem takiego a nie innego rodzaju muzyki stoi doświadczenie spotkania Boga. Czy chciałbyś się podzielić swoim spotkaniem z Chrystusem, doświadczeniem nawrócenia?

Każdy ma swoją osobistą historię spotkania z Bogiem. Powiem tak ogólnie za wszystkich. Każdy z nas wyrasta z różnych środowisk, jesteśmy w różnych wspólnotach, Kościołach i to jest ciekawe doświadczenie czerpania od siebie nawzajem. Nie znam wspólnoty Adama, ale podoba mi się w niej to, że dbają, by się razem spotykać, by mieć ze sobą bliższy kontakt i że te spotkania są dla nich ważne. Sam mam za sobą dwa lata formacji neokatechumenalnej – uważam, że to był dobry czas w moim życiu. Ponieważ pochodzimy z różnych miast - poza mną i Mirkiem - więc spotykamy się głównie na wyjazdach, na koncertach. Te spotkania mają często taki wydźwięk, że rozmawiamy o tym, co się wydarzyło w naszych środowiskach – i to też jest ciekawe.

Jako nastolatek bardzo chciałem grać na perkusji. Zapisałem się do szkoły muzycznej, bo interesowałem się szczególnie muzyką jazzową. To był czas, kiedy wydawało mi się, że bycie w Kościele jest nie dla mnie. Ostatnim etapem mojego związku z Kościołem było bierzmowanie, potem zerwałem wszelkie kontakty. Wydawało mi się, że nie jest mi on do niczego potrzebny. Grałem wówczas w zespole, którego piosenki stanowiły atak na Kościół, jak np. utwory Czarni jeźdźcy czy Daj na tacę. To był dość długi okres w moim życiu. 

Kiedy przyjechałem do Torunia, do średniej szkoły muzycznej, zacząłem grać z kilkoma zespołami jazzowymi. Muzyce towarzyszył alkohol, nocne życie, kluby. Wtedy zacząłem obserwować, że wielu moich przyjaciół uzależnia się od alkoholu lub narkotyków.

Kończąc szkołę muzyczną w wieku 19 lat, zacząłem się zastanawiać, co jest dla mnie tak naprawdę w życiu ważne. Uświadomiłem sobie, że muzyka, która była dla mnie najważniejsza, przestała mi wystarczać, nie dawała satysfakcji. Co z tego, że zagrałem kolejny koncert? Co z tego, że nagrałem jakąś płytę? Zacząłem rozmyślać nad sensem mojej pracy. Bóg sprawił, że spotkałem Tomka Kamińskiego, który zakładał swój nowy zespół. Poprosił, abym pomógł mu skompletować muzyków. 

Podczas jednego z koncertów koleżanka z zespołu 2 Tm 2,3, Beata Kozak, zaczęła mi opowiadać niesamowite rzeczy o Jezusie i o tym, że życie z Panem Bogiem jest lepsze. Oczywiście, miałem mnóstwo argumentów na „nie”, jednak te rozmowy pozostawiły pewien ślad i sprawiły, że zacząłem o tym myśleć. Sięgnąłem nawet do odpowiedniej lektury. Zaczęło do mnie docierać, że muzyka jest dla mnie sposobem życia, ale tak naprawdę nie daje mi poczucia wartości i spełnienia. Jedyne, co mogę zrobić, to wołać o ratunek do Jezusa. Dotarło do mnie, że Jezus kocha mnie takim, jakim jestem. To było cudowne odkrycie, którego nie zapomnę do końca życia! I tak krok za krokiem szedłem w stronę Jezusa. Dziś ta podróż trwa i jest to najpiękniejszą wyprawą, na której byłem i nadal jestem.

Wasza ostatnia płyta jest o piątce błogosławionych oratorianów – skąd się wziął pomysł na taką płytę?

