Zdobyć cały świat dla Chrystusa

Z o. Jackiem Staszewskim OFMConv o św. Maksymilianie, Niepokalanowie i najlepszych strażakach w okolicy Sochaczewa rozmawia Anna Jakubowska

 Czy mógłby Ojciec opowiedzieć, jak Rajmund Kolbe – znany nam jako św. Maksymilian Maria Kolbe – trafił do zakonu franciszkanów?

Rajmund Kolbe urodził się 8 stycznia 1894 r. w Zduńskiej Woli w pobożnej rodzinie robotniczej. Jej korzenie sięgają ponoć Czech. Przez krótki czas mieszkali także w Łodzi w parafii św. Krzyża, ale nie do końca udało się ustalić miejsce. Tam mieszkali krótko, ponieważ rodzicom nie odpowiadał duch rewolucyjny, socjalistyczny. Mieli oni trochę inne zapatrywania i dlatego przenieśli się do Pabianic. Tam nadarzyła się okazja, że franciszkanie ze Lwowa głosili rekolekcje, wtedy to było wielkie wydarzenie, tak jak dzisiaj i zachęcali młodych chłopaków do tego, aby poszli do szkoły, która się w tym czasie otworzyła przy klasztorze. Wiadomo, było to daleko, szkoła płatna, inny zabór, granica, ale znalazł się człowiek, który opłacił przejazd. Rajmund skończył szkołę, tam też zaczął życie zakonne, otrzymał zakonne imię Maksymilian, habit i złożył pierwsze śluby. Studiował w Krakowie, a później został wysłany na studia do Rzymu, które skończył doktoratami z filozofii i teologii. Tam też jako diakon założył Rycerstwo Niepokalanej, stowarzyszenie, które obrało sobie Matkę Bożą za patronkę. Działo się to pod wpływem wystąpień masonerii, która bardzo mocno dawała tam o sobie znać. Chciał z pomocą Matki Bożej zdobyć cały świat dla Chrystusa.

Proszę powiedzieć, jak powstał Niepokalanów, od czego to się zaczęło?

W roku 1927 o. Maksymilian przybył tutaj, na szczere pola teresińskie. Kiedy pracował w Grodnie, okazało się, że zabudowania klasztoru grodzieńskiego są już za małe, że sprzęt poligraficzny, który tam zgromadził, już się nie mieści. Zaczął wtedy myśleć o przeniesieniu klasztoru. Szukał czegoś bliżej stolicy, żeby było łatwiej o kolportaż, żeby pismo dotarło do jak najszerszych mas. Ciekawostką jest to, że kiedy Maksymilian w 1922 r. przenosił wydawnictwo i redakcję „Rycerza Niepokalanej” z Krakowa, wszystko zmieściło się w jednej walizce, a kiedy przenosił je w te tereny, trzeba było wynająć transport kolejowy, żeby przewieźć sprzęt poligraficzny. Kiedy jeszcze myślał o tym przeniesieniu, dowiedział się, że książę Jan Drucki-Lubecki parceluje majątek, więc zwrócił się do niego z prośbą, czy nie zechciałby udostępnić kawałka ziemi. Książę postawił pewne warunki, mianowicie chodziło o msze święte wieczyste za zmarłych członków rodziny w nowo wybudowanej kaplicy, a prócz tego dwie msze. To była poważna decyzja, więc Maksymilian opowiedział o tym ówczesnemu prowincjałowi, a ten się nie zgodził, twierdząc, że to zbyt duże obciążenia dla zakonu na przyszłość. Kiedy o. Maksymilian zakomunikował tę wiadomość księciu, ów zdenerwował się i zapytał, co będzie z figurką, którą postawili zakonnicy (kiedy Maksymilian prowadził rozmowy na temat tego kawałka ziemi, postawił figurkę Maryi. Do dzisiejszego dnia stoi ona przy kaplicy od strony ulicy). Święty odparł, że teren należy do księcia, więc i do księcia należy decyzja. „Ach, to już wam dam bez zobowiązań. Możecie wziąć tyle, ile wam potrzeba!”. Zaczęło się od pięciu mórg. W lipcu przyjechali pierwsi bracia, w tym br. Zenon Żebrowski, który zaczął wznosić pierwszą kaplicę, połączoną z furtą i celami zakonnymi. Później przyjechał transport maszyn poligraficznych. Św. Maksymilian założył „Rycerza” jeszcze w 1922 r. w Krakowie, więc był on już czasopismem znanym w Polsce. Na początku przyjechało z Maksymilianem osiemnastu braci, a przed wybuchem II wojny światowej wszystkich mieszkańców wraz z uczniami małego seminarium misyjnego było aż 762. Tak wiele potrafił zdziałać „Rycerz”. Spotkałem tutaj człowieka, który mówił: „Proszę księdza, na Rycerzu Niepokalanej przed wojną uczyłem się polskiej mowy, uczyłