Zobaczyć głębię swoich pragnień cz. 1

Z ks. Arturem Szymczykiem o tym, jak Bóg zaskakuje teologów i o skutkach ubocznych wyznania Jezusa Chrystusa jako swojego Pana rozmawia Marta Kalniuk.

 

Jest Ksiądz od kilku lat diecezjalnym duszpasterzem młodzieży, obecnie dyrektorem Toruńskiego Centrum Caritas, od lat posługuje Odnowie w Duchu Świętym, prowadzi msze o uzdrowienie. Chciałam najpierw zapytać, jak się zaczęło spotkanie Księdza z Odnową, jak zaczęła się ta przygoda?

Szczęść Boże. Historia jest dość nietypowa, można powiedzieć, że momentami zabawna. Zaczęło się od doświadczenia moich przyjaciół, którzy przeżywali kryzys w małżeństwie związany z wychowaniem swojej córki. Spowodowało to, że i ja zacząłem szukać odpowiedzi na swoje wewnętrzne pytania w ruchach charyzmatycznych, w Odnowie w Duchu Świętym. To małżeństwo było i jest do dzisiaj głęboko oparte na Panu Bogu. W pewnym momencie ich córka przeżywała duży kryzys, opuściła rodzinny dom. Szukając pomocy, trafiali do specjalistów, między innymi do psychiatry. W rozmowie z tym lekarzem Romek opowiedział historię ich małżeństwa, trudów, które się w nim pojawiały oraz o sytuacji córki, która emocjonalnie bardzo się od nich oddaliła. Lekarz jak to lekarz, postawił prostą diagnozę: problemy muszą być gdzieś w relacjach małżeńskich. Mąż, próbując odeprzeć tego typu argumentację, mówił, że są małżeństwem opartym na Bogu, modlą się. Owszem, były zapewne trudne momenty w ich życiu, ale to nie powinno mieć znaczenia. Kiedy ów lekarz usłyszał, że są małżeństwem wierzącym, natychmiast wszystko wycofał i wręczył im ulotkę o rekolekcjach ewangelizacyjnych Odnowy w Duchu Świętym, które miały miejsce w Iławie. Wyruszyli tam – i mogą to opowiadać jako piękne świadectwo – ze swoją córką, która jeszcze w samochodzie mówiła im, że nie będą jej przymuszać do wyznawania i praktykowania wiary. Pojechali jednak na pierwsze spotkanie właśnie z nią i… pozostali w trójkę we wspólnocie. Przeżywszy to seminarium ewangelizacyjne, dzielili się ze mną – z racji, że kiedyś pracowałem jako katecheta z Renatą, żoną Romka – doświadczeniem tego, co tam przeżyli. Brzmiało to niesamowicie, intrygująco. Pamiętam, że otrzymałem kasety, nagrane jeszcze starą metodą, na których były konferencje – nieżyjącego już – o. Emiliena Tardifa i Jose Prado Floresa, które wywarły na mnie naprawdę mocne wrażenie. W katechezach pojawia się przykład z tortem, którego trzeba posmakować – chodzi o doświadczenie Ducha Świętego. Mimo że studiowałem teologię i wiedziałem co nieco o Duchu Świętym, nie wiedziałem, że Ewangelia może się realizować w życiu każdego człowieka, że to, co kiedyś zostało wypowiedziane, nie traci na swojej aktualności, ale jest to Słowo żywe, które działa i przemienia ludzkie serca. Było to dla mnie bardzo zaskakujące.