Dostałem kiedyś gazetę „Don Bosco” i był tam o nich artykuł, ale w ogóle mnie nie zainteresował, więc odłożyłem ją na półkę. Potem dostałem książkę Wierni do końca. Przeczytałem ją, ale i ona poszła na półkę. Po jakimś czasie dostałem mailem listy „Piątki” – one nie są nigdzie opublikowane. Zostały przetłumaczone spontanicznie z języka niemieckiego na język polski, ale nie literackim językiem, tylko często z błędami. Tych listów nie czyta się jako coś poetyckiego, tylko jak czyjeś zwykłe myśli. I one są najbardziej uderzające, wartościowe. Dały mi dużo do myślenia i stały się natchnieniem do powstania najpierw jednej, dwóch, trzech piosenek, a potem całej płyty. Już wiedziałem, o czym ona ma być. Najgorzej było to ugryźć temat, który kojarzył się z II wojną światową. Uciekałem od czegoś, co ma związek z historią, ponieważ dla niektórych osób jest to na pierwszy rzut oka nudne. 

Czy te listy, które można nabyć wraz z Waszą najnowszą płytą, to są listy, które były pisane po niemiecku i cenzurowane przez gestapo – jak czytamy w książce Wierni do końca Mariana Orłonia – czy też są to listy, które były potajemnie wysyłane, tzw. grypsy, do domu w paczce z rzeczami?

To są ich ostatnie listy napisane przed zgilotynowaniem, czyli 24 sierpnia 1942 r. Były napisane po niemiecku, ponieważ w czasie II wojny światowej więźniowie, jeśli pisali do swoich bliskich, musieli przestrzegać przepisu, że nie wolno im było pisać po polsku. Dlatego też uczyli się niemieckiego w więzieniu, mieli książkę do nauki niemieckiego . Te listy zostały potem przetłumaczone na język polski, a te ostatnie są najbardziej wiarygodnie.

Czy w trakcie tworzenia tej płyty – muzyki, tekstów mieliście okazję rozmawiać ze świadkami, którzy pamiętają „Piątkę” – np. z ich kolegą i współwięźniem, Henrykiem Gabryelem?

To byłoby trudne z dwóch powodów, ponieważ część z nich jest rozsiana po Polsce, część z nich mieszka w Poznaniu, ale często są to już starsze osoby i trudno jest z nimi porozmawiać – dla nich wspomnienia są już troszeczkę zamazane i nie wszystko pamiętają. Dlatego dobrze, że to wszystko jest spisane. Korzystałem głównie z archiwum ks. Godynia z Poznania, który ma naprawdę doskonałą bibliotekę – jeśli chodzi o materiały archiwalne, listy, artykuły, wywiady z tymi osobami – one są nagrane specjalnie na taśmach i kasetach video, jest nawet materiał filmowy. Wszystko to przejrzałem. Zanim jakiekolwiek słowa piosenek zaczęły powstawać, te wszystkie materiały zostały przeze mnie przeglądnięte. To trwało około miesiąca, bo jest ich bardzo dużo. 

A co z ks. Musielakiem?

Ks. Musielak już nie żyje, ale to on przygotował materiały do beatyfikacji. On od początku był za „Piątką” – znał ich i miał po nich bardzo dużo pamiątek.

Co Cię szczególnie zainteresowało, pociągnęło w przykładzie „Piątki”?

Poza książką Wierni do końca i nieopublikowanymi listami jest o nich bardzo mało materiałów . Nie ma gdzie ich szukać i to był kolejny bodziec do tego, żeby o „Piątce” myśleć w kategorii uniwersalnej – żeby się nimi zainteresować. W nich intryguje to, że byli tacy normalni, tak, jakbyś spotkała na podwórku swojego kumpla i to mógłby być jeden z nich. Czasami tak patrzę na Tomka, na Mirka... Każdy z tej „Piątki” był inny. Każdy miał inne cechy charakteru i można takie rzeczy dopasować do ludzi. To byli bardzo fajni, normalni chłopacy. Tacy, jak my.

Wydaliście płytę, teraz czekamy na film o „Piątce”?

Jest pomysł na 40 minutowy film dokumentalno-fabularno-muzyczny, w którym będzie muzyka z płyty, fabuła, ale też dokument przeplatany wywiadami ze świadkami, którzy jeszcze żyją – bo dużo takich materiałów jest nagranych i nie wykorzystanych. Grzegorz Sadurski będzie reżyserem tego filmu, zdjęcia będą robione na wiosnę. Przy tej okazji pewnie powstanie teledysk – jest już napisany scenariusz do tytułowej piosenki.

Powiedz coś jeszcze o Waszym pomyśle, który nazywa się „Modlitwa za młodych”.

