Nie zatracić Boga żywego w sobie cz. 2

Z s. Anną Bałchan SMI rozmawia Marta Kalniuk

Czy Siostra ze swoim temperamentem zawsze chciała być zakonnicą?

W życiu! Do zakonnic z szacunkiem, ale na odległość. Dziwne, sztywne dziwadła, gadające nieludzkim językiem, jakimś takim pozaziemskim. To, że jestem w klasztorze, to dowód na dowcip Najwyższego. Stworzył kozę-buldoga i ona poszła do klasztoru.

Sama nie umiem tego wytłumaczyć. To nie było w mojej naturze. Kiedy poczułam bardzo wyraźnie to doświadczenie, zostawiłam to, co kochałam, czyli żeglarstwo, pływanie, zespół szantowy, grupę przyjaciół. Była masa rzeczy, które można było robić, ale przychodzi taki moment, że zostawiasz wszystko, wbrew rozsądkowi, ku zdziwieniu twojej rodziny i przyjaciół. Moi rodzice myśleli, że robię jakiś kawał, ponieważ uwielbiałam się przebierać, robić różne numery. Uważali, że jestem zdolna do tego, żeby iść do klasztoru na tydzień, dwa, żeby wszyscy uwierzyli, że jestem zakonnicą, a potem się pośmiać. Czekali na mnie, miałam swoje klucze. W końcu tata powiedział: „No dobra, już wszyscy uwierzyli, fajnie, no już wracaj”. W końcu się z tym pogodzili: „Wiesz, nie jesteśmy zachwyceni, że jesteś w klasztorze, ale to jest twoja droga i wybór”. Doskonale wiedzieli, że nieraz było bardzo trudno, czuli to jako rodzice. Nie miałam takiej natury, żeby opowiadać, nie wiem, czy by mnie w ogóle zrozumieli. Czasami jest po prostu taka specyfika życia w rodzinie czy we wspólnocie, że ciężko to tłumaczyć. Natomiast doskonale wyczuwali trudności i byli obok. Jest to jakaś tajemnica, fenomen. Jest jak jest, trochę lat już minęło. Wstąpiłam w 1984 r. Wyczytałam gdzieś, że – wiadomo, że Bóg powołuje różnie, czasem ktoś ma 40, 30 lat – Bogu się nie daje ochłapów. Dać całe życie, kiedy jest się młodym, najbogatszą część życia. Tak sobie ubzdurałam, ale to też był dla mnie znak. Po maturze poszłam do armii, do regularnego wojska i dzięki Bogu do dziś służę.

Czy Siostra jest szczęśliwa?

Tak, jestem szczęśliwa, jestem spełniona, co nie znaczy, że nieraz nie płaczę, nie wkurzam się, nie mam wszystkiego dosyć. To dwie różne bajki. U głębi, u podstawy nie żałuję ani dnia. Przeżyłam mnóstwo pięknych spotkań, jestem miliarderką, jeśli chodzi o spotykania z pięknymi, fascynującymi ludźmi. W życiu bym tego nie mogła doświadczyć. Jestem zachwycona ludźmi. Nie miałabym nigdy tylu ludzkich prezentów. Bóg pokazywał mi wiele sytuacji, wzmacniał na różne sposoby, byłam świadkiem Jego działania i to jest rewelacyjne. Natomiast to nie zmienia faktu, że nieraz masz dość, że nieraz by się chciało zaśpiewać jak Maryla Rodowicz: „wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bilet”, trzasnąć tym wszystkim. Obojętnie, czy się jest w małżeństwie, czy się jest mamą, czasami ma się takie momenty. Ja też je mam, mnie to dotyka. Jestem bardzo dynamiczna w swoich emocjach, może jakieś korzenie włoskie mam czy co albo jestem krzyżówką z laską dynamitu. Boże, żeby nie było tych uczuć, wzruszenia. Nie żałuję ani jednego dnia, czuję się szczęśliwa, czuję się królową, ponieważ doświadczyłam Boga. To nie ma znaczenia, czy jestem zakonnicą, czy osobą świecką. Rodzaj dróg jest inny, natomiast kwintesencja – ta sama. Doświadczyłam Boga, który jest moim Panem, a więc jestem królową. I nawet, jeśli ktoś mówi przekleństwa w moją stronę, to mnie nie dotyka, bo czuję się umiłowanym dzieckiem. Nawet jeśli zrobię coś głupiego, to nie ma znaczenia. Zwracam się do mojego Boga i nawet zanim jeszcze pomyślę, zanim jeszcze skruszę swoje serce, On mnie przytula i mówi: „Stara, nie wiem, o czym mówisz”. Taki jest mój Bóg. Kocham mój Kościół i kocham mojego Boga właśnie za to, bo tu mam swoje miejsce. Czy może być coś piękniejszego?

