Kiedy wielbimy Boga, jesteśmy błogosławieni

O Bożych obietnicach, ćwiczeniach z uwielbienia i ziarnie bambusa, które kiełkuje po 5 latach z o. Józefem Witko OFM rozmawia Tomasz Kalniuk

Witamy o. Józefa Witko, franciszkanina, który już kolejny raz głosił w Toruniu rekolekcje, tym razem zatytułowane „Jerycho – moc uwielbienia. Burzenie twierdz warownych”. Ojcze Józefie, czym jest Jerycho w życiu wierzącego?

W Biblii Jerycho jest miastem, które stanęło na przeszkodzie synom Izraela w wejściu do Ziemi Obiecanej. Bóg zburzył je dzięki wierze i posłuszeństwu swojego ludu. Dla nas jednak Jerycho to nie tyko coś, co stoi na przeszkodzie, ale jest ono także symbolem czegoś, czego nie mamy – na przykład zdrowia, wolności, pomyślności – a co chcielibyśmy zdobyć.

Podczas rekolekcji wielokrotnie padały słowa, że niemożliwe staje się możliwym dla tego, który wierzy. Czy mamy przez to rozumieć, że już odtąd nie będzie cierpienia, zła, chorób?

Cierpienie i choroby będą, dopóki świat istnieje. Ale – tak jak mówi Jezus – wszystko jest możliwe dla tego, kto wierzy (Mk 9,23). Świat, który jest dotknięty bólem, cierpieniem, chorobą, nieszczęściem, wcale nie musi być taki, bowiem tam, gdzie jest Bóg, wszystko się zmienia. Ktoś, kto wierzy, nabiera mocy Ducha Świętego, który działa przez wiarę w konkretnej sytuacji. Kiedy człowiek otwiera się na Pana Boga – a wiara to zaufanie do Niego – wtedy pozwala, aby On przemieniał jego życie. Wówczas nie tyle sam się trudzi, ile jest świadkiem tego, co Pan czyni dla niego. To sprawia, że zaczyna wielbić Boga, bo On walczy za niego, przychodzi mu z pomocą.

Czy zatem człowiek, który doświadcza trudności, chorób, ma za nie dziękować Bogu i uwielbiać Go? To nie jest reakcja, która naturalnie przychodzi nam do głowy.

Święty Paweł pisał w swoich listach: „za wszystko dziękujcie” (por. 1 Tes 5,18). Nie wskazywał, żeby dziękować tylko za dobro. Jezus w Ewangelii obiecał: Jestem z wami przez wszystkie dni (Mt 28,20) – nie tylko te dobre, ale również te złe. W Starym Testamencie Bóg powiedział: „nie opuszczę cię ani nie porzucę” (por. Pwt 31,6). Kiedy doświadczamy zła, trudności, chorób, nasza wdzięczność i radość rodzą się z wiary w Opatrzność Bożą – że jest Bóg, a Jego obecność gwarantuje nam, że to, co się dzieje w naszym życiu, nie wymknęło się spod Jego kontroli, ale wszystko wpisuje się w Jego wolę. Skoro wolą Bożą jest nasze zbawienie, to znaczy, że ta sytuacja niesie nam dobro. Hiob stwierdził: Dobro przyjęliśmy z ręki Boga. Czemu zła przyjąć nie możemy? (Hi 2,10). Człowiek, który wierzy, przyjmuje wszystko od Boga, bo wie, że to, co pochodzi od Niego, jest dobre, nawet jeśli zostało naznaczone bólem i cierpieniem. Stąd radość, uwielbienie, kiedy odkrywam, że w tę konkretną sytuację, która jest zła, trudna, bolesna, wlewa się obecność Boga. Wtedy wszystko zaczyna się zmieniać. To tak, jakby światło pojawiło się w ciemności. Uwielbienie jest sposobem umożliwiającym nam doświadczenie obecności Boga i Jego mocy, która zmienia wszystko.

Czy jest możliwość, że się pomylimy, bo weźmiemy za wolę Bożą jakąś trudną sytuację, chorobę?

Wolą Bożą jest nasze zbawienie. Jest ono wyzwoleniem ludzkości od rządów szatana oraz unicestwieniem największego wroga człowieka – śmierci. Święty Paweł w Liście do Rzymian, pisząc o zbawieniu, używa greckiego słowa soteria: Bo ja nie wstydzę się Ewangelii, jest ona bowiem mocą Bożą ku zbawieniu dla każdego wierzącego (Rz 1,16). Oznacza ono nie tylko przebaczenie, ale uzdrowienie, uwolnienie i ogólnie dobre samopoczucie. Innym słowem oznaczającym ‘zbawienie’ w Nowym Testamencie jest przymiotnik sozo – zbawiony, uleczony i uwolniony. To słowo jest użyte np. w Ewangelii świętego Łukasza: Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju (7, 50). Uzdrowienie jest zatem zawarte w pakiecie zbawienia.

