Jezus uzdrawia dziś

O ziarnku bambusa, kształtowaniu nawyków i o tym, czy Bóg chce naszego uzdrowienia z o. Józefem Witko OFM rozmawia Tomasz Kalniuk

Jesteśmy w trakcie rekolekcji zatytułowanych „Oto uzdrowię ciebie” (Iz 38,5), prowadzonych przez Ojca. Przychodzą na myśl słowa z Ewangelii, że wszyscy, którzy przybywali do Jezusa, znajdowali uzdrowienie ze swoich chorób i dolegliwości. Czy to jest przeszłość? Czy Jezus dzisiaj także ma moc uzdrowić i uwolnić?

Jeśli wierzymy, że Jezus jest prawdziwym Bogiem – a Bóg się nie zmienia, bo gdyby się zmieniał, to nie byłby Bogiem – to i On się nie zmienił. Jest wciąż ten sam. Autor Listu do Hebrajczyków pisał: Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki (Hbr 13,8). A zatem, skoro wtedy uzdrawiał wszystkich, którzy do Niego przychodzili, dziś czyni dokładnie to samo. Uzdrowienie to nie tyle łaska, którą Bóg daje człowiekowi będącemu w potrzebie, ile raczej wskazanie na to, kim jest Bóg. On jest uzdrowieniem. Przyjście do Jezusa to w rzeczywistości wejście w przestrzeń uzdrowienia, którego źródłem jest Bóg.

Czy są jakieś warunki, wymagania, które trzeba spełnić, żeby zostać uzdrowionym?

Po ludzku moglibyśmy podać wiele warunków: trzeba być w stanie łaski uświęcającej, przebaczyć, wierzyć. Ale z punktu widzenia Pana Boga nie ma żadnych warunków. Jezus powiedział: Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię (Mt 11,28). Trzeba po prostu przyjść. Nawet jeśli nie mam wiary, rodzi się ona w spotkaniu z Bogiem, z Jego Słowem. On mówi do człowieka wciąż i nieustannie. Jeśli nie mam wiary, ale przyjdę do Boga, ona pod wpływem Jego Słowa zrodzi się we mnie.

Jeśli nawet niewierzący, doświadczając ogromu miłości Bożej i uzdrowienia, po przyjściu do Jezusa rośnie w wierze, to co dzieje się z osobą wierzącą, która przychodzi do Jezusa, chce doświadczyć uzdrowienia, a jednak napotyka na jakieś trudności?

Niewierzącemu jest łatwej doświadczyć uzdrowienia, bo nie ma żadnych schematów. Kiedy jest w potrzebie, ufa. Na początku mojej drogi charyzmatycznej przyjeżdżał do Polski charyzmatyk z Indii, który na jednym ze spotkań opowiadał, że kiedy sprawował msze święte z modlitwą o uzdrowienie albo prowadził rekolekcje w Indiach czy w krajach muzułmańskich, gromadziły się tłumy, w tym wielu niewierzących – muzułmanów, hindusów. Dla nich słowa „Jezus uzdrawia” były tak niezwykłe, że wierzyli im bez zastrzeżeń. Chwytali się ich jak tonący brzytwy i wracali do zdrowia. A z katolikami było trudniej. Przyzwyczaili się do Jezusa, który na spotkaniach modlitewnych, niedzielnej mszy świętej czy na rekolekcjach nie czyni żadnych znaków i cudów. Nie oczekują od Niego uzdrowienia czy uwolnienia. Wydaje im się, że to niemożliwe. Przypomina mi się scena z Nazaretu, kiedy Jezus przyszedł do swojego rodzinnego miasta i nauczał w synagodze. Ci, którzy tam się zebrali, dziwili się, skąd u Niego takie słowa, moc i cuda, które się dzieją przez Jego ręce. Powątpiewali o Nim. Nie chcieli uwierzyć, że Ten, który wzrastał między nimi, którego znali od dzieciństwa, jest w stanie czynić takie rzeczy. Nie mógł tam zdziałać żadnego cudu z powodu ich braku wiary. Ewangelista zanotował, że Jezus dziwił się ich niedowiarstwu (por. Mk 6,1-6). Nam, katolikom, grozi dokładnie to samo: przyzwyczajenie do Jezusa Eucharystycznego może sprawić, że nie będziemy Mu ufać i wierzyć. Wiara to zaufanie, że On ma moc coś dla nas zrobić – uzdrowić nas czy uwolnić. Mamy z tym problem – nie wierzymy. Spotykając się z Jezusem, nie oczekujemy uzdrowienia, uwolnienia. Mamy jakieś prośby, intencje, ale nie ma oczekiwania. Tymczasem oczekiwanie to pewność, że otrzymam coś od osoby, z którą się spotykam.

