Zobaczyć głębię swoich pragnień cz. 2

Z ks. Arturem Szymczykiem o uzdrowieniu, rozeznawaniu powołania i ewangelizacji młodych przez młodych rozmawia Marta Kalniuk

A jak wyglądała droga Księdza do kapłaństwa?  

 

Można powiedzieć, że tu jest drugi etap tego, co  dokonało się na rekolekcjach ewangelizacyjnych. Wstąpiłem do seminarium, mając 33 lata (w  stosownym czasie – lata Chrystusowe), choć takie pragnienie towarzyszyło mi od dłuższego czasu (jak  to się mówi, od dzieciństwa). Pamiętam scenę ze swojego dzieciństwa: nieżyjąca już s. Cecylia, szarytka, która uczyła nas religii, opowiadała kiedyś o misjach.  Robiła to tak pięknie i zarazem intrygująco, tak że wszyscy byliśmy pod wrażeniem. Zadała też pytanie,  kto chciałby pojechać na misje i pamiętam, że wtedy się zgłosiłem. Pamiętam nawet rysunek ze szkoły podstawowej, przedstawiający mnie w przyszłości – w  sutannie wśród drzew – powstał pewnie pod wpływem  tej katechezy. To pragnienie zawsze gdzieś było obecne. Nawet kiedy podejmowałem decyzję o studiach, wtedy  to też nie było przypadkowe.

Dlaczego nie zrealizowało się wcześniej? To jest właśnie druga odsłona Bożego działania. Nie  dokonało się wcześniej, dlatego że jeszcze nie byłem  gotowy. Wraz z otwieraniem się na Boże działanie zrozumiałem, że moja historia życia jest bardzo  poraniona. Źródłem tego była sytuacja w domu, z którego wyrosłem, w którym przeżyłem wewnętrzną, psychiczną, emocjonalną ranę. Wędrowałem tak skaleczony przez lata do momentu, kiedy pojechałem na rekolekcje ewangelizacyjne, o których wspominałem. Potem były kolejne rekolekcje, które też odegrały bardzo ważną rolę w moim życiu – rekolekcje uzdrowienia wspomnień, przeżywane w Sikorzu koło Płocka,  które prowadzili ks. Sławomir Wądołek, ks. Grzegorz Przybyłek i Ewa Kujawa z Płocka. Dopiero te rekolekcje  pozwoliły mi na wprowadzenie Pana Boga w historię  mojego życia, we wszystkie bolesne doświadczenia. Najpierw zobaczenie ich, uświadomienie sobie ran,  które zostały mi zadane, z czym one są związane, jakie  spowodowały mechanizmy emocjonalne, dlaczego tak bardzo mnie blokowały. Nieuzdrowiona rana to jest coś,  co rzeczywiście odbiera człowiekowi radość życia. To  jest między innymi konsekwencja ran, że człowiek nie  ma pewności wewnętrznej, przekonania, siły, wszystko  budzi ogromny lęk, powoduje uciekanie od konfrontacji  z trudnymi zadaniami. Te rekolekcje uzdrowienia  wspomnień były momentem bardzo przełomowym i  pozwoliły mi na odnowienie relacji z moim tatą, który już nie żył (zmarł w 2000 r., a na rekolekcjach byłem w 2002, dopiero wtedy byłem na to gotowy. Pojechałem  na nie jeszcze rok później, ale to już była kontynuacja). Pamiętam wydarzenie, które pozostanie w moim sercu na zawsze: wracając z rekolekcji, poszedłem na  cmentarz do mojego taty. Usiadłem na płycie nagrobnej i po raz pierwszy przeżyłem coś, czego wcześniej  nie było mi dane przeżyć. Podejrzewam – jestem  wręcz przekonany – że nawet w relacjach osobistych z jednej strony była tęsknota i jego, i moja, ale z drugiej  wewnętrzna blokada, bo przecież on też w historii  swojego życia był zraniony. Zranienia lubią chodzić pokoleniowo. Wtedy po raz pierwszy spotkałem się z  moim tatą w głębi swojego serca. To była przepłakana  godzina, ale przeżyta tak, jakbyśmy wewnętrznie wreszcie się spotkali.  