Chciałabym spytać Siostrę o posługę. Jeśli Siostra oczekuje w swoim życiu Jezusa, który działa, czy są takie momenty, kiedy Siostra rzeczywiście tego doświadcza? Czy moglibyśmy poznać kilka takich historii?

Oczywiście. Między innymi chodzi po ziemi taka zaraza, która jest wyrzutem sumienia dla mnie. To jest akurat facet. Kiedy przygotowywałam się do tej posługi, chodziłam do wspólnoty Dobrego Pasterza w Katowicach, która pomagała osobom uzależnionym. Była taka zasada, że osoby, które nie są przyćpane, tylko w miarę w kontakcie, mogą tam przyjść, wypić herbatę, umyć się, porozmawiać, natomiast nie wolno im było siadać i przysypiać. Ktoś wziął narkotyk i szukał miejsca, gdzie by było ciepełko – na to się wspólnota nie zgadzała. Złożyło się, że akurat miałam dyżur i był tam taki Iksiński. Poszedł do kaplicy i kimał pod ścianą. Powiedziałam: „Słuchaj, brachu, jak chcesz się bujać, to idź gdzieś dalej”. Wiem, że te słowa wydają się bardzo oschłe. Jak chrześcijanin, a w ogóle zakonnica może mówić takie rzeczy. Problem polega na tym, że jeżeli chodzi o narkotyki, alkohol – tu nie ma subtelności. To jest kwestia życia i śmierci. Podejmujesz wybory. Wybierasz narkotyk, ten sposób bycia, egzystencji czy nie wybierasz narkotyku, wstrzymasz się godzinę, dwie i jesteś gotowy do rozmowy? Ja, taka gorliwa, mówię: „Słuchaj, gościu, co tu przysypiasz”, a ludzie ze wspólnoty na to: „Proszę siostry, ale on się modli”. „No pewnie, jak on się modli, to ja jestem królowa Bona”. Jaka bezczelna, pycha taka, że hej. Ja wiem, że on się nie modli. Wiecie, jak się nazywa osoba, która ma wiedzę, a nie czuje? Wiedźma. Masz wiedzę, a nie masz serca – jesteś wiedźmą. Facet dalej kimał, przecież wiadomo, że nie będę się z nim szarpać, ale byłam niezadowolona. A wyobraźcie sobie, że został uzdrowiony! Przez całe lata brał narkotyki, takie mieszanki, że – patrząc pod względem medycznym i ludzkim – nie miał prawa bez ośrodka, bez detoksu żyć, egzystować. A został uzdrowiony. Bezczelnie żyje do dziś dnia. To, co mam w tyle głowy, to tyle, że palec to do nosa, a nie do ludzkich historii. Bóg pokazał mi, że On jest Panem życia i śmierci.

Inna bardzo trudna historia, po ludzku rzecz biorąc – fiasko. Kiedy pracowałam na dworcu (tzw. streetwork), przychodziła tam dziewczyna z rodziny, nazwijmy, przeciętnej krajowej. Zachwycała się kolesiami, którzy brali narkotyki: byli tacy wyluzowani, tacy cool, dziewczyny małolaty piszczały. Mówię jej: „Czego tu szukasz”?. A ona: „A bo tu są takie rozmowy pogłębione…”. No, pięknie. Te „pogłebione” rozmowy to po ile działka i którędy diler przechodzi. Było to smutne. Widziałam, jak w ciągu pół roku normalna dziewczyna zaczęła brać narkotyki. Mówiła: „Moja miłość do niego go uzdrowi, wyleczy”. A chłopak na to: „Co ty w ogóle możesz wiedzieć o narkotykach? Gdybyś w tym była, to byś wiedziała, że to wcale nie jest takie proste”. Głupiutkie dziewczątko stwierdziło, że też będzie brało. Zniknęła. Myślę nieraz o niej, modlę się. Ktoś kiedyś mówił, że była w jakimś ośrodku. Więcej jej nie widziałam. Gdzieś wewnątrz czuję, że jest, że żyje. Wiem jedno – modlę się za nią.