Jak to naprawić, jak wyjść z tej pułapki? Jak mamy patrzeć na Jezusa, zdobywać wiarę i kształtować ją, żeby działy się w naszym życiu cuda, o których mówi Ewangelia?

Gdy tłumaczono Stary Testament z języka hebrajskiego na języki nowożytne, słowo określające wiarę przetłumaczono jako zaufanie, dlatego bardzo często, czytając Stary Testament, spotkamy się z takimi stwierdzeniami: Zaufajcie Panu, Bogu waszemu, a ostaniecie się (2Krl 20, 20), Ci, którzy Panu ufają (Ps 125,1), Błogosławiony mąż, który pokłada ufność w Panu (Jr 17, 7). To stwierdzenie „zaufaj Bogu” nie budzi żadnych problemów ze zrozumieniem. Każdy wie, co to znaczy zaufać. Gdy zaś tłumaczono Nowy Testament z języka greckiego na języki nowożytne, słowo określające wiarę przetłumaczono po prostu jako „wiara”. Miejcie wiarę w Boga (Mk 11, 22), Twoja wiara cię ocaliła (Łk 7, 50), Idź, twoja wiara cię uzdrowiła (Mk 10,52a). Stwierdzenie „miej wiarę” nie do końca jest zrozumiałe. Może ono oznaczać np. wiarę w jakieś prawdy podane przez Boga czy też wiarę w istnienie Boga. Bardziej zrozumiałym byłoby przetłumaczenie tych zdań z użyciem słowa „ufać”: „Miejcie zaufanie do Boga”, „Twoje zaufanie do Mnie cię ocaliło”, „Idź, twoje zaufanie do Mnie cię uzdrowiło”. „Wierz Bogu” już może budzić problemy ze zrozumieniem, zatem dla wielu słowo wiara nie do końca jest jasne. Skoro wiara jest zaufaniem, nie zrodzi się ona po jednym spotkaniu. Trzeba się widywać, poznawać, spędzać ze sobą czas i mieć jakąś relację. Jeśli się z kimś przyjaźnię, to też mu ufam, mogę na tej osobie polegać. Spotkanie z Bogiem wymaga zaufania. Nie tyle modlitwa, którą wypowiadam, przyczynia się do zaufania, ile spotkanie mojego serca z Sercem Boga. Mało tego, każde takie spotkanie z Bogiem, które dokonuje się czy podczas Eucharystii, czy podczas czytania Słowa Bożego, pomaga mi odkrywać Boże obietnice. A one są decydujące, jeśli chodzi o zaufanie. Żeby powrócić do zdrowia, muszę znać Serce Boga, muszę wiedzieć, co On obiecuje, jaka jest Jego wola odnośnie do mojego życia, zdrowia, czego On pragnie. Jeśli tego nie znam, nie będę ufał. Jeżeli poznaję Boga i Jego obietnice, ufam Mu. Skoro jedna z obietnic mówi: „Oto uzdrowię ciebie”, to nie mam wątpliwości, czy uzdrowienie jest wolą Bożą. Jest to obietnica, a jak pisze św. Paweł w Liście do Koryntian, ile tylko obietnic Bożych, wszystkie są na „tak” w Jezusie Chrystusie (por. 2 Kor 1,20). Jeśli jestem chory, ale jest obietnica Boża o uzdrowieniu, to dla mnie jest ona na „tak”, nie na „nie”. Bóg mówi: „Tak, chcę”.

Cieszyłbym się bardzo, gdybym dzisiaj widział takie poruszenie w Kościele, takie potężne działanie mocy Bożej, która przywracałaby głuchym słuch, niewidomym wzrok, chromym możliwość chodzenia. Wydaje mi się, że mam jakąś wiarę, a jednak często nie widzę takich przejawów mocy. Co jest nie tak?

