Nie zatracić Boga żywego w sobie cz. 1

Z s. Anną Bałchan SMI rozmawia Marta Kalniuk

Czym się Siostra na co dzień zajmuje?

Cóż, jestem homo sapiens, czasem ledwo sapiens, normalnie siostra zakonna, człowiek, który zawierzył Bogu i przeżywa z Nim przygodę. Jestem we wspólnocie Sióstr Maryi Niepokalanej. To zgromadzenie, którego charyzmatem jest praca z kobietą od narodzin do naturalnej śmierci, szczególnie zaś chodzi o sytuacje kryzysowe.

Kiedy wrzuci się w wyszukiwarkę internetową hasło „s. Anna Bałchan”, pojawia się informacja, że Siostra jest „siostrą od prostytutek”. 

Wszystkich uspokajam, że nie prowadzę agencji towarzyskiej. Kiedy myślimy o człowieku, lubimy nadawać etykietki – alkoholik, prostytutka, narkoman. To nie jest myślenie Ewangelii. Myślenie ewangeliczne jest takie, że Bóg wybiera nas, nadał nam imię, ma dla nas specjalne miejsce na tym świecie, coś do spełnienia. Zawsze czymś się zajmujemy. Równie dobrze można powiedzieć, że jestem siostrą od więźniów. Chrystus gorszył, bo jadł z celnikami, cudzołożnicami, złodziejami. Uczeń nie jest większy od mistrza. To nie ma znaczenia. Czuję się grzesznikiem i cieszę się życiem tylko dlatego, że zatapiam się w Jego miłosierdziu. Tym chcę się dzielić – że jest nadzieja dla nas wszystkich, dla mnie, niezależnie od tego, jaki rodzaj grzechu nas ubrudził. To nam daje wolność, to chcemy głosić jako siostry. Na co dzień pracuje Siostra w ośrodku pomocy kobietom będącym w kryzysie. Siostry Maryi Niepokalanej założyły Stowarzyszenie PoMoc dla kobiet i dzieci, ofiar przemocy domowej i ofiar handlu ludźmi. Wraz ze współsiostrą mieszkam na co dzień z tymi kobietami, tworzymy swoistą wspólnotę ludzi, którzy doświadczyli cierpienia. Uczymy się życia bez przemocy – my też. Wymaga to nieustannej pracy nad sobą po to, byśmy mogły zmieniać ten świat, naszą codzienność na trochę lepszą, by pojawiło się trochę nadziei, trochę mniej przemocy. Dla nas to też dar, ponieważ mieszkając z nimi uczę się i doświadczam czegoś, co nigdy nie byłoby mi dane (chyba że pracowałabym w żłobku czy ośrodku opiekuńczym) – pomocy w wychowaniu dzieci czy instrukcji ich obsługi, przebywania z dziećmi. Uczymy się – bo to jest coś, co wymaga nieustannej pracy, odnajdywania nowych dróg. To obdarowywanie się wzajemne, wymiana prezentów jest fascynujące, rozwojowe.

Jak to się zaczęło, że Siostra się tym zajęła? Wiem, że to z jednej strony charyzmat stowarzyszenia, ale z drugiej także posłanie, które Siostra otrzymała od przełożonych.

Oczywiście, że tak, sama sobie tego nie wymyśliłam. Fajnie byłoby powiedzieć, że wpadłam na taki pomysł, ale niestety, nie. Stety albo niestety, dla mnie wygodniej, dlatego że jeśli coś nie wychodzi albo jest trudno, zawsze mogę zrzucić winę na przełożonych czy na swojego biskupa. Te sprawy zawsze leżały na sercu ks. abpa Damiana Zimonia, obecnie seniora, teraz mamy ogromne wsparcie i błogosławieństwo ks. abpa Wiktora Skworca. To ważne, bo Kościół nas posyła, mamy błogosławieństwo. Posyła nas także zgromadzenie, to rola przełożonych. Nie wiedzą, jak to masz zrobić, nie mają pomysłu, ale jeżeli otrzymujesz błogosławieństwo, to szukasz, patrzysz, pytasz. Tak też było.

Jak stworzyć pomoc dla kobiet, które doświadczyły szczególnie przemocy, cierpienia – fizycznego, psychicznego, duchowego?