Kiedy Paweł pisze, że Bóg nas zbawił, chce też powiedzieć, że nas uzdrowił, uwolnił, dobre samopoczucie. Kiedy diabeł nas atakuje, pojawiają się choroby czy nieszczęścia, wtedy ludzką rzeczą jest narzekać, martwić się, wyrażać złość, gniew, dezaprobatę. Dzieje się tak, bo takie mamy serce. Jezus mówi, że to z niego pochodzi całe zło: bałwochwalstwo, złość, gniew, pijaństwo, narzekanie, martwienie się (por. Mt 15,10-20) i czyni człowieka nieczystym. Kiedy pojawia się trudna sytuacja, człowiek reaguje w taki sposób, jakie ma serce. Kiedy wyraża złość, gniew, nienawiść, niechęć, w pewnym momencie podobne uczucia ma względem Boga i mówi: „Boże, dlaczego, za co? Z jakiego powodu akurat mnie to spotkało?”. Szatan to wykorzystuje, by człowiek już nie ufał Panu Bogu, nie wierzył Mu. Słowo Boże mówi, że zło powinniśmy zwalczać dobrem, nigdy złem. Jezus wskazuje: „Po owocach ich poznacie”. Dobre drzewo wydaje dobre owoce, złe – przeciwnie. Jeżeli mam dobre serce, nieważne, jaka jest sytuacja – z tego serca wyjdzie zawsze dobro. Narzekanie, lęk, martwienie się, użalanie się nie są dobre. A zatem sytuacje, które Bóg dopuszcza dla mojego dobra, stają się lustrem odbijającym stan mojego serca, a tym samym niezwykłą łaską. Ważne, by mieć świadomość, że wolą Boga nie jest, abym chorował, doświadczał nieszczęścia. Bóg, dopuszczając te sytuacje, wpisuje je w swoją wolę, aby pokazać stan mojego serca, abym mógł się tego wyrzec, poprosić Go, by je oczyścił, przemienił, uzdrowił. Mogę wówczas powiedzieć: „Boże, naprawdę dziękuje Ci za tę trudną sytuację, bo widzę, że brak mi cierpliwości, miłości. Myślałem, że potrafię przebaczać, a jednak nie. Czuję złość i niechęć do tego człowieka. Przepraszam Cię. Skoro to dopuściłeś, dziękuję Ci”. Kiedy zaczynam uwielbiać Boga, miejsce narzekania, użalania się nad sobą, zajmuje radość, pokój. Sytuacja zewnętrzna może się nie zmienić, ale przemienia się moje serce. Uspokajam się, czuję radość. Skoro jest Bóg, to nawet to zło zamieni się w dobro. Dla nas, ludzi, jest to niezwykła łaska – możliwość uwielbiania Boga.

Jest jeszcze inny sposób patrzenia na tę sytuację. Jezus mówi, że błogosławieni są ubodzy, cisi, którzy cierpią, są prześladowani. Słowo „błogosławiony” tłumaczy się jako „szczęśliwy”. Dla nas szczęście wiąże się z jakimś dobrem. Kiedy widzimy, że ktoś wraca do zdrowia, gdy układa mu się w życiu, stwierdzamy, że jest szczęśliwy, a jeśli widzimy kogoś, komu się nie wiedzie, mówimy, że to człowiek nieszczęśliwy. Słowo „błogosławiony” w języku polskim nie do końca oddaje całą treść, jaka kryje się w greckim makarios. Grecy tego określenia używali w odniesieniu do bogów, ale tak też nazywali wyspę Cypr (he makaria – ‘szczęśliwa wyspa’). Niczego na niej nie brakowało. To, co tam było, sprzyjało życiu – owoce, warzywa, woda, dobry klimat. Człowiek, który tam mieszkał, miał wszystkiego pod dostatkiem i czuł się szczęśliwy. Słowo „błogosławiony” pokazuje, że ten jest szczęśliwy, komu wszystko sprzyja, nawet nieszczęście. A takim może być tylko ten, kto ma Boga. To dzięki Niemu w życiu człowieka każda okoliczność prowadzi do szczęścia, nawet nieszczęście. Nawet upadek w grzech będzie sprzyjał jego szczęściu – jego nawróceniu, umocnieniu. Kiedy żyjemy uwielbieniem Boga, jesteśmy błogosławieni. Jeśli czynimy to w każdej sytuacji – niezależnie, dobrej czy złej – ona sprzyja naszemu szczęściu, najpierw w sercu, a później też na zewnątrz – w naszych małżeństwach, rodzinach.

To bardzo dobra nowina i ona zmienia diametralnie perspektywę, ale chciałbym jeszcze o to dopytać. Rozumiem, że naturalną reakcją na zło, które nas spotyka jest niezadowolenie, narzekanie, buntowanie się. Jest też druga postawa człowieka wierzącego, który wszystko, co się dzieje w jego życiu, przyjmuje bezkrytycznie. Czy zatem jakakolwiek choroba, doświadczenie, które przychodzi na nas, jest wolą Bożą?