Inna historia: facet brał mnóstwo mieszanek, nawet nie narkotyki. Powiedziałam jego żonie, że jakby wybuchła bomba neutronowa, to ma się nie przejmować, bo ta cholera i tak przeżyje. Wykończył całą swoją rodzinę. Oni się załamali, przeżywali depresję, męczyli się, a on się świetnie bawił. Któregoś pięknego dnia jedna z koleżanek zaprosiła go na rekolekcje do Konarzewa. Zabrał cały plecak narkotyków. Co się ocknął, to słyszał „alleluja” i kimał dalej. W końcu się obudził, a koleżanka mówi: „Słuchaj, czy mógłbyś mi zająć kolejkę u spowiedzi?”. „Nie ma sprawy”. Jak poszedł do kolejki, to wszyscy zwiali. Obrócił się, żeby zawołać tę koleżankę, że już jest miejsce. Nie wiem, czemu ci ludzie zwiali, może nie pachniał ładnie, ale wyglądał też makabrycznie. Miał ksywę „Kogut”. Powiedział księdzu, który był w konfesjonale, że nie ma czego żałować. On, wyzwolony facet, czego on nie doświadczył: seks na trójkąty, kwadraty, mężczyźni, kobiety, zero zasad. Opowiadał, opowiadał, opowiadał, aż w końcu, kiedy usłyszał: „Ja odpuszczam tobie grzechy w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”, wtedy poczuł pęknięcie w sobie, tak jakby cały obornik w nim pękł, gruba warstwa. Zaczął płakać. Został uzdrowiony.

Pewna kobieta była wykorzystywana w dzieciństwie, od małego była wystawiana, rodzice mieli w tym interes, żeby ją sprzedawać i mieć pieniądze. Dziecko pragnie być kochane przez rodziców. Co wtedy, jeśli twoi rodzice cię wykorzystują? Jak sobie z tym poradzić? Patrząc po ludzku, z podejściem systemowym, jeśli chodzi o pomoc psychologiczną, to ta dziewczyna nie ma szans do życia. Natomiast naszą siłą jest to, że Bóg uzdrawia i ją też uzdrowił po to, by mogła mieć relacje z innymi ludźmi. Kobiety, które poszły w prostytucję dlatego, żeby mieć lepsze życie, pewny pieniądz na czynsz, dzieci, na wszystko, któregoś pięknego dnia dzwonią do mnie, przychodzą i mówią: „Siostro, chcę innego życia. Przeraża mnie to, ponieważ nic nie umiem, mam tylko podstawówkę albo gimnazjum”. Tego nie idzie inaczej wytłumaczyć, w sposób ludzki. Jesteś przyzwyczajona do wielkich pieniędzy i nagle musisz mieć małe, musisz sobie wielu rzeczy odmówić, a przecież wcześniej rekompensowałaś sobie różne problemy – przemoc wobec siebie, ubóstwo uczuciowe czy materialne. Jak były pieniądze, stać cię było na różne ciuchy, to stanowiło twoją wartość. A jednak masz inne pragnienie. Co to jest? Chcesz doświadczyć Boga. Czasem jest też tak, że pracujemy z osobą pół roku albo i rok, półtora, a nagle ktoś zostaje uzdrowiony. A czasem ktoś mówi: „Proszę siostry, nie wiem, boję się”. Mówię: „Niczego nie musisz. Będziesz wiedziała, kiedy będziesz gotowa”. Ona się spodziewała, że powiem, że musi zmienić swoje życie. Nie. Bóg daje miejsce i czas wzrostu. Mamy siać, jest słońce, jest deszcz. Jeżeli widzę pewien efekt czy owoc, to super, to prezent dla mnie, ale nie jest to kwintesencją wszystkiego. Dziewczyna jest na intensywnych rekolekcjach dwa, trzy tygodnie, potem wyjeżdża, jest cicho jakieś trzy miesiące i nagle dostaję maila: „Siostro, jestem wolna!”. Bardzo często te dziewczyny używają tych słów: „Jestem wolna, jestem wolna!”. Jest też płacz, są tak szczęśliwe. Piszą: „Proszę siostry, przyjęłam Chrystusa w Eucharystii”, „Przyjęłam mojego Pana, z wszystkimi ludźmi, przyjęłam Chrystusa do swojego serca! Jestem szczęśliwa, jestem wolna!”. Myślę sobie: to ja, zakonnica, tak tego nie przeżywam, aż mi głupio. W zakonie tyle lat i tak wszystko powszednieje, wszystko jest beznadziejne. Wstyd mi, zazdroszczę im, że mają taką radość, świeżość.