W naszym domu, oprócz tego, że zespół cały czas się uczy, jak mądrze, profesjonalnie pomagać, jest jeszcze kaplica z Najświętszym Sakramentem, gdzie modlimy się o łaskę uzdrowienia, o moment zero. Każdy psycholog, terapeuta powie, że jest taki moment, że ktoś rusza do przodu (albo nie). Czemu Jezus, gdy był w Izraelu, nie uzdrowił wszystkich? Nie wiemy. Czujemy się bezsilni, robimy po ludzku to, co możemy, ale gdzieś jest granica ludzkich możliwości. To tajemnica nieprawości człowieka, tajemnica jego historii życiowej, do której trzeba podejść z szacunkiem. Nie my jesteśmy od oceniania, dawania rad itd. Mamy towarzyszyć, tworzyć możliwości wyboru, alternatywę. I to chcemy robić. W tej chwili mamy program dla 20 pań, które mogą wejść na rynek pracy od 15 do 62 roku życia, otrzymują profesję, kursy, pomoc psychologiczną i prawną, półroczny płatny staż, organizuje się spotkania dla kobiet w różnych konfiguracjach – czy to rekolekcje, czy to warsztaty, np. zarządzania finansami, zabaw z dzieckiem. To jest całe spektrum wspierania kobiety, dzielenia się na różne sposoby. Stowarzyszenie jest narzędziem. W tej chwili pracują tam cztery siostry i osoby świeckie. Zawsze tak było w naszej historii, że świeccy współpracowali z siostrami. Prawda jest też taka, że brakuje sióstr. Fajnie by było, gdybyśmy mieli więcej tych szalonych kobiet, ale nawet jeśli z jakiegoś powodu ich nie będzie, jesteśmy gotowe walczyć jak ostatni Mohikanin.

Mówiła Siostra o początku pracy z kobietami w kryzysie. Czy miała Siostra określone plany, kiedy zaczynała swoją drogę zakonną, jakieś marzenia?

Myślałam bardziej o pracy z osobami uzależnionymi od narkotyków – to były moje plany. Pisałam pracę magisterską na KUL-u: „Doświadczenie Boga u osób uzależnionych”. Myślałam o tym z dwóch powodów. Pierwszy był egoistyczny, ponieważ jestem bizneswoman, nie jestem altruistką, kieruję się własnym biznesem: chcę widzieć Boga, który uzdrawia dziś, tu i teraz, a nie dwa tysiące lat temu – to mnie nie interesuje. Wiem, że to brzydko brzmi, siostry nie powinny tak mówić i w ogóle, natomiast mój Bóg jest Panem żywym, który działa tu i teraz, doświadczam tego. Oczywiście, mam krótką pamięć, bo możemy wyliczać, ile było cudów, ile znaków, natomiast w momencie, kiedy przychodzą problemy, trudności – wpadamy w panikę. Jak to się mówi, panika nie zanika. Dlatego cały czas moim celem jest szukanie, deptanie Mu po piętach, chcę widzieć, że On uzdrawia. To prezent, że coś widzę. Czasem nie zobaczę, ale mimo tego zawierzam Mu. W moim interesie jest to, żeby Mu zawierzyć. Idę va banque. Umowa między mną a moim Panem jest taka, że kiedy odejdę, żebym umiała beczeć. Kiedy pasterz szukał owcy po krzakach, to nasłuchiwał. Więc kiedy przegram, żebym umiała beczeć, wezwać mojego Pana. Miłość jest wolna. On może zadziałać, jeśli tego chcę. Jeśli nie będę beczeć, wołać, to On uszanuje mój wybór. Modlę się o to, żebym umiała beczeć, żeby wziął mnie za frak, bo nie chcę żyć bez Niego. Cały czas coś wymyślam, bo nie jestem pokorna, kombinuję, wiecznie mi się czegoś nie chce, jestem chora na „misie”: że mi się nie chce i mi się należy. To ostre zapalenie misia, bardzo niebezpieczny wirus. Cały czas próbuję się z niego wyzwolić, ale ciągle mnie dopada. Albo jestem rozczarowana, albo mi się wydawało, że coś tam, albo nie chce mi się czegoś robić – nie chce mi się wołać, nie chce mi się iść, nie chce mi się modlić. Czasem ktoś mówi: „Proszę siostry, mi się nie chce chodzić do kościoła” – „Mi też się nie chce”. „Oooo, dlaczego?”. No pewnie, że mi się nie chce. Gdyby to było kryterium wszystkiego, to bez sensu. Potrzebuję mocy mojego Pana, Eucharystia jest moją siłą. Tylko to jest w stanie mnie poruszyć, nawet jeśli pełzam, a nie biegnę. On jest moją mocą, On wszystkie sprawy, do których mam dostęp, ale też to, czego nie widzę, prowadzi i uzdrawia, koniec kropka. Mam tylko działać, choćby po ludzku wydawało się, że to niewiele, że to nie ma sensu. Bóg nadaje sens. Obyśmy my wytrwali do końca. Siostra pracuje, nieustannie stykając się z ludzkim cierpieniem.