Inicjatywa zrodziła się w redakcji „Don Bosco” w Poznaniu: zaczęli się modlić za wszystkich młodych ludzi, którzy poszukują drogi, którzy są zagubieni, którzy nie bardzo wiedzą, jak żyć, szukają sensu życia. Członkowie redakcji wpadli na pomysł, by modlić się o to do „Piątki”, ponieważ to są ludzie, którzy rozumieją problemy młodych, ich sytuację. Potem modlitwa rozrosło się na Poznań – na dwa kościoły, które są związane z salezjanami. Myśmy się do tego przyłączyli, dlatego treść modlitwy do bł. „Piątki”, która jest odmawiana codziennie o 15.00, jest umieszczona w książeczce dołączonej do płyty oraz na naszej stronie internetowej.

Czy doświadczasz orędownictwa bł. „Piątki” w swoim życiu?

Kiedy robiliśmy płytę, były trudne momenty, sytuacje i wtedy „Piątka” bardzo pomagała. Mam sznureczek – relikwię Edka Klinika - i noszę go w portfelu na sercu. Kiedy się coś dzieje, wierzę, że on mi pomaga. Dzięki orędownictwu „Piątki” wierzyliśmy, że wydanie naszej nowej płyty musi się udać.

W jednym z wywiadów, którego udzieliliście, powiedziałeś, że chciałbyś, aby wasza płyta stała się impulsem do poszukiwania własnej drogi świętości. Co byś poradził młodym ludziom, jak mają szukać tej drogi?

Biblia, modlitwa, a na przykładzie „Piątki” – oni są takim „przepisem” postępowania ku świętości. Nie szukali ratunku czy oparcia w jakichś sytuacjach czy rzeczach. Dla nich drogowskazem była modlitwa, Eucharystia. Poprosili księdza, który udzielił im komunii przed śmiercią, aby był przy ich zgilotynowaniu i trzymał wysoko podniesiony krzyż. Krzyż był im oparciem na wszystkie ich troski. Nie szukali oparcia w człowieku, mimo że byli świetnymi przyjaciółmi, wspierali się nawzajem, dzielili się chlebem. Jest taka scena opisana w Wiernych do końca, jak jeden z nich odkładał chleb pod siennikiem na święta, a potem ten chleb spleśniał. Ten chleb był odkładany dla przyjaciół - współwięźniów. Jeden z nich pisał w liście: Jak silna jest ta nasza wiara, jak bardzo cierpią ci, który jej nie mają. A propos więźniów, ktoś z nich pisał, jak wiele zła jest wśród samych więźniów, ile złości i przemocy – jak oni nie mają wiary, jacy są nieszczęśliwi. A oni mimo że byli zamknięci, prześladowani, czuli się szczęśliwi. Potrafili dać sobie radę z tą sytuacją, ponieważ mieli oparcie w Bogu.

A jak zdobyć taką wiarę, którą miała bł. „Piątka” – taką, która przetrwa wszystkie kryzysy, trudności - wiarę heroiczną?

Myślę, że już odpowiedziałem ci w poprzednim pytaniu. Komunia była dla nich siłą. Zauważ, że gdy byli na wolności, codziennie uczestniczyli we Mszy św. i jeśli im tylko sumienie pozwalało – przystępowali do Komunii. Mieli solidne przekonanie, że ona jest dla nich oparciem. Kiedy człowiek nie ma wewnętrznej jasności, to - nie chciałbym powiedzieć, że powinien zmusić się do pójścia na Mszę św. ale - powinien na nią pójść. Często tego doświadczam, że po Komunii św. wszystko staje się jasnością, że to, co było przed godziną niezrozumiałe, po Mszy św. okazuje się proste.

Na koniec prosimy o kilka słów – o przesłanie dla naszych Czytelników

Nigdy nie traćcie nadziei, nawet jeśli jest bardzo źle w Waszym życiu. Pan Bóg ma dla was plan i nie należy poddawać się trudnym chwilom życia. Miejcie nadzieję, ufajcie i bądźcie wierni do końca.

 

Toruń, 22 września 2006 r.

Wywiad został autoryzowany, opublikowany w "Posłaniu" 11/2006

 

 Zdjęcie pochodzi z oficjalnej strony zespołu New Day