Momentem, który dopinał to doświadczenie, była śmierć Jana Pawła II w 2005 roku (w tym też  roku poszedłem do seminarium). W sobotę, kiedy papież umierał, wróciłem z Olsztyna do Lubawy. Spotkałem się z przyjaciółmi, ze wspomnianą Renatą  i Romkiem, przygotowywaliśmy na niedzielę czuwanie  modlitewne, prosząc albo o łaskę zdrowia dla bł. Jana Pawła II, albo o spokojną śmierć i dar  życia wiecznego. Rzeczywiście, papież zmarł o 21:37. Pamiętam te okoliczności, bo siedzieliśmy przy jego pismach, homiliach, szukaliśmy zdań, które następnego  dnia mogłyby najbardziej ująć nas i tych, którzy przyjdą  na to czuwanie. Papież zmarł, wszystko zgasło w  sercu. Rozstaliśmy się. Przyszła niedziela, czuwanie  modlitewne, spacer do sanktuarium w Lipach pod  Lubawą i wspólna modlitwa różańcowa, powrót do domu  i moja osobista modlitwa, która była dla mnie Bożym  znakiem dopełnienia przebaczenia, dokonującego  się w moim sercu. Modląc się, zobaczyłem bowiem  scenę – nieplanowaną, niewywoływaną, niezakładaną – w której bł. Jan Paweł II przytula mojego tatę. To było  coś, co dało mi wewnętrzne przekonanie (oczywiście nie jako dogmat, ale w sercu to czuję i wiem), że mój  tata wtedy został zbawiony,  włączony w poczet tych, którzy  są w Królestwie Niebieskim. Tak ufam. Zrozumiałem też na  pewnym etapie mojego życia, że jeśli nie przebaczę tacie, to  tym, co nie pozwoli mi pójść do przodu i dokonać wyboru  tego, czego pragnąłem od lat  najmłodszych, będzie moje  poczucie krzywdy, ale z jego  strony tym, co nie pozwoli mu pójść dalej przez czas i przestrzeń czyśćca (oczywiście to jest moje zdanie) będzie jego poczucie winy. W momencie  przebaczenia te dwa łańcuchy zostały zerwane i poczułem wolność (myślę, że on też). Teraz mogę powiedzieć, że  mam tatę za swoimi plecami  – choć go fizycznie nie ma – i mogę mówić o nim „tato”, choć nigdy wcześniej nie  byłem w stanie tak powiedzieć,  przebywając w rodzinnym  domu.

To był właśnie moment,  kiedy byłem gotowy zrealizować decyzje, które  drzemały w moim sercu. Oczywiście, także lata  kierownictwa duchowego były ogromną pomocą w spojrzeniu w siebie, dostrzeżeniu tego, co jest we mnie słabe, tego, co potrzebuje Bożego działania. Nadal jestem grzesznikiem i człowiekiem zranionym, tylko czasami bardziej świadomym tego, co dokonuje się w sercu. Mogę się strzec, by mnie to nie bolało i by nie bolało innych. W ten sposób w 2005 roku wstąpiłem do seminarium. Nie przyszedłem tam jednak rozeznawać swojego powołania. Pamiętam, jak przedzwonił do mnie jeden z moich uczniów, kapłan archidiecezji warszawskiej, którego uczyłem jeszcze w szkole podstawowej i powiedział, że zbiera materiały do artykułu, do pisma „Pastores”, które podjęło temat późnych powołań. W trakcie tej rozmowy powiedziałem mu otwarcie to, o czym jestem przekonany do dzisiaj: nie poszedłem do seminarium rozeznawać powołania, ale je realizować. Rozeznałem je wcześniej. To jest mój handicap w odniesieniu do młodych chłopaków, wstępujących do seminarium, którzy mają  19-20 lat, że pewnego rozeznania Pan Bóg pozwolił mi już dokonać. Wiążąc też wydarzenia poprzednie, obecne i pewnie przyszłe, zrozumiałem jedno – że seminarium i kapłaństwo nie jest celem samo w sobie (oczywiście, rozumiałem też to wcześniej, ale mocniej to wtedy do  mnie dotarło). Celem jest życie wieczne, a kapłaństwo czy małżeństwo jest środkiem. Życie w łasce jest  środkiem. Dzięki temu zachowuję ciągle świeżość kapłaństwa, mimo że – jak to niektórzy mówią – jestem  „starym młodym księdzem”, bo wszedłem dopiero w piąty rok kapłaństwa, a mam już ponad 40 lat.

Jest Ksiądz diecezjalnym duszpasterzem młodzieży, opiekuje się wspólnotą studencką i wielu młodych prowadzi w kierownictwie duchowym, pomaga rozwiązywać problemy, które przeżywają. Co powiedziałby Ksiądz młodemu człowiekowi, który chce rozpoznać  swoje powołanie?  