Nie, nie jest wolą Bożą, ale wpisuje się w nią. Kościół uczy nas o Bożej Opatrzności, czyli nie ma czegoś takiego jak fatum czy zbieg okoliczności. Cokolwiek się dzieje w naszym życiu, nawet mój grzech, wpisuje się w wolę Bożą. Bóg szanuje moją wolną wolę, mój wybór, dlatego jeśli wybieram grzech, On też mój wybór aprobuje i to się wpisuje w Jego wolę. Człowiek wierzący, kiedy upadnie, nie popada w rozpacz, bo jest Bóg. To już daje nam powód do uwielbienia. To nie jest tak, że aprobuję grzech, zgadzam się na niego, ale kiedy już upadnę, nie robię z tego tragedii, bo jest Bóg, który mnie podniesie. Nie zawiodłem Go, On mnie zna. Zawiodłem siebie, bo miałem siebie za kogoś lepszego. Wydawało mi się, że znam siebie, że nie popełnię jakiegoś grzechu, a jednak. Jeżeli z tego powodu się złoszczę, popadam w rozpacz, to znaczy, że jest we mnie pycha. Cierpię nie dlatego, że obraziłem Pana Boga, ale że zawiodłem siebie. Bóg wiedział, że upadnę. Kiedy natomiast upadnę i powiem: „Boże, wiedziałeś, że tak się stanie i dziękuję Ci za to, że jesteś” – w tym momencie rodzi się uwielbienie, bo dzięki Panu Bogu ten grzech nie ma nade mną władzy. Wyrzekam się go, a Pan bierze go na siebie, udziela mi łaski przebaczenia. Ponieważ jest Bóg, w sercu trwa radość, nawet w upadku. W Wielką Sobotę śpiewamy o grzechu pierworodnym: „błogosławiona wina”. To jest właśnie to: ponieważ jest Bóg, wszystko sprzyja naszemu szczęściu. Nawet z nieszczęścia w postaci upadku czy jakiejś tragedii On wyprowadza dobro. To jest powód do radości. Nie akceptujemy grzechu czy zła, sprzeciwiamy się mu. Gdybym akceptował chorobę, to bym nie szedł do lekarza. Jeśli ktoś mówi, że choroba jest wolą Bożą i nie będzie się leczył, to grzeszy, łamie piąte przykazanie. Mamy ratować siebie i innych. Święty Jan Paweł II mówił: kiedy zobaczysz chorego, to mu pomóż, jeśli jesteś lekarzem, wykorzystaj swoją wiedzę, użyj swoich zdolności, albo przynajmniej bądź z tym człowiekiem, odwiedź go, a już bardzo pomożesz, będzie mu lżej, łatwiej. Powinniśmy się ratować. Jezus uwalniał z chorób, a święty Łukasz napisał, że uzdrawiał wszystkich, którzy byli pod władzą diabła (Dz 10,38). Znaczy to, że choroba jest jednym z narzędzi, którymi diabeł się posługuje, żeby nas niszczyć. Jeśli ktoś jest chory, jego życie zaczyna szwankować, staje się niezdolny do pomocy innym, ale i sobie. Czasem jednak Pan Bóg ją dopuszcza. Jeśli, na przykład, nie dbam o siebie, nie odżywiam się, wchodzę tam, gdzie jest dużo bakterii i zachoruję, to nie mogę winić Pana Boga, że taka była Jego wola. Raczej moja głupota, że nie dbałem o siebie i poniosłem tego konsekwencje. Kiedy jednak to się stanie, mogę powiedzieć: „Boże, dziękuję Ci, że to mi się przytrafiło, bo uświadamiam sobie, że muszę zadbać o siebie, lepiej się odżywiać. Moje ciało zostało mi dane po to, bym żył na ziemi i pełnił Twoją wolę. Nie mogę go niszczyć, doprowadzać od ruiny”.

To, co Ojciec mówi, jest mocno osadzone w Biblii, a mam wrażenie, że ta nauka była przemilczana przez wiele pokoleń. Jest w tym powiew nowości.

Myślę, że to nie było przemilczane, tylko w Kościele często kładzie się nacisk na pewien aspekt świętości. Wiemy, że św. Franciszek, ale i św. Jan Paweł II zwracali na to uwagę, że smutny święty to żaden święty. Chrześcijaństwo musi być radosne, dlatego że mamy nadzieję w Chrystusie, nadzieję życia wiecznego, przemiany świata, mocy, która doskonali się w słabości. Dzięki Jezusowi nie musimy chodzić smutni, bo dla człowieka wierzącego wszystko sprzyja jego szczęściu, bo jest błogosławiony, jest naznaczony mocą Chrystusa Zmartwychwstałego. Jeśli chcemy przeżywać świętość na co dzień, musimy być radośni. Święty Paweł zachęcał: Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie (1 Tes 5,16-17). Dawid w jednym z psalmów pisał: Raduj się w Panu, a On spełni pragnienia twego serca (Ps 37,4). Słowo Boże w wielu miejscach zwraca naszą uwagę na to, że radość jest znakiem obecności Boga. Radujemy się nie z tego powodu, że zdobyliśmy kolejną wspaniałą rzecz, tylko dlatego, że jest Bóg. To jest powód do radości. Skoro On jest, to wszystko w życiu będzie mi się układać, a jeśli coś nie byłoby po mojej myśli, i tak Bóg obróci to w dobro dla mnie. Ta radość sprawia, że nie ma czasu na smutek, zmartwienie, narzekanie, bo uwielbienie, dziękczynienie czy radość są egzorcyzmem dla mojego umysłu. Szatan nie wtłoczy w mój umysł jakichś negatywnych treści.

A jak radować się w sytuacji, kiedy osoba wierząca jest uczestnikiem np. takich rekolekcji, nie można jej oskarżać o brak wiary, ufa Panu Bogu, że dokona się uzdrowienie u niej czy u kogoś bliskiego – a przez długi czas nie widać efektów?