Nie zapomnę relacji z jakiegoś spotkania charyzmatycznego, które odbywało się jeszcze w strukturach naszej starej diecezji chełmińskiej, w Pelplinie. Wtedy Romek przyjechał zafascynowany tym wszystkim, a z racji tego, że jest artystą, myśleliśmy, że przesadza. Opowiadał o modlitwie językami, o doświadczeniu duchowej jedności, niesamowitej atmosfery, a my śmialiśmy się z niego pod nosem. Ale to świadectwo było dla mnie bardzo przejmujące. Rok później postanowiłem pojechać na rekolekcje ewangelizacyjne, nie wiedząc, co to tak naprawdę jest i o co w tym wszystkim chodzi. Z jednej strony było doświadczenie osobiste tych, którzy dzielili się świadectwem, a z drugiej moje własne znaki zapytania. Byłem zracjonalizowany w myśleniu, wychodziłem z założenia, że wszystko, co jest poza przyjętym kanonem, jest w gruncie rzeczy nie do przyjęcia, że to musi być emocjonalny wzlot, który nie ma głębokich podstaw. Co ciekawe – chyba każdy ma takie doświadczenie, gdy wyjeżdża na rekolekcje – gdy już byłem spakowany, doszedłem do wniosku, że ryzykuję zbyt dużo, bo Pan Bóg jednak może wejść w moje życie i coś zmienić. Idąc na przystanek autobusowy, czekając na spóźniający się autobus, powiedziałem, że daję teraz jeszcze 15 minut, po czym bez względu na to, czy on nadjedzie – nawet gdybym właśnie odchodził – już się nie cofnę, tylko wracam do domu. W 15 minucie ów spóźniony autobus nadjechał. Zrozumiałem, że chyba Panu Bogu zależało mimo wszystko na tym, żebym przeżył ten czas. To był rok 1997. Pojechałem do Stoczka Warmińskiego – tam te rekolekcje, prowadzone przez wspólnotę z Ostródy, miały miejsce – i przeżyłem coś niebywałego. Byłem związany ze wspólnotami, to nie było dla mnie nowe doświadczenie, formowałem się w Ruchu Światło-Życie, miałem też roczny epizod we wspólnocie neokatechumenalnej. Ruch Światło-Życie w diecezji przeżywał swój kryzys (stawałem się zresztą coraz starszy, a to była grupa głównie młodzieżowa), wspólnoty zamykały się, było coraz mniej zainteresowanych. W neokatechumenacie też się nie odnalazłem, choć osobiście bardzo cenię tę wspólnotę.

Ten wyjazd, czas rekolekcji, to, co się działo i to, co słyszałem – zupełnie inne przepowiadanie kerygmatu – mnie jako teologa ujęło. Uczyłem się teologii – wiedzy o Bogu – a tu było przepowiadanie z mocą. Rzeczywiście zobaczyłem, że Pan Bóg mnie kocha, co dla mnie było novum. Nie było to już tylko pojęcie teoretyczne: „Pan Bóg mnie kocha, wszyscy to mówią” – trochę jak napis na dropsie – ale coś, co mnie dotknęło do żywego i nie na zasadzie, że ktoś mi to mówi, tylko że osobiście odczułem żywą obecność Jezusa Chrystusa w moim życiu, że On naprawdę jest i jest bliski, że przyjmuje mnie i moją słabość, że jest jedynym, który daje mi nadzieję i tak naprawdę jedynym, który mnie kocha, który nadaje sens mojemu życiu. Wszystkie klapki, które wydawałoby się, że są nie do otwarcia, nagle się otworzyły. Ani literatura, ani inne poszukiwania nigdy mi tego nie dały. Przeszedłem przez rekolekcje, przez głęboką spowiedź, przez katechezy i modlitwę o uzdrowienie. Pamiętam też swoje wyznanie Jezusa Chrystusa jako Pana i Zbawiciela. Klasztor w Stoczku Warmińskim zimą – ze względu na temperaturę – to nie jest zbyt dobre miejsce na wypoczynek. Przeziębiłem się, miałem około 39 stopni gorączki i oczywiście rozważałem, czy pójść na to nabożeństwo wyznania Chrystusa swoim Panem i Zbawicielem. Prowadzący mówili, że zawsze można to nadrobić. Wszystko działo się w miejscu szczególnym, bo była to cela Sługi Bożego kardynała Stefana Wyszyńskiego. Tam właśnie spotkaliśmy się wszyscy przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Nie byłem w stanie klęczeć ani siedzieć, zająłem półleżącą pozycję, bo czułem, że temperatura mnie rozpiera. Słysząc świadectwa i wyznania innych, czekałem na swój moment, bo wszyscy poczuli pragnienie osobistego wyznania Jezusa Chrystusa jako Pana i Zbawiciela. W gorączce, ale świadomie wypowiedziałem to krótkie zdanie: „Jezu Chryste, uznaję Cię swoim Panem i Zbawicielem” i poczułem wielką ulgę w sercu, a z kolei temperatura opadła. W takich przypadkach bierze się leki, a nie wyznaje Jezusa, ale zadziałało to u mnie nawet fizycznie. Jak się okazało potem, zostałem też uzdrowiony z choroby wrzodowej dwunastnicy. Jeszcze przed rekolekcjami miałem problemy, robione zdjęcia rentgenowskie, bo tak to wówczas badano, a po rekolekcjach w trakcie badań okazało się, że wszystko jest dobrze. To już był skutek „uboczny”, nie zakładany, nawet o tym nie myślałem. Modlitwa o wylanie darów Ducha Świętego pozostała bardzo głęboko w moim sercu. Słowo, które tam zostało wypowiedziane – a minęło już 17 lat – towarzyszy mi przez całe życie, jest dla mnie bardzo mocne i wyznacza kierunek mojego życia. To pozostawiło we mnie tak głębokie duchowe znamię, że wiedziałem, że jest to jedyny kierunek, w którym powinienem pójść, żeby odnaleźć samego siebie.

