Pismo Święte ma moc uzdrowienia

Z o. Józefem Witko OFM rozmawiają Katarzyna Ciesielska i Marta Kalniuk

(...)

Wiemy, że Ojciec w całej Polsce prowadzi także msze w intencji uzdrowienia. Kiedy zaczęło się to dzieło, jak Ojciec rozpoznał potrzebę prowadzenia takich mszy? 

Czytałem świadectwa charyzmatyków, którzy opowiadali, że po modlitwie o wylanie darów Ducha Świętego zaczęli posługiwać z mocą. Czytałem o uzdrowieniach, uwolnieniach i rodziło się we mnie pragnienie, aby też tak posługiwać. Ponieważ do takiej posługi potrzebna była modlitwa o wylanie Ducha Świętego, poprosiłem wspólnotę Odnowy z Nowego Targu, aby się nade mną pomodliła. Tak też zrobili. Przygotowywałem się do tego wydarzenia poprzez rekolekcje. Wyobrażałem sobie, że może będzie trzęsienie ziemi, wiatr, jakieś namacalne, doświadczalne znaki, które miałyby być potwierdzeniem od Boga, że teraz mogę działać z mocą. Jednak w czasie modlitwy nic nie czułem, nic się nie działo, więc stwierdziłem, że widocznie ta posługa nie będzie dla mnie. Wieczorem po modlitwie czułem radość i pokój, ale w dalszym ciągu nie miałem potwierdzenia. Uczepiłem się myśli, że jeśli będzie potwierdzenie, będę działał z mocą. Nie ma potwierdzenia – nie działam z mocą. Jednak po tej modlitwie zrodziło się pragnienie posługi, aby modlić się nad chorymi. Jak można to robić, skoro się nie ma mocy? Ponieważ pragnienie było tak wielkie, powiedziałem: „Panie Boże, będę się modlił, a Ty rób swoje”. Poszedłem do przełożonego, który był nastawiony negatywnie do Odnowy z powodu różnych doświadczeń, z nutą niewiary, że się zgodzi. On jednak zgodził się i w październiku 1996 roku rozpoczęły się takie msze święte. Najpierw czytałem gotowe modlitwy o. Tardifa przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Po takich mszach świętych ludzie przychodzili i mówili: „Proszę ojca, czuję pokój, wyciszenie, jestem mniej nerwowy”. To było dla mnie inspiracją, siłą napędową, aby modlić się dalej. Coraz więcej ludzi przychodziło na msze święte o uzdrowienie, ale momentem przełomowym była modlitwa za siedmiomiesięczne dziecko, które urodziło się z wadą serca – miało siedmioipółmilimetrową dziurę w sercu. Było leczone w Okocimiu i przygotowywane do operacji. Kiedy matka dowiedziała się, że w kościele odbywają się nabożeństwa z modlitwą o uzdrowienie, poprosiła mnie, abym przyszedł do niej do domu i pomodlił się nad jej dzieckiem. Nie wiedziałem, jak się modlić i o co, ale przyszła mi myśl, aby modlić się w językach. Pomodliłem się więc w ten sposób. Dziecko się rozpłakało, więc przerwałem i wróciłem do siebie. Matka pojechała do szpitala i okazało się, że ta dziura zmniejszyła się z siedmiu i pół milimetra do półtora milimetra. Lekarz stwierdził, że w takim wypadku nie potrzeba operacji, a nawet podawania leków. Kiedy wróciła, przyniosła to dziecko do klasztoru w Zakroczymiu, abym się jeszcze raz pomodlił. Zrobiłem to i rana zniknęła całkowicie. Jej świadectwo przyciągało sporo ludzi na msze święte, ta wiadomość zaczęła się rozchodzić pocztą pantoflową. Po pięciu latach przeniesiono mnie do Jarosławia, a ponieważ przez te wszystkie lata odprawiania mszy świętych z modlitwą o uzdrowienie jakoś się z tym związałem, więc tam też zacząłem się w ten sposób modlić – zresztą, była tam garstka ludzi, którzy tego pragnęli. Jeździłem z Jarosławia do Zakliczymia i organizowałem tam całodzienne czuwanie z modlitwą o uzdrowienie. Wraz z innymi przyjechała tam autokarem pewna pani o dwóch kulach. Chodziła w ten sposób już 20 lat. Kiedyś była pielęgniarką. W czasie mszy świętej została całkowicie uzdrowiona. Podnosiła kule, dawała świadectwo. Było ono tak mocne – przynajmniej w środowisku Biłgoraja – że za miesiąc do Jarosławia na mszę świętą przybyło 10 autokarów. A ponieważ ludzie pragnęli, żeby także w ich parafiach je sprawować, męczyli proboszczów dotąd, aż się zgadzali i zapraszali.