Wiara dotyczy obietnic, często natomiast kojarzy nam się ona z rzeczami materialnymi czy też doświadczalnymi przez zmysły. Trzeba wziąć pod uwagę, że wiara i martwienie się czy lęk mają coś wspólnego: dotyczą przyszłości. Nie znamy jej, jest przed nami zakryta. Zarówno ten, kto wierzy, jak i ten, kto się martwi, nie wie, co będzie, ale ten, który się martwi, żyje w lęku, spodziewa się zła, a ten, który wierzy, spodziewa się dobra. Dlaczego? Bo wiara związana jest z obietnicami. Co nam Bóg obiecał? Na przykład: „Oto uzdrowię ciebie” (por. Iz 38,5). Tak mówi Bóg przez proroka Izajasza do Ezechiasza, króla judzkiego, który śmiertelnie zachorował. W Ewangelii Jezus mówi: Tym, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w Imię moje (…) na chorych ręce kłaść będą i ci odzyskają zdrowie (Mk 16,17-18). To jest obietnica. Ma się ona dokonać w jakimś czasie. Nie wiemy, w jakim. Jeśli kieruję się wiarą, to niezależnie od tego, co widzę, co odbieram przez zmysły, spodziewam się uzdrowienia i już się z niego cieszę. Jeśli natomiast kieruję się zmysłami, rzeczywistość jest taka, jaka jest, przychodzę do domu i zmysł wzroku czy dotyku będzie mi mówił: nic się nie zmieniło.

Kiedy się skupiam na zmysłach, nie mam wiary. Popadam w smutek, rozpacz, nawet złość, bo miało być uzdrowienie, a go nie ma. Dlaczego tak się dzieje? Zmysły mnie blokują. Wiara nie ma nic wspólnego ze zmysłami, dotyczy rzeczywistości niewidzialnej, związana jest z obietnicami. Kiedy pojawi się doświadczenie, nie ma już wiary. Ona jest, zanim nastąpi doświadczenie. Jezus mówi: Według wiary waszej niech wam się stanie (Mt 9,29). Teraz albo w jakimś czasie. Bóg już wybrał ten czas, ale muszę wierzyć. To tak jak z Eucharystią. Kiedy kapłan wypowiada słowa konsekracji nad chlebem i winem, chleb przestaje być chlebem, a staje się Ciałem, wino przestaje być winem, a staje się Krwią Chrystusa. Wszyscy w to wierzą wbrew zmysłom. Przystępując do komunii świętej, widzą chleb, nie Ciało Jezusa. Zmysł smaku mówi, że to jest chleb i wino. Zmysł dotyku tak samo. Ale wiara mówi, że nie – to już nie jest chleb i wino, ale Ciało i Krew Jezusa. Chodzi o to, żeby w taki sam sposób podejść do uzdrowienia czy uwolnienia. Zmysły nie są w stanie dostrzec tej rzeczywistości, która dana nam jest przez wiarę.

Jezus nie powiedział, że zdrowie odzyskają niektórzy albo ci, którzy na to zasłużyli, albo tylko dobrzy, tylko że zostaną włożone ręce z wiarą i ta osoba odzyska zdrowie. Zauważmy, że w wielu sytuacjach zarzucał uczniom brak wiary. Kiedy była burza na jeziorze, spał w łodzi, a oni, borykając się z silnym wiatrem i falami oraz widząc, że to, co się dzieje, przerasta ich możliwości, pełni lęku zbudzili Go, mówiąc: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?. Jezus uspokoił wzburzone fale i wiatr, a do nich powiedział: Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary (por. Mk 4,35-41). Właśnie brak wiary potęguje w nas lęk. Rzeczywistość, jaka nas otacza, może nas przerażać do tego stopnia, że będziemy robić wyrzuty Panu Jezusowi: „Gdzie jesteś? Dlaczego na to pozwalasz?”. Wiara pokazuje nam, że Bóg jest. Cokolwiek się dzieje, jest pod Jego kontrolą. Nie muszę bać się śmierci, bo jej dzień zna Bóg i przed nim nie ucieknę. Nie przedłużę ani nie skrócę życia nawet o jedną sekundę, bo moja śmierć jest wpisana w Jego wolę. Nieważne, czy są takie czy inne zamachy terrorystyczne, kataklizmy – ufam Panu Bogu. Nie żyję w lęku. Na każdego przyjdzie moment śmierci. Bóg o nim wie, więc cokolwiek się dzieje na zewnątrz, nie przeraża mnie, bo nawet jeśli teraz zginę, to moja śmierć wpisze się w wolę Bożą, nie ucieknę przed nią.

Jak nie pozbawić się wiary? Rozumiem, że w takich wyjątkowych momentach, jak rekolekcje, mamy jej przymnożenie. Osoby wierzą, że ich życie naprawdę się zmieni. Wracają jednak do codzienności i nie widać poprawy. Czas upływa, wszystko blednie.

Święty Paweł pisał: wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa (Rz 10,17). Rekolekcje to czas, kiedy głosi się Słowo. Ci, którzy w nich uczestniczą, jego mocą doświadczają wzrostu wiary. Poza tym jest wspólnota, którą na rekolekcjach tworzymy, są osoby, które prowadzą modlitwę, uwielbienie. To wszystko sprzyja rozwojowi wiary. Nawet jeśli ktoś ma ją bardzo małą, to i tak znajduje się w jej przestrzeni. Nie ma możliwości kierowania się niewiarą, bo wszystko sprzyja wierze – słowo, modlitwa, śpiew. Taki człowiek jest pełen mocy Ducha Świętego. Wraca jednak do domu, a tam rzeczywistość już temu nie sprzyja – są problemy, trudne sytuacje. Zostaje mu tylko to, co zdobył. Jeżeli jedynie na tym się oprze, bardzo szybko zgaśnie, wypali się jak świeczka. Trzeba ten płomień podtrzymywać właśnie poprzez słowo, uwielbienie, nieustanną lekturę Pisma Świętego, żeby się rozpalił. Jeżeli zaczynam rozniecać ognisko, to na początku płomień jest delikatny. Lekki wietrzyk sprawi, że zgaśnie. Ale kiedy się już rozpali, to ten sam podmuch wiatru będzie sprzyjał jeszcze jego większej sile. Z nami jest podobnie. Kiedy umacniamy wiarę, w pewnym momencie dochodzi do tego, że przeciwności życiowe jej nie gaszą, ale bardziej rozpalają i osoba zaczyna wielbić Boga. Jednak na początku człowiek powinien trafić do wspólnoty, być w środowisku, w którym wiara się będzie rozwijać, bo inaczej to może być godzina, minuta i podmuch wiatru sprawi, że cała euforia, radość, pokój znikną.