Inna historia: na Śląsku były restrukturyzacje, zwalniali z kopalń, z hut. Rodzina, trójka dzieci, ona około 33 lat, on – 35. Kiedy został zwolniony z kopalni, szukał pracy, zaczął pić, ona została z tym wszystkim sama. Wzięła gazetę, a tam znalazła ogłoszenie o pracy w Niemczech, potrzebna była tylko książeczka sanepidu. Niewiele myśląc, pojechała daleko, do Berlina. A tam stała się niewolnicą. Wszystko było fajnie do momentu, kiedy zjadła kolację, potem straciła przytomność. Ona tego nie wybierała, całą jej winą było to, że chciała pracować, utrzymać swoją rodzinę. Była niewolnicą ponad dwa lata. Zaznaczała tylko szpilką z tyłu na kafelku kolejne mijające dni, ponieważ nikt jej nie mówił, jaki jest dzień czy godzina. Musiała być zawsze blondyną. Kiedy trafiła do nas, miała spalone włosy, nie pamiętała, że ma rodzinę. Dowiedzieliśmy się tego od policji. Miała amnezję, wydawało się, że to już nieodwracalne. Bała się otwierać okna, ponieważ tam każde wezwanie pomocy, każde otwarcie okna kończyło się maltretowaniem. Środki wczesnoporonne raz w miesiącu. To, czego była świadkiem, czego doświadczyła – cóż może być więcej? Była zdysocjonowana, czyli odcięta od swojego ciała. Kiedy mówiło jej się, żeby coś zrobiła, np. wyprasowała prześcieradło, odpowiadała, że nie pamięta, jak to się robi. Co, taka stara baba i nie pamięta, o co chodzi? A ją bito po głowie, bo ciało stanowiło towar. Efekt był taki, że była jak po wylewie, nie pamiętała niczego. Kiedy coś przy niej robiono, to jej się odtwarzały wspomnienia. Trzeba było pracować nad tym, żeby mogła spokojnie otworzyć okno, bo zaczynała krzyczeć, momentalnie znajdowała się w jakimś innym miejscu, pociła się, czuła silny stres. Bała się wyjść z domu, wydawało się jej, że ją śledzą, nie umiała wejść do kościoła, autobusu, marketu, nie była w stanie żyć, trzeba było jej pilnować. Ludzie nieraz chcą popełnić samobójstwo, ponieważ mają lęki, wszystko ich przeraża, zanim leki zaczną działać. Były leki, rozmowy, towarzyszenie, miesiąc, dwa, trzy i wydawało się, że nic nie ruszy. Prosiła o kapłana, bo była osobą wierzącą i chciała iść do spowiedzi. Przyszedł kapłan, a ona wyciągnęła klucz od drzwi: „Przepraszam, wiem, że jestem u sióstr, wiem, że mi się nic nie stanie, ale muszę mieć ten klucz, bo nie wejdę do tamtego pokoju. Bardzo przepraszam, ale mam taką barierę”. Po spowiedzi wyszła z pokoju i kiedy patrzyłam na nią, to było coś niesamowitego, aż błyszczała. Mówiła: „jestem wolna”, zaczęła się śmiać i płakać jednocześnie. No tak – pomyślałam – na koniec odwaliło kobiecie w drugą stronę. Nie bardzo się umiałam ucieszyć, bo przeżywała cały kalejdoskop uczuć. Zastanawiałam się, o co chodzi. Ale od tego momentu zaczęła o wiele szybciej zdrowieć. Cieszyło ją niebo, zieleń, to, co robi. Zaczęła żyć, jakby przeszła reanimację. Stała się wolna, aktywna. Te osoby często nie mają zdolności tworzenia relacji z innymi ludźmi, ponieważ są tak zrażone, tak oszukane. Dlatego to nic innego, tylko cud, że nadal potrafi kochać, żyć, zaufać drugiemu człowiekowi. Tego się nie da przeprowadzić ćwiczeniami, jakimiś sztuczkami. To jest coś, co przychodzi. Potrzeba uzdrowienia umysłu, wspomnień, ciała. Nie sprawię tak, że zapomnisz, co było między 24 listopada a 12 grudnia. Przychodziły np. dziewczyny, które były zgwałcone i mówiły: „Proszę siostry, oglądałam w telewizji, że jest taki terapeuta, który wprowadza w trans i wycina odcinek od-do”. Jakby się człowiek uparł, to by mógł to zrobić, tylko czy wolno? Przecież to wszystko i tak zostaje w podświadomości. Nie wolno robić takich rzeczy. Mówię: „Wiesz, mogę spróbować nauczyć cię, jak z tym żyć, mogę ci w tym towarzyszyć. Tak naprawdę tylko ty znasz drogi wyjścia ze swojego piekła”. Człowiek zostaje obdarzony łaską, mocą, Bóg wzmacnia i wyprowadza. Mogę ci towarzyszyć, ale nie znam przepisu na twoje życie, nie jestem lekiem na całe zło. To są bardzo poważne sprawy, ekstremalne. Nie ma ludzkiego uzdrowienia – ale Bóg uzdrawia i zaczynają żyć. To jest cud.