Mówił Ojciec o powstającym dziele – szpitalu duchowym. Jaka będzie jego funkcja? Kto będzie mógł szukać tam pomocy?

W Pińczowie za czasów komunistycznych władze zabrały część klasztoru pod szpital. Działał on do lat 90., kiedy miasto wybudowało nowy szpital, więc chorych tam przeniesiono, a te dwie części klasztoru nam oddano. Zastanawialiśmy się, co z tym zrobić. Najpierw myśleliśmy o domu rekolekcyjnym, ale później – myślę, że z Bożego natchnienia – zrodziła się idea, by tu, gdzie leczono kiedyś ciała, leczyć teraz ducha i stworzyć duchowy szpital, w którym ludzie będą leczeni psychicznie, fizycznie, duchowo, gdzie przyjadą ci, którzy przeżywają problemy małżeńskie, rodzinne, kryzysy, ludzie, którzy sobie nie radzą, a potrzebują czy to modlitwy wstawienniczej, czy rozeznania, czy rozmowy z kapłanem. Mogą przyjechać i zamieszkać na dzień, dwa, tydzień – w zależności od potrzeb – i doświadczyć pomocy. Takie dzieło powstaje i mamy nadzieję, że może za dwa, trzy lata będzie otwarte. Chcemy też zrobić coś takiego, żeby ci, których nie stać, mogli z niego korzystać. Mamy więc pomysł, żeby te osoby, na przykład, posprzątały, wyprały pościel, przygotowały pokoje dla innych, ugotowały jakieś posiłki w kuchni i w ten sposób zarobiły na swój pobyt.

Mówił Ojciec o uzdrowieniach. Może podzieliłby się Ojciec jeszcze kilkoma świadectwami uzdrowień, jakich był świadkiem, np. podczas mszy o uzdrowienie?

Mieliśmy kiedyś panią, która chorowała na raka, miała za sobą już trzy czy cztery chemie. Po ostatniej usłyszała, że ma przerzuty również do kości, jedynie jej głowa była czysta. Jej lekarka stwierdziła, że trzeba liczyć się z najgorszym, skoro leczenie nie przynosi zamierzonych rezultatów. Przewidywała jej 3-5 miesięcy życia. W czasie choroby ta pani rozpiła się, zaczęła palić, stała się nerwowa. Po diagnozie postanowiła odwiedzić swoich znajomych w Tomaszowie Lubelskim. Tam dowiedziała się, że za parę dni w Jarosławiu będzie msza święta z modlitwą o uzdrowienie. Postanowiła się tam wybrać, z tym że nie chciała prosić o uzdrowienie – bo już nie miała nadziei – ale o to, by mniej bolało. Znała wiele osób, które umierały w ogromnych boleściach, więc prosiła Boga o lekką śmierć. Tymczasem w trakcie modlitwy padły słowa: „Jest osoba, która choruje na raka. Pan ją dotyka. Czuje gorąco, które rozchodzi się po całym ciele”. Poczuła wtedy gorąco tak wielkie, że zaczęła się rozbierać. Zdjęła dwa swetry i dalej jej było gorąco. Przypuszczała, że coś się dzieje, ale nie miała pewności. Po tej modlitwie wróciła do domu i poszła na badania. Okazało się, że nie ma ani jednej komórki rakowej. Po trzech miesiącach badania zostały potwierdzone i teraz jest osobą całkowicie zdrową (było to w 2003 roku). Od tego momentu co miesiąc jeździ do Jarosławia na nocne czuwania z modlitwą o uzdrowienie i ściąga ze sobą wiele osób. Daje świadectwo uzdrowienia i wielu spośród tych, których przywoziła, także zostało uzdrowionych.