Ojcze, zastanawiam się nad sprawą czasu działania Pana Boga. Czy mam mieć pewność, że będę uzdrowiony, uwolniony i szczęśliwy jeszcze w tym życiu, czy jednak zakładać, że to wydarzy się po śmierci?

Nie zakładać, bo wtedy to sprzeciwia się wierze. Tu i teraz jestem szczęśliwy, a to nie wynika z tego, że coś dzieje się po mojej myśli. Jeżeli tak by było, to mało byłoby powodów do szczęścia. To, co się dzieje na świecie, raczej temu nie sprzyja. Ale to spojrzenie tych, którzy nie mają wiary. Tym, którzy wierzą, nawet nieszczęście sprzyja szczęściu. Są szczęśliwi niezależnie od sytuacji, okoliczności. Chodzi o szczęście, które płynie z obecności Boga. Ono dotyczy mojego serca. Mogę być chory i być szczęśliwy, mogę nie mieć wszystkiego i być szczęśliwy, mogę być kaleką i być szczęśliwy.

Czyli nie wszyscy będą uzdrowieni?

Wszyscy. Nie możemy zakładać przeciwnie. Ale mówimy o szczęściu i radości – to nie jest związane z uzdrowieniem czy uwolnieniem, ale z Bogiem. Człowiek szczęśliwy to taki, który niezależnie od sytuacji wielbi Boga i nie skupia się na braku czy chorobie. Ktoś, kto odkrywa Boga, jest już tak szczęśliwy, że nic więcej nie potrzebuje, nawet uzdrowienia.

Choć wydaje mi się, że wielokrotnie byłoby łatwiej wierzyć i budować swoją więź z Bogiem, gdyby Jego interwencja była wyraźniejsza.

Tak nam się wydaje, bo, czytając Ewangelię, widzimy, że Pan Jezus interweniował. Patrząc na historię wyjścia synów Izraela z Egiptu do Ziemi Obiecanej, czytamy o wielu znakach i cudach. A jednak wcale nie było im łatwiej. Nie potrafili uwierzyć. W chwilach trudnych, niesprzyjających wątpili i narzekali. Nam się to też przytrafia. Bóg chce nas uzdrowić – weźmy chociażby te wszystkie sytuacje z Ewangelii. Nie ma tam ani jednego przypadku, w którym by Jezus zostawił chorego i powiedział: „Dla ciebie będzie lepiej, jeśli nie wrócisz do zdrowia”. Uzdrawiał każdego. Tylko czy naprawdę wierzymy? Czy (…) Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? (Łk 18,8). Z jakiegoś powodu nasza wiara się nie rozwinęła. Jezus mówi, że gdybyśmy mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyśmy tej morwie: „Przesuń się i rzuć się w morze” i byłaby nam posłuszna (por. Łk 17,6). Zastanawiamy się, czy mamy wiarę wielkości ziarnka gorczycy, które jest najmniejsze z nasion. Ale nie przychodzi nam na myśl, że to ziarnko wsiane w ziemię nie od razu staje się drzewem, w gałęziach którego ptaki wiją gniazda. Musi upłynąć 6,7 lat. Kiedy Jezus mówi o wierze, ma na myśli także jej rozwój. Daj sobie czas, aż twoja wiara wzrośnie, podlewaj ją, dbaj o nią. Weźmy przykład nasiona bambusa. Wsiane w ziemię przez 5 lat leży i nie kiełkuje. Ktoś, kto po 3 latach nie widzi rezultatu, stwierdziłby, że nie ma sensu go podlewać, szkoda na to czasu. A ono dopiero po 5 latach zaczyna kiełkować i w ciągu paru tygodni urasta do ogromnych rozmiarów. Tak samo jest z wiarą. Cierpliwość, jak mówi Duch Święty w jednym objawień, jest ważniejsza od modlitwy, bo ona wskazuje na zaufanie Panu Bogu. Jestem cierpliwy w oczekiwaniu na spełnienie Bożych obietnic. Ufam Panu Bogu. Uzdrowienie zawsze na mnie spływa. Ono dotyczy mojego serca. Natomiast to, czy będę uleczony z takiej czy innej choroby – nie wiem, ale mam nadzieję, że poprzez uzdrowienie serca spłynie też na mnie uzdrowienie fizyczne. Żeby jednak być zdrowym na ciele, muszę coś zrobić. Jeżeli się źle odżywiam, nie ruszam, żyję w ciągłym stresie i przez to mam nadciśnienie czy cukrzycę, to czy jest to wina Boga, który nie chce mnie uzdrowić, czy raczej moja, że nie chcę zrezygnować ze złych nawyków? Bez zmiany postępowania nic się nie uda. Kiedyś Alan Ames – ma cukrzycę, jest trochę otyły – mówił, że pewnego razu Matka Boża powiedziała mu: „Alanie, mniej jedz i więcej się ruszaj!”. To była Jej odpowiedź na jego prośby o uzdrowienie. Przy uzdrowieniu serca też muszę z czegoś zrezygnować: ze złości, narzekania, martwienia się. Jeśli z tego nie rezygnuję, Bóg na siłę mnie nie zmieni. Dlatego uzdrowienie jest skierowane do tych, którzy go chcą. Chcesz być zdrowy – musisz coś zrobić, zrezygnować z tego, co jest przyczyną twojej choroby.