Można mówić o wielu takich sytuacjach, ale czasem też ktoś odchodzi, nie jest w stanie nawiązać relacji. To nie jest jego czas. I trzeba sobie powiedzieć: ok, to nie jest twój czas, dziękuję ci za teraz. Niektórzy nie są w stanie, bo to już wyższa szkoła jazdy, powiedzieć nawet: „Dziękuję, ale nie jestem w stanie”. Zazwyczaj robią coś takiego, żeby ich wyrzucili, łamią jakiś regulamin, żeby było tak, że „to nie ja”. To bardzo wygodne. Tak czy inaczej, na tym polega nasza droga, codzienność, towarzyszenie. Liczymy na Najwyższego. Po ludzku robimy wszystko, cały zespół pracuje pod superwizją. Nie można powiedzieć, że mogę zajmować się pomocą, ale nie przygotowuję się do tego pod względem psychologicznym, terapeutycznym. Trzeba mieć pewną wiedzę. Dla mnie jest to iluzją, chyba że masz łaskę i mądrość serca. Nie o to chodzi, żeby stworzyć sektę, tylko żeby mądrze pomagać. Po ludzku możemy tyle, czyli opiekujemy się, nasza praca jest oglądana, natomiast zawierzamy to Bogu, żebyśmy jako ludzie nie odstawili wiochy. Trzeba bardzo się pilnować, żeby nie wykorzystywać innych. Istnieje duże niebezpieczeństwo wśród pomagaczy, że tak im palma odbija, że wydaje się, że już wszystko wiedzą. Trzeba dużo pokory. Cały czas, regularnie, musimy robić porządki w swoim własnym ogródku, żeby nie używać innych ludzi. Są tacy, z którymi nie będę pracować, dlatego że gdzieś mi to odmyka moje kawałki i ktoś oberwie za mojego tatę czy za jakąś inną sytuację. To nie jest w porządku, to jest używanie ludzi, więc muszę uczciwie powiedzieć: „Słuchajcie, ale z tą osobą nie będę pracować”. Nie muszę opowiadać, co się wydarzyło. Mamy coś takiego w zespole, że ktoś mówi: „Dobra, do pary mogę wziąć, spokojnie”. I pracują, jest dynamika. To jest niewidoczne dla oczu – to otwarcie, ta praca, sposób życia. Żyjemy z łaski Bożej – dosłownie i w przenośni – odnośnie zabezpieczenia materialnego, duchowych uzdrowień, przemiany i nas samych, i ludzi, z którymi mamy dar mieszkać.

Toruń, 20 marca 2014 r.

Wywiad został autoryzowany, wydruk w "Posłaniu" 4/2014.