Jak Siostra sobie z tym radzi?

Chciałoby się powiedzieć… nie radzę sobie. Nie jest mi to wszystko obojętne, działa na mnie. Oczywiście, część oddaje się Bogu, część będziesz mieć w ciele, część niesiesz jako krzyż w swojej psychice. Nie ma co udawać, że można się od tego odciąć, chyba że wejdziemy w jakąś patologię. Oczywiście, psychicznie jesteśmy w stanie się odciąć, ale nie o to chodzi. To też nie jest takie proste powiedzieć: „oddaję wszystko Panu”. Oddaję, ale zawsze coś zwinę z drogi, coś się po ludzku przykleja. Jeżeli nie ma Boga nad tym wszystkim, to jest nie do zniesienia. W tej całej pracy, służbie, posłudze najważniejsze jest to, aby nie zatracić Boga żywego w sobie. To jest największa walka, bo tu się odbywa walka ducha. Co z tego, że będę zabiegać o pieniądze, cały żłobek wybuduję? Wiem, że jeśli Bóg czegoś chce, to tego dokona. Po co to wszystko? Żeby były miejsca pracy, żeby rodzice się uczyli wspierania swoich dzieci, budowania więzi. Też jesteśmy bezsilne, sfrustrowane tymi dramatami. Mówimy: „Boże, co zrobić, żeby temu przeciwdziałać?”. Leczenie samych ran ofiar jest bardzo trudne. Patrząc na to wszystko, chciałoby się zrobić coś przed. Założyciel naszego zgromadzenia, ks. Jan Schneider, powiedział: „Jest wielką rzeczą pomagać ludziom, którzy upadli, ale większą jest przeciwdziałanie, żeby zapobiec temu upadkowi”. Myślę, że to wszystko jest ważne. Wiem, że On w tym wszystkim jest. Czy to jest proste? Nie. Musisz to ponieść, koniec kropka. Ważne jest to, by nie zatracić Boga w sobie, wiary. Są tysiące sytuacji, gdy pytasz Boga „dlaczego?”. Dzieci pytają: „Proszę siostry, dlaczego mi się to stało?”. Nie mam pojęcia, dlaczego. Nie zgadzam się na śmierć, tylko zgadzam się, że On jest Panem tego wszystkiego, On to zwyciężył – śmierć, szatana, zło. To mi daje nadzieję do życia, ale też nie rozumiem wielu rzeczy. Jedyne co, to jestem z Nim, trwam, mimo wszystko. Chcę, by On mnie trzymał swoją łaską. Czy można powiedzieć, że człowiek sobie radzi? Jestem żywą osobą, podobnie moje współsiostry, współpracownicy – to wszystko na nas oddziałuje. Bóg szanuje ludzkie wybory. Możesz nieraz zrobić rewelacyjne warunki, ale ktoś wybiera coś, co jest dla niego zabójstwem i nie masz na to wpływu. Dlatego trzeba mieć wiarę, zawierzenie, że Bóg wie, co robi. To nie są moje dzieci, to nie jest moje dzieło. Bardzo wygodna sprawa. To Twoje dzieci, to Twoja sprawa, myśmy zrobili, co mogli. Czekam na cud. Panie, będę Cię uwielbiać, gdy będziesz stwarzać ten żłobek, będziesz uzdrawiał tych ludzi, chcę to widzieć i będę chwalić Twoje Imię. Po co jestem na rekolekcjach dla młodzieży? By zaświadczyć o tym, że Bóg działa. Tylko po to. Nie dlatego, że mam czwarty dar doskonałości i to nie problem wierzyć.

Często jest tak, że człowiek ma pewne plany co do wywiadu, ale czuje inne prowadzenie Boże, i to jest wspaniałe…

I za to uwielbiam mojego Szefa. Ponieważ w związku z Nim nie ma nigdy nudy. Odkąd oddałam swoje życie Bogu, On mnie cały czas zaskakuje. To jest fenomenalne. Nie cierpię nudy. Jestem sangwinikiem, szybko się zapalam i gaszę. Muszę mieć akcję. Nie nadaję się do klasztoru klauzurowego, a jednocześnie potrzebuję wspólnoty, bo czuję się słaba. Bóg jest tak niesamowity w Swoich działaniach, prezentach, że to fajnie dać Mu się zaskakiwać. Za to właśnie uwielbiam swojego Pana. Ciekawe, co będzie dzisiaj, co dzisiaj, Boże, mi przyniesiesz? 

Toruń, 20 marca 2014 r.

Wywiad został autoryzowany, wydruk w "Posłaniu" 4/2014