Odpowiadając na to pytanie, Ojciec powiedział, że z jakichś powodów nasza wiara się nie rozwija. W trakcie rekolekcji zwracał Ojciec uwagę na uwielbienie jako podstawowy język osoby wierzącej. Skąd czerpać siłę do uwielbienia w życiu codziennym i dlaczego ono jest tak istotne? Mam też wrażenie, że mówienie o uwielbieniu, dziękczynieniu to jest jakaś nowość w Kościele.

Może nie nowość, tylko mniej sobie to uświadamialiśmy. Eucharystia to sakrament uwielbienia. Adoracja Najświętszego Sakramentu to uwielbienie. Nie do końca raczej rozumieliśmy, na czym to uwielbienie polega, co to znaczy. Słowo „uwielbienie” tłumaczy się jako zgoda na życie i na to, co ono ze sobą niesie. Zgadzam się, wierząc, że moje życie wpisuje się w wolę Bożą. A wolą Bożą jest moje zbawienie, czyli dobro. Stąd to uwielbienie – zgoda. Natomiast narzekanie, martwienie się jest sprzeciwem. Jeżeli mówię: „Panie Boże, bądź uwielbiony w moim życiu, dziękuję Ci za wszystko, co się dzieje, bo wierzę, że to wpisuje się w Twoją wolę, że Ty pragniesz mojego dobra”, w moim sercu pojawiają się pozytywne uczucia. To tak jakbym mówił do siebie: „Jesteś dobry, wszystko, co się dzieje w twoim życiu, sprzyja szczęściu, wszystko przyniesie ci korzyść”. Te słowa budzą pozytywne uczucia, myśli i dobre nastawienie nawet do trudnych sytuacji. Stanie się natomiast przeciwnie, jeśli będę sobie mówił: „Jaki jestem biedny, jakie nieszczęście mi się przydarzyło. Gdzie jest Pan Bóg?”. Słowa, które rodzą się z negatywnych doświadczeń, prowokują podobne. Psychologia mówi, że w naszym mózgu powstają takie „rowki”, które „zapamiętują” nasze myślenie i postawy. Tworzą się złe nawyki. Człowiek później pod ich wpływem narzeka, nawet gdy dzieje mu się dobrze. Zauważmy, że wiele osób uskarża się, mimo że się im wiedzie, bo mają pracę, środki na utrzymanie, nie doświadczają większych problemów. Mówi się o Polakach, że wciąż narzekają, nie widzą dobra, tylko zło. A przecież kiedyś było gorzej, trudniej żyło się ludziom. Tego się nie widzi. Tworzą się koleiny i człowiek w nie wpada. Chociaż jest mu dobrze, to i tak narzeka. To też jest jakiś wyraz bluźnierstwa, bo zamiast oddać Bogu chwałę, przyczyniam się do jakiegoś zła zaprzeczającego dobroci Tego, który czuwa i troszczy się o mnie. Żeby zmienić te nawyki, w mózgu muszą powstać nowe „rowki”: uwielbienia, dobrego myślenia. Ktoś powiedział, że to, na co patrzysz, o czym myślisz, co mówisz – rośnie. Gdybym mówił o tobie, że jesteś zły, nienawidzę ciebie, nie akceptuję cię, nie chcę ciebie, w twoim umyśle pod wpływem tych słów zrodziłyby się złe myśli. One pobudziłyby twoje serce do złych uczuć. W rezultacie powiedziałbyś: „Nie chcę cię znać, odchodzę od ciebie”. Odchodząc, zabrałbyś ze sobą całą złość i gniew i przerzucił je dalej na inną osobę. W Księdze Przysłów czytamy, że słowami z ust swoich się wiążemy (por. Prz 6,2). Dlatego jeżeli ktoś nam powie: „Jesteś wspaniały, cudowny, jak miło być z tobą”, rodzą się w nas dobre myśli, uczucia i reakcja: „Chcę być z tobą”. Dlaczego lubimy przebywać z osobami, które nas akceptują, nie krytykują? Bo dobrze czujemy się w ich towarzystwie. Nawet jeśli wracamy do domu i jest jakaś trudna sytuacja, łatwiej ją przeżyć, bo mamy w sobie ładunek dobra. Jeżeli kumuluję w sobie negatywne nastawienie, nawet w dobrej sytuacji będę niezadowolony. Jedna iskierka sprawi, że wybuchnę z błahego powodu na kogoś, kogo kocham. Często tak się dzieje, że coś mnie drażni, powiem dwa, trzy słowa i nagle moja relacja ze współmałżonkiem czy z dzieckiem zostaje zerwana.

Co Ojciec poradziłby osobom, które kilkanaście czy kilkadziesiąt lat mają już za sobą i te nawyki to już nie rowki, ale rowy? Jak zacząć tę zmianę myślenia, żeby przestawić się na język uwielbienia i dziękczynienia?