Inne ciekawe świadectwo: młody człowiek poszedł do lekarza. Okazało się, że ma jakiś problem ze stawami kolanowymi. W trakcie zabiegu lekarze zrobili coś nie tak. Zaczął chodzić o kulach, nie mógł powrócić do normalności. Przyszedł na mszę o uzdrowienie.Zobaczyłem go z kulami, więc podszedłem, chciałem mu dodać otuchy i powiedziałem: „Teraz masz cztery nogi, to przynajmniej gdy jedną złamiesz, z trzema sobie świetnie poradzisz”. Ale, tak żartując, spytałem: „Nie boisz się, że te kule się załamią?”. „Nie, są pewne, mogę się z nimi swobodnie poruszać bez lęku, że upadnę”. „Czyli ufasz im?” - „Tak, inaczej bym się nie opierał”. „A Jezusowi też ufasz?” - „Też”. „Tak samo jak tym kulom?” - „Nie, więcej”. „To zostaw je i oprzyj się na Jezusie”. No i tutaj był kłopot, bo Jezusa nie widać. Ale ta rozmowa dała mu dużo do myślenia i za miesiąc czy dwa znowu go zobaczyłem o kulach. W trakcie adoracji powiedziałem: „Każdy, kto ufa, że Jezus go dotyka, niech podejdzie teraz do Najświętszego Sakramentu”. Odważył się zostawić kule, podszedł o własnych siłach – i od tej pory chodzi.

Ponieważ te kule tak mocno mi utkwiły w pamięci, to jeszcze jedno świadectwo: podczas jednego z nocnych czuwań, na koniec, kiedy była modlitwa z nałożeniem rąk, podeszła kobieta, która też się o nich poruszała. Pomodliłem się nad nią, miała spoczynek. Była z synem, więc on wziął kule i czekał, aż mama wstanie. Kiedy zaczęła dochodzić do siebie, próbowała wstać, ale jeszcze coś się działo, więc posadzono ją na krześle. Kiedy doszła już do siebie, powiedziała: „Synu, dawaj kule, idziemy do domu”. Chciała je wziąć i wyjść, ale jedna z pań z Odnowy stwierdziła: „Po co one pani, skoro została pani uzdrowiona”. „Tak? Jestem uzdrowiona? No to idę do domu!”. Wyszła, a syn z kulami biegł za mamą.

Poprosimy jeszcze o błogosławieństwo i przesłanie dla tych, którzy będą czytać ten wywiad.

Panie Jezu, wejrzyj na tych, którzy będą czytać te słowa, aby zostali dotknięci mocą Twojego Świętego Ducha. Pokornie Cię proszę, abyś dotknął każdą osobę, każdą dolegliwość, każde zniewolenie, każdą chorobę. Ty jesteś Bogiem miłosierdzia, Ty jesteś Bogiem mocnym. W Imię Twoje, Jezu, mocą Twego kapłaństwa, niech będą złamane wszelkie nałogi, wszelkie dolegliwości, wszelkie choroby. Moc Twego Świętego Ducha niech spocznie na tych osobach i obdarzy je łaską uzdrowienia i uwolnienia. Niech ich serce poczuje radość i pokój. Każda z tych osób niech będzie w sposób szczególny chroniona przez Ciebie, a ja mocą Twojego kapłaństwa, wzywając nad tymi osobami Twoją Najświętszą Krew, osłaniam ich Nią, aby byli niewidzialni dla złych duchów, złych i nikczemnych ludzi, dla wszelkich chorób i dolegliwości, a także błogosławię ich w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

Toruń, 15 września 2012 r. 

Wywiad został autoryzowany, cała rozmowa ukazała się w "Posłaniu" 6/2012