Jeśli mam mówić o powołaniu, muszę cofnąć się  do okresu seminaryjnego. Często przywoływano tam  dokument Ojca Świętego Jana Pawła II Pastores dabo vobis. Jest tam mowa o formacji. Pierwszą formacją,  którą tak naprawdę powinien podjąć każdy człowiek (nie mówię, że chrześcijanin, ale w ogóle człowiek), jest formacja ludzka. Co kryje się pod tym hasłem? To nie oznacza kultury osobistej, zespołu pewnych akceptowalnych zachowań chrześcijańskich z szerokim uśmiechem nr „79” na każdą okazję, bo chrześcijanin powinien być zawsze uśmiechnięty, życzliwy i uprzejmy. Chodzi tu o odkrycie w głębi swego serca  mocy łaski, czyli tak naprawdę dostrzeżenie Bożego działania w historii swojego życia, od samego początku. Historii grzechu i łaski, kiedy Pan przemawiał przez doświadczenia, kiedy pozwalał nam zobaczyć to, co jest naszym darem, atutem, w który nas wyposażył, a zarazem to, co jest naszą słabością. To jest moment kluczowy - bez rozpoznania go i bez zaproszenia w te wydarzenia Jezusa Chrystusa odkrywanie powołania może być obarczone pewnym błędem subiektywizmu, pomylenia własnych pragnień z wolą  Bożą, nierozumienia ich w kontekście woli Bożej albo nieuchwycenia planów Bożych. Pierwszy krok, który powinno się uczynić, to pozwolić Panu Bogu wejść w historię własnego życia, w każdą sytuację, w każdy  zakamarek duszy, wypowiedzieć wszystko, co jest  bolesne, co było trudne. Dlatego Pan daje często ludzi, którzy nam towarzyszą. To jest chwila, kiedy człowiek  jest w stanie zobaczyć głębię swoich pragnień. Jeśli zrobi to i usłyszy Bożą podpowiedź, jaką drogę ma obrać w swoim życiu, potem pozostaje tylko nią z  zaufaniem iść, choć nie jest to łatwe. Tam jest początek.

Rozeznawanie powołania to nie tylko i wyłącznie rozpoznawanie tego, w czym będę się czuł dobrze, bo  to może być równie dobrze rozeznawanie, która forma ucieczki przed życiem będzie dla mnie najwygodniejsza, która nie będzie wymagała ode mnie podejmowania  wyzwań, konfrontowania się ze światem. Można się przecież ukryć nawet za pobożną miną. Wstępem do rozeznawania swojego powołania jest najpierw dostrzeżenie działania Bożego w swoim sercu i proces uzdrowienia wewnętrznego, który pozwala nam zaakceptować swój świat uczuć, zrozumieć samego siebie i wtedy zobaczyć, że pod tym wszystkim, co nam się wydaje – kotłowiskiem gruzu – ukrywają się najgłębsze pragnienia, także tego, jaką drogą pójść. Kiedy to wszystko się odgruzuje, rozpozna w mocy łaski Bożej i jej się zawierzy, wtedy można rozeznać  słusznie swoje powołanie.  

Pamiętam pierwsze rekolekcje w tej wspólnocie, która towarzyszy mi już prawie 6 lat (powstała  tutaj, w Toruniu). Mieszkaliśmy w osiem osób w  wypożyczonym od znajomych domku nad jeziorem. Siedzieliśmy, dzieląc się Słowem Bożym, chodziliśmy  na msze święte do Hartowca (nie byłem jeszcze  kapłanem). Z tych siedmiu osób dziś pozostały dwie, związane głęboko ze wspólnotą. Potem były kolejne  rekolekcje, ewangelizacyjne, w których uczestniczyło  dwadzieścia kilka osób. Grupa powiększała się. Dzisiaj  wspólnota, gdyby wszystkich policzyć, miałaby około  60 osób, większość to studiujący, dojeżdżający. Nie jest  to może wspólnota charyzmatyczna, bo (to trochę moja podpowiedź, ale także ich sugestia) szukamy w różnych wspólnotach i ruchach w Kościele tego, co one odkryły jako swój wyjątkowy charyzmat i formę posługi przekazywania Bożego Słowa. Próbujemy z bogactwa Kościoła wziąć to, co jest najcenniejsze, dlatego też rekolekcje wspólnotowe mają różne formuły i tematykę. Osoby czują w sercu, co jest potrzebne, oddają Panu w modlitwie, szukają pomysłu, jak to zrealizować. Najbardziej fascynujące jest to, co odkryłem też u bł. ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego, choć wiele  dzieł po sobie nie pozostawił. Będąc harcerzem, miał on  taką intuicję, że najlepsza jest formacja młodzieży przez  młodzież. Obecnie to się też sprawdza. Ci młodzi ludzie doświadczyli Bożej mocy, tak jak i ja. Nie uczę zresztą niczego poza własnym doświadczeniem, mogę tylko mówić o tym, jak Pan Bóg zadziałał w historii mojego życia,mogę powiedzieć: „Chodź tą drogą, podprowadzę cię, ale sam musisz wpuścić Jezusa do swojego serca – nie zrobię tego za ciebie. Pozwól Mu tam wejść i zobacz, z jaką mocą działa”. Przekonują się oni, że Jezus jest prawdziwy, wyzwala z niemocy, przecina więzy, które wydawały się nie do przecięcia, uzdrawia  zranienia ich serc. Zresztą Pan powiedział w Ewangelii, że tak się będzie działo: „Na chorych będziecie kłaść ręce, a oni odzyskają zdrowie”. Dziwiłem się wcześniej,  że przez tyle lat w duszpasterstwie tego brakuje: jak więc ma się Ewangelia do rzeczywistości? A jednak się  ma. Pan Bóg działa przecież przede wszystkim przez  sakramenty, ale też przez dary duchowe, które rozlał tak  obficie i chce ich udzielać dalej.

Ci młodzi doświadczają więc przejścia Jezusa Chrystusa przez ich życie, a potem są świadkami. Prowadzą ewangelizację, rekolekcje, zapraszają gości i wspólnota dzięki Bożej łasce rozrasta się. Po owocach  ich poznacie – widzę, że droga podjęta kiedyś, przed laty, jest dobra. Dlatego też wszystkich młodych zapraszam do pewnej ryzykownej podróży (bo to, co nic nie kosztuje, cóż jest warte?) - żeby pozwolili wejść Panu Bogu w historię swojego życia. Lęk jest chyba największą barierą, która zamyka – obawa przed otwarciem serca dla Pana Jezusa, ale też przed bratem i siostrą, kapłanem, przed tym, że doświadczymy niezrozumienia, nieakceptacji, odrzucenia, potępienia. Nasza historia życia nie jest usłana różami, pojawiają się w niej rzeczy bolesne. Okazuje się jednak zupełnie co innego – że doświadczamy przyjęcia z całą naszą  słabością i niemocą, jakbyśmy stanęli nadzy i Pan nas przytula, widząc wszystko, także to, co w nas jest grzeszne i nie do przyjęcia, czym sami się brzydzimy, czego się wstydzimy. Przyjmuje nas z radością, jak syna w przypowieści o miłosiernym ojcu. Zakłada  pierścień na palec i nową szatę, żebyśmy się dobrze czuli (przecież stare szaty już się do niczego nie nadają), sandały na nogi i mówi: „Teraz chodź, bądź mi wreszcie synem, Moim umiłowanym dzieckiem”. Tego  sam doświadczyłem i do tego wszystkich młodych zachęcam. Wiem, że pojawia się ogromny lęk i że świat proponuje nam zupełne coś innego, ale to nas nie nasyca.  Trzeba by siebie bardzo oszukiwać, by dojść do  tego, że to, co przychodzi z zewnątrz - dźwięki, obrazy, płytkie relacje – jest nas w stanie nasycić. Wiem, że  tak nie jest, bo młodzi przychodzą i dzielą się tym. Przychodzą strapieni, zbolali, szukający odpowiedzi na  pytania o sens swojego życia, jak sobie poradzić w tej  czy innej sytuacji, jak wejść w żywą relację z Jezusem. Jeśli przychodzą, to znaczy, że świat z tym, co proponuje, ze swoją ofertą niejednokrotnie antyewangeliczną nie jest w stanie nasycić. Można próbować, nie będę  nikomu przeszkadzał, ale po co się kaleczyć, jeśli już  trochę bolało? To jest ten pierwszy moment: zaprosić Jezusa, pozwolić, żeby zrobił Boży porządek w naszym  sercu, nadał nam nową godność, a potem pójść drogą  powołania – a na pewno się ją odnajdzie w głębi serca.  

 

Toruń, 11 X 2013 r.

Wywiad został autoryzowany, wydrukowany w "Posłaniu" 1/2014 i 2/2014

Fot. Katolicki Toruń