Zaproponowałem potem te rekolekcje przyjaciółce, nauczycielce, która pracowała ze mną w szkole podstawowej. Pojechała w wakacje. I tak było już nas czworo w Lubawie, modliliśmy się po domach, tak jak pisał św. Paweł, co tydzień w innym. Nie było wtedy jeszcze klimatu czy zrozumienia dla powstania wspólnoty w mojej rodzinnej miejscowości. To było zjawisko w Polsce już obecne, ale nowe. Przez cztery czy pięć lat, tydzień w tydzień wędrowaliśmy od domu do domu naszej czwórki i modliliśmy się o to, żeby w Lubawie powstała wspólnota charyzmatyczna. Dwanaście lat temu tak też się stało. Po wizycie w Ostródzie u tych samych animatorów, z którymi przeżywałem swoje rekolekcje, przyjechała grupa ewangelizacyjna i przeprowadziła rekolekcje w parafii św. Jana w Lubawie. Tak zrodziła się wspólnota, której byłem pierwszym liderem. To też ciekawostka, pokazująca, jak Pan Bóg jest pełen humoru. Mieliśmy na te rekolekcje zaproszonych gości, poinformowaliśmy znajomych, że wreszcie nastąpi moment wylania i wszyscy będą mogli w nim doświadczyć tego, co myśmy przeżyli w zupełnie innej formie na rekolekcjach. Okazało się, że z grona naszych przyjaciół nikt nie przybył, a przyszli zupełnie inni ludzie. Tak właśnie powstała wspólnota, która ma już dzisiaj 12 lat i jest moim duchowym dzieckiem, ale i matecznikiem. Do dzisiaj ruch charyzmatyczny w ogóle, a wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym w szczególności, jest dla mnie świadectwem mocnego działania Bożego w życiu, nie tylko moim, ale też w życiu Kościoła. Dlatego też ta moja historia, która ma już 17 lat, potwierdza to, że Pan Bóg naprawdę działa w Kościele i w ludzkich sercach. Kończyłem wtedy studia w Olsztynie. Po sześciu latach studiowania nie mógłbym powiedzieć o Bogu nic, co mogłoby utkwić w pamięci, czy w sercu człowieka, gdyby nie to doświadczenie. Ono potwierdziło, że to wszystko, czego się uczyłem w wymiarze intelektualnym, to jest prawda, że Bóg działa i naprawdę dokonuje rzeczy wielkich. Pragnąłem przemiany wewnętrznej i tam się ona zapoczątkowała. Potem, oczywiście, była dalsza droga formacyjna, ale początek był w tych zawiłych ścieżkach Pana Boga, zabawnych i niesamowitych.   

Toruń, 11 X 2013 r.

Wywiad został autoryzowany, wydrukowany w "Posłaniu" 1/2014 i 2/2014