Ze złymi nawykami nie trzeba walczyć. Często to porównuję do odbijania piłeczki pingpongowej. Kiedy uderzę nią o ścianę, piłeczka się odbije i wróci do mnie. Ilekroć ją uderzę, tylekroć będzie wracać. Trzeba ją zostawić, żeby poleciała tam, gdzie jej miejsce, a zająć się czymś, co jest dobre. Zamiast walczyć ze złymi nawykami, myśleniem, postawą, musimy podjąć decyzję o uwielbieniu, bo ono – tak jak radość czy przebaczenie – wymaga decyzji. Decyduję się wielbić Pana niezależnie od sytuacji, być teraz radosny bez względu na to, czy czuję w sercu radość; decyduję się przebaczyć. To jest decyzja, a nie uczucie. Nie bazuję na emocjach. Kiedyś przeczytałem o niezwykłym doświadczeniu Normana Cousinsa. Kiedy zdiagnozowano u niego nieuleczalną chorobę, sprowadził do swojego szpitalnego pokoju projektor filmowy i oglądał klasyczne komedie, śmiejąc się przy tym do łez. Śmiech, który mu towarzyszył, przyczynił się do jego wyleczenia. Po wyzdrowieniu zrezygnował z kariery dziennikarskiej i podjął się prowadzenia zajęć na jednej z prestiżowych uczelni medycznych, dowodząc, że emocje takie jak śmiech, radość mają niezwykłe znaczenie w procesie leczenia chorób ciała. Psycholodzy mówią, że wystarczy śmiać się 15 minut dziennie, a w ciągu roku schudniemy 2,5 kg. Mało tego, śmiech sprawia, że człowiek młodnieje. Ale nie tylko to, bo moja radość sprawi, że inni zaczną się cieszyć w sytuacjach, w których nie jest im do śmiechu, będą je inaczej przeżywać. Wówczas lęk, złość, gniew, martwienie się zostaną wyeliminowane. Łatwiej jest wtedy podjąć dobrą decyzję niż gdybym uczynił to w gniewie, smutku czy złości. Zazwyczaj postanowienia powzięte w takim stanie są błędne i jeszcze bardziej przyciągają to, co rani i boli.

Jeżeli radość jest decyzją, to czy mogę powiedzieć, że jestem w takim razie zobligowany do radości, uwielbienia, dziękczynienia?

Jeśli się na nie decydujesz, to tak.

Nie ma to za wiele wspólnego z sytuacją zewnętrzną, emocjami?

Wyobraź sobie, że jesteś kibicem i idziesz na mecz, a masz trudną sytuację w pracy czy w rodzinie. Jesteś smutny, przygnębiony, martwisz się, ale drużyna, której kibicujesz, nagle zdobywa gola. Czy dalej jesteś smutny? Raczej radość z tej wygranej jest tak ogromna, że to nieszczęście, które masz w domu, nie może się przebić. Wracasz jednak do siebie i ten stan pryska. To jest różnica między radością Bożą a ludzką. Boża radość sprawia, że wracasz do domu i nią przemieniasz tę sytuację, natomiast ludzka radość kończy się wraz z podnietą.

Myślę, Ojcze, że to może być trudne, zwłaszcza na początku, bo to będzie wydawać się sprzeczne z tym, co odczuwam, co się we mnie dzieje. Jak w tym nie ustać, jak to w sobie pielęgnować, żeby być wiernym tej decyzji?

Jezus mówi: (…) beze Mnie nic nie możecie uczynić (J 15,5). Licz zawsze na Jezusa, On ci w każdej chwili pomoże. Kiedy będzie ci ciężko i poczujesz, że tracisz radość, proś Go o pomoc. Jeżeli podejmiesz decyzję i będziesz się jej trzymać, zobaczysz rezultaty. Wszystko działa w czasie. Czas jest łaską. Obcego języka czy pływania nie nauczę się z dnia na dzień. Trzeba na to czasu. Uczymy się przez powtarzanie. Każdego dnia mam ćwiczyć i radość w pewnym momencie stanie się nawykiem. Już nie będę musiał się zastanawiać, myśleć o tym, ale na początku muszę sobie to zapisać, pamiętać, powtarzać, przynajmniej 3,4 razy w tygodniu i wracać do tego samego. Wtedy nastąpi utrwalenie. Ktoś dzisiaj się rozraduje albo przez trzy dni będzie radosny, ale w następnym tygodniu powie: „Próbowałem, ale nic z tego nie wyszło”. Spróbuj się w ten sposób nauczyć języka, a zobaczysz, czy po tygodniu będziesz umiał. Musisz powtarzać jedno i to samo, słuchać języka – będzie ci łatwiej. Tak samo ćwicz, wzbudzaj w sobie radość i szukaj takich sytuacji, które pomogą ci przynajmniej ją podtrzymać, bo na początku samemu człowiekowi będzie trudno – poprzez modlitwy, ale i radowanie się Bogiem, przebywanie z osobami, które są radosne. Wtedy jest łatwiej. Jeżeli przebywam wśród ludzi, którzy się radują, w pewnym momencie sam zacznę się radować.

Wiadomo, że języka najlepiej uczymy się w naturalnym środowisku.