Wiara nie wzrasta z dnia na dzień. Jezus porównał wiarę do ziarenka gorczycy. Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, ale wsiane w ziemię wzrasta. Wymaga to jakiegoś czasu, zanim stanie się drzewem. Tak samo jest z wiarą. Otrzymujemy ją na chrzcie świętym, musimy ją jednak pielęgnować, rozwijać, umacniać. Jednym z elementów, które umacniają wiarę, są trudności życiowe. W nich uczymy się ufać, czyli wierzyć. Kiedy się pojawiają, w moim sercu powinna zrodzić się… wdzięczność: „Panie Jezu, dziękuję Ci, że dopuszczasz tę sytuację dla wzmocnienia mojej wiary. Teraz mogę sprawdzić, na ile Ci ufam”. Weźmy nasionko bambusa. Przez pięć lat leży ono w ziemi. Dopiero na piąty rok wypuszcza korzenie i zaczyna rosnąć. Przez kilka lat nie widać, czy ono się rozwija. Ktoś, kto jest niecierpliwy, zwątpiłby, powiedział, że to nie ma sensu. Ten, kto jest cierpliwy, zobaczy, jak bambus w ciągu kilku tygodni wyrasta do normalnych rozmiarów. Tak samo rolnik, który sieje ziarno, nie idzie następnego dnia na pole patrzeć, czy pszenica już wyrosła. Wymaga to cierpliwości i zaufania – do gleby, do Boga, że da deszcz w odpowiednim czasie. Wiemy, że za parę miesięcy pojawi się źdźbło, kłos, a w nim ziarno.

Jaka więc powinna być postawa nas, którzy jako wierzący modlimy się za innych, mając nadzieję, że odzyskają zdrowie, ale nie widzimy rezultatów tej modlitwy?

Pan Jezus nie powiedział: „Módlcie się za chorych”, ale: „Uzdrawiajcie chorych”. A to różnica. Często modlimy się za chorych, bo modlić się jest łatwiej. Nie widzę rezultatów? Panie Boże, widocznie Twoja wola jest inna. Ale Bóg mówi: „Powiedziałem, uzdrawiaj chorych w moje imię. Jeśli masz wiarę, połóż ręce, a chorzy odzyskają zdrowie. Nic nie musisz mówić. Tym, którzy uwierzą, będą towarzyszyć znaki” (por. Mk 16,17-18).

Jak wejść na ten poziom?

Zaufaniem. Budowaniem relacji z Jezusem. Trzeba Go znać, wiedzieć, jakie On ma Serce. Warto czytać Ewangelię i poznawać Jezusa, który szedł tam, gdzie ludzie byli chorzy, gdzie byli w potrzebie. Nie uciekał. Oczywiście, kiedy był zmęczony, szedł na miejsce pustynne, żeby odpocząć, ale kiedy zobaczył tłum, który czekał na Niego, rezygnował z odpoczynku, litował się nad nimi i okazywał im swoje miłosierdzie. Jeżeli poznaję Jezusa, widzę, że nie ominął On ani jednego chorego. Reagował wówczas bardzo szybko – przepędzał chorobę, uzdrawiał. Weźmy na przykład uzdrowienia, jakich Jezus dokonywał w synagodze w szabat. Jego przeciwnicy robili wszystko, żeby mieć podstawę do oskarżenia. Wiedział o tym. Nie musiał uzdrawiać w szabat. Mógł powiedzieć kobiecie, która przez 18 lat była pochylona, człowiekowi, który miał niedowład ręki albo temu, który chorował na wodną puchlinę: „Słuchajcie, szabat kończy się o zachodzie słońca. Przyjdźcie wtedy, a Ja was uzdrowię. Nie będę prowokował swoich przeciwników, żeby nie mieli argumentów do oskarżenia Mnie”.

Trudno mi sobie wyobrazić takiego legalistycznego Jezusa.

No właśnie. On wiedział, że będzie oskarżony, ale liczył się człowiek. W języku oryginalnym Ewangelista użył słowa, które można przetłumaczyć jako „wzruszył się”, ale ma to też inne znaczenie: „był oburzony”. Jezus był tak wewnętrznie poruszony, że nie mógł znieść, co szatan zrobił człowiekowi. Nie mógł czekać ani sekundy dłużej, tylko przepędzał chorobę i uzdrawiał. Nieważne, czy będą Go oskarżać, czy nie. Nie mógł pozwolić, żeby człowiek jeszcze parę godzin czekał do zachodu słońca, kiedy skończy się szabat. Jezus uzdrawiał od razu.

Rozumiem, że najpierw musimy upodobnić swoje serca do Jezusa, żeby później móc wykonywać posługę uzdrawiania na Jego wzór.

Musimy poznać Jezusa. To jest podstawa. Jeżeli nie poznam Serca Boga, nie będę wiedział, co zamierza w danym momencie uczynić, jak się zachowa, czy przyjdzie z pomocą tej osobie, czy nie, czy Jego wolą jest uzdrowienie, czy nie. Poznanie Serca Boga wymaga spotkania na modlitwie, takiej zażyłości z Bogiem na co dzień, żeby wiedzieć w każdej sytuacji – kiedy śpię, odpoczywam, pracuję, posługuję – czego Bóg ode mnie oczekuje, czego pragnie. Tak naprawdę jestem tylko narzędziem w Jego ręku, bo nie ja uzdrawiam – żaden człowiek nie ma takiej mocy, tylko On. Stąd też imię archanioła Rafała – „Bóg uzdrawia” („Rafa” – On jest uzdrowieniem). Oczywiście, prosimy o łaskę uzdrowienia, oczekujemy, że Bóg je da, ale prawda jest nieco inna: On sam jest uzdrowieniem. Jeżeli więc otwieram się na Niego, przyjmuję Go, przyjmuję również uzdrowienie. Dla nas, katolików, nie ma lepszej sytuacji od Eucharystii, bo tam przyjmujemy Jezusa – uzdrowienie, najlepsze lekarstwo. A jednak ono nie działa. Dlaczego? Bo nie ma w nas wiary. Jeżeli ufam Jezusowi, to wyciągnę rękę po uzdrowienie. Syrach pisze, że po co wyciągniesz rękę, to ci będzie dane (por. Syr 15,16). Jeżeli nie wyciągam ręki po uzdrowienie, to go nie otrzymam. Bóg na siłę nic nie daje. Przychodząc do Jezusa, spotykając się z Nim w trakcie Eucharystii, nie prosimy. Nie wyciągamy ręki po uzdrowienie. Często nasza modlitwa prośby nie przynosi żadnych rezultatów, bo nie widzimy, czy Bóg nam daje, czy nie. A Jezus mówi: Proście, a otrzymacie (J 16,24).

Czy w świetle tego, co Ojciec mówił, możemy sobie wyobrazić taką sytuację, że Bóg może nie chcieć mojego uzdrowienia? Myślę o różnych osobach, które mają wątpliwości, cierpią i mówią: „Pewnie Bóg tak chce”.

Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Obawiałbym się nawet używania takich słów, dlatego że może to być bluźnierstwo. W Piśmie Świętym spotykamy się ze słowem „chcę”. Ja, Pan, chcę być twoim lekarzem (Wj 15,26b); Posłał swoje słowo, aby ich uleczyć (Ps 107,20a). W Księdze Przysłów czytamy, że Słowo Boże jest lekarstwem dla całego ciała (por. Prz 4,20-22). To Słowo stało się Ciałem. W Ewangelii, którą dzisiaj słyszeliśmy, Jezus mówi do trędowatego: „chcę”. Nie znajdziemy żadnej innej odpowiedzi ze strony Boga, jak tylko „chcę”. Święty Paweł pisał, że Bóg pragnie zbawić wszystkich ludzi, chce, aby wszyscy doszli do nieba. Słowo soteria nie ogranicza się tylko do przebaczenia grzechów i życia wiecznego, ale mieści w sobie też uzdrowienie, uwolnienie, dobre samopoczucie, błogosławieństwo – pakiet zbawienia. Bóg chce to dać człowiekowi. I daje, bo Jezus nas zbawił, to już się dokonało. Nie musimy nic robić, tylko to przyjąć. A do przyjęcia potrzebna jest wiara.

Czy wobec tego jeżeli z czymś się zmagam, coś mi dolega, to chrześcijańską postawą, jakiej oczekuje ode mnie Bóg, jest jakakolwiek forma akceptacji cierpienia, czy też mam się od razu sprzeciwiać temu, że coś mnie spotyka?

Oddzieliłbym chorobę od cierpienia. Jest taka anegdota o człowieku, który uzdrawiał. Pełnił tę posługę całe swoje życie. Ludzie ze wszystkich stron schodzili się do niego z różnymi chorobami i przez cały dzień stały kolejki przed jego domem. Każdy był uzdrawiany. Pewnego wieczora, zmęczony po całym dniu, mając się kłaść do łóżka, usłyszał pukanie. Otworzył drzwi, a tam stał ból. Powiedział on: „Przyszedłem zamieszkać pod twoim dachem”. Ten człowiek wiedział, co to jest ból, bo miał z nim na co dzień do czynienia. Spytał więc: „Czy gdybym znalazł dla ciebie inne mieszkanie, wówczas odszedłbyś ode mnie?” „Tak. Masz godzinę”. Ten człowiek, który uzdrawiał, pomagał tak wielu, zaczął chodzić po domach i pytać: „Słuchaj, powiedziałeś, że jesteś wdzięczny, że mogę na ciebie liczyć. Ból przyszedł do mnie i chce u mnie zamieszkać. Nie przyjąłbyś go do siebie?”. Ta osoba wiedziała, czym jest ból, bo przecież się go pozbyła, więc odmówiła: „Wybacz, ale nie przyjmę bólu”. Tak chodził od domu do domu i nikt go nie chciał przyjąć. Wrócił po godzinie – wtedy ból znowu zapukał. Otworzył drzwi, spojrzał, a w tym domu zamieszkało cierpienie. I odszedł. Jest ból i jest cierpienie. Cierpienie jest krzyżem. Ból, choroba nie są krzyżem. Choroba jest dziełem diabła. Jezus przyszedł, aby zniszczyć dzieła diabła. Dlatego chorobom trzeba się sprzeciwiać, nie można ich akceptować, dlatego korzystamy z pomocy lekarzy. Dobrze, że medycyna się rozwija, ale Bóg też sam przychodzi nam z pomocą, bo jest uzdrowieniem i leczy wszelkie choroby i słabości. Na Niego możemy liczyć. Może On posłużyć się lekarzami, lekami, ziołami, na sposób pośredni czy bezpośredni, jednak wszelkie uzdrowienie pochodzi od Boga.

Co Ojciec powiedziałby zniechęconym, utrudzonym? Może takie osoby już niejednokrotnie brały udział w rekolekcjach, prowadzą unormowane życie duchowe, sakramentalne, a ciągle jest im pod górkę?

Jezus powiedział: Jeśli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa Bożego (por. Mt 18,3). Musimy przyjąć postawę dziecka, czyli w każdej sytuacji zachować radość, pokój, wdzięczność, bo przez nie wyraża się wiara. Jeżeli ktoś ma złe nawyki, czyli zamartwia się, użala nad sobą, lęka, to diabeł widzi punkty zaczepienia w jego sercu. Takiemu człowiekowi będzie bardzo trudno przyjąć uzdrowienie, bo jego serce jest zgorzkniałe. Trzeba najpierw pozbyć się tej goryczy, wzbudzić na nowo radość w sercu, bo ona jest znakiem wiary. Z pomocą przychodzi nam tutaj uwielbienie. Wszelkie grupy modlitewne, w których jest prowadzone uwielbienie, są błogosławieństwem, bo wchodząc w taką wspólnotę ze złamanym sercem, nam możliwość oderwania się od mojego ciężaru i wejścia w przestrzeń uwielbienia. Kiedy w nią wchodzę, diabeł ucieka, puszcza moją utrudzoną, umęczoną duszę. W tym momencie ona niejako zmienia kolor, staje się radośniejsza mimo choroby, cierpienia, takiej czy innej sytuacji. Potrafimy się uśmiechnąć, zatańczyć, zaklaskać. To jest pierwszy krok. Im częściej, tym lepiej, aż do momentu, kiedy diabeł odejdzie z chorobą, kiedy nastąpi uzdrowienie, bo poprzez uwielbienie przyjmujemy je nawet nieświadomie. Nie musimy prosić, bo kiedy uwielbiamy Boga, Jego obecność wypełnia tę przestrzeń, a skoro On jest uzdrowieniem, to wracam do zdrowia. Wyobraź sobie sytuację, że uzdrowienie to pomieszczenie, w którym jest światło. Wchodząc tam, wchodzisz w światło i uzdrowienie. Nie trzeba nic robić, wystarczy wejść. Uwielbienie to przestrzeń, w której jest światło i uzdrowienie. A światłem i uzdrowieniem jest Bóg. Osoby utrudzone, umęczone, zalęknione, które mają ciężkie życie, potrzebują wspólnoty. Samemu jest trudno oddawać Bogu chwałę, wielbić Go i Mu dziękować. Musi być ktoś, kto pomoże, kto wprowadzi w przestrzeń uwielbienia. Wspólnota jest tutaj błogosławieństwem. Samemu też się da, ale jest o wiele trudniej.

Zakreślił Ojciec ciekawy kierunek, ponieważ wezwał utrudzonych i zniechęconych do radości i uwielbienia jeszcze przed uzdrowieniem, uwolnieniem. Radość i uwielbienie nie ma być skutkiem uzdrowienia i uwolnienia, ale je poprzedzać?

Zgadza się.

Nie jest to jednak takie proste, bo łatwiej jest nam uwielbiać i dziękować Panu Bogu, który już nas dotknął i widzimy jakieś rezultaty; a Ojciec mówi, że mamy to robić wcześniej.

Tak. Podam taki przykład: wyobraźmy sobie, że przyjeżdża do ciebie Ojciec Święty Franciszek. Jesteś schorowany, masz problemy finansowe, problemy z dziećmi, ale proboszcz mówi do ciebie: „Tomek, twoja rodzina został wybrana. Papież was nawiedzi”. Co się dzieje?

Czuję się zaszczycony…

Tylko? A jest radość, wdzięczność?

Urlop pewnie biorę…

Ale już się cieszysz?

Tak, oczywiście!

Na pewno ma to na ciebie ogromny wpływ. Nie ma jeszcze Ojca Świętego, jeszcze cię nie błogosławi ani twojej rodziny, ale już żyjesz radością, zanim on przybędzie. A co się stanie, kiedy już przyjedzie?

To już będzie euforia.

No właśnie. Dlatego obietnica jest tutaj ogromnie ważna. Jeśli masz obiecane, że ktoś cię nawiedzi, pomaga to wzbudzić w sercu radość i wdzięczność.

Dziękuję, Ojcze, za cierpliwość, za trud podjęty i w trakcie rekolekcji, i w czasie tej rozmowy. Chciałbym jeszcze prosić, by Ojciec omodlił teraz naszych Czytelników w tych wszystkich problemach, z którymi się borykają.

Bardzo proszę, by, ci, którzy to czytają, wzbudzili w sobie pragnienie uzdrowienia z wszelkich chorób. Niech pragną też uzdrowienia swoich bliskich. Panie Jezu, Ty powiedziałeś: Proście, a otrzymacie (J 16,24); Przyjdzie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię (Mt 11,28). Gdy przyszło do ciebie dwóch niewidomych, prosząc, byś przywrócił im wzrok, zapytałeś, czy wierzą, że możesz to uczynić. Kiedy odpowiedzieli twierdząco, dotknąłeś ich i rzekłeś: Według wiary waszej niech wam się stanie! (Mt 9,29). Kiedy przyszedł trędowaty i upadł na kolana, prosząc: Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić (Łk 5,12b), dotknąłeś go i powiedziałeś: Chcę, bądź oczyszczony (Łk 5,13a). Wejrzyj na wszystkich, którzy czytają te słowa i teraz zanurzyli się w modlitwie. W Twoje Imię, Jezu, mocą Ducha Świętego niech wszelka choroba, która dotyka ich ciała i duszy, odejdzie. Niech ustąpi duch tej choroby. Niech wszelkie schorzenia zostaną uzdrowione – kości, stawy, poszczególne organy. Niech zniknie wszelka choroba rakowa i nowotworowa, choroby psychiczne, wszelkie nałogi i uzależnienia, całe zło, które niszczy relacje małżeńskie i rodzinne. Niech modlitwa ojca i matki wyprosi dla dzieci łaskę uzdrowienia i uwolnienia. Niech spłynie na wszystkich łaska uzdrowienia i uwolnienia w Imię Jezusa. Amen.

Toruń, 11 lutego 2018 r.

Wywiad został autoryzowany, wydrukowany w "Posłaniu" 2/2018