Mówią też, że od dzieci. One również są zawsze radosne, niezależnie od sytuacji. Nie martwią się niczym, nie lękają. Cieszą się. Ktoś, kto ma dzieci, nawet dziadkowie, jest radosny, śmieje się, lubi patrzeć na nie, bo to dobrze usposabia. Dziecko wnosi dużo radości tam, gdzie jej już nie ma. Jezus powiedział: Jeśli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego (Mt 18,3). Powinniśmy tak jak dzieci przeżywać każdy dzień z radością, nie niepokoić się, bo jest Bóg, On się o nas troszczy. O nic się zbytnio nie troskajcie (Flp 4,6), nie martwcie się, nie lękajcie. Tych słów Jezus nie wypowiadał raz czy dwa, ale o wiele częściej, a więc jest to przesłanie dla nas ogromnie ważne. Lęk zabija w nas ducha radości. Jeżeli wskrzesimy ją w sobie, będziemy w niej trwać niezależnie od sytuacji. Tu nie chodzi o to, czy zostanę uzdrowiony, czy nie, bo radość i uwielbienie nie może być narzędziem czy magiczną różdżką. Czy jeśli nie nastąpi uzdrowienie, to nie ma sensu się radować i wielbić Boga? Raduję się Nim niezależnie od tego, czy mnie uzdrowi.

Chociaż powinienem spodziewać się tego, że mnie uzdrowi.

W oparciu o obietnice. Jeżeli Bóg mi zapowiedział uzdrowienie, to tak. W Piśmie Świętym mamy niejedną obietnicę. Ale ona może też się spełnić po śmierci. Wobec Abrahama Bóg wypełnił ją u schyłku jego życia. Dał mu syna, ale powiedział, że będzie miał potomstwo jak gwiazdy na niebie czy piasek morski. Obietnice są dalekosiężne.

Myślę, że pomocą dla wielu ludzi, którzy decydują się na uwielbienie, dziękczynienie, radość, są wspólnoty modlitewne, środowiska, w których uwielbienie powinno być atmosferą codzienną, naturalną. Z pewnością warto, żeby osoby, które do tej pory nie były zaangażowane we wspólnoty, nad tym pomyślały, bo jednak na co dzień będą spotykać się z sytuacjami przeciwnymi, kuszącymi do smutku, przygnębienia.

Dotknąłeś czegoś ważnego. Wiemy, że radość, która w nas się pojawia, nie ma źródła w nas, ale w Bogu. Duch Boży to Duch radości. W Starym Testamencie jest określany słowem „Ruah”. Tłumaczy się je jako „wiatr” i „klimat”. Tam, gdzie działa Duch Boży, tworzy się sprzyjający klimat, który umożliwia człowiekowi rozwój, albo inaczej: doświadczanie szczęścia. Wspólnoty, które powstają, są otwarte na działanie Ducha Świętego. Jeśli Nim żyją, tworzą taki klimat, który sprzyja szczęściu, który pomoże nieszczęście zamienić w szczęście. Człowiek należący do wspólnoty, przeniknięty działaniem Ducha Świętego, wracając tam, gdzie jeszcze jest nieszczęście, swoją osobą będzie to przemieniał. To jest jakiś proces, wymaga on czasu, ale czas jest łaską, a nie przekleństwem. Im więcej mamy czasu, tym bardziej możemy doświadczyć tej prawdy o Bogu, który jest z nami, który się o nas troszczy i któremu tak naprawdę zależy na nas.

Czyli wejście we wspólnotę, grupę modlitewną jest korzyścią dla człowieka?

Tak. Trzeba jednak pamiętać, że, wchodząc do wspólnoty, nie tyle mam brać, ile dawać. Jeśli chcę być szczęśliwy, muszę dawać. Tak samo jest z miłością: chcę być kochany – muszę kochać. Nie mogę powiedzieć: będę kochany – wtedy pokocham, doświadczę szczęścia – wtedy będę dawał. Tak to nie zadziała. Dawajcie, a będzie wam dane. Jeśli chcę być szczęśliwy, muszę dać szczęście, muszę swoją osobą uszczęśliwić wspólnotę. Chcę być kochany, muszę pokochać wspólnotę taką, jaka ona jest. Muszę dawać. Ktoś powie, że nic nie ma, ale to nieprawda. Masz, ale zrób wysiłek – daj. Tyle, ile masz, nawet troszeczkę. Bóg to pomnoży. Następnym razem będziesz miał więcej i zobaczysz, że to będzie do ciebie wracać i procentować.

Prosiłbym jeszcze na koniec o modlitwę za naszych Czytelników.

Panie Jezu, Ty jesteś źródłem naszego uzdrowienia i uwolnienia. Wziąłeś na Siebie nasze choroby, słabości, boleści. Ty sam zachęcałeś nas do tego, byśmy się nie lękali – bo jesteś, byśmy się nie martwili – bo jesteś. Przez dar Twego kapłaństwa proszę Cię teraz, aby ci, którzy czytali te słowa, zostali przez nie mocno poruszeni, Twój Święty Duch niech spocznie na nich, a radość niech jak źródło wytryśnie z ich wnętrza. Ty powiedziałeś: Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie, niech przyjdzie do Mnie i pije! Strumienie wody żywej popłyną z jego wnętrza (J 7,37-38). Przez dar Twego kapłaństwa w tym znaku krzyża niech spłynie na wszystkich łaska i moc Twojego Ducha Świętego, a źródło Twojej miłości i radości niech wytryśnie w ich życiu i promieniuje na rodzinę, małżeństwo, środowisko, w którym żyją. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

Toruń, 5 lutego 2017 r.  

Wywiad został autoryzowany, ukazał się w odcinkach w "Posłaniu" 2/2017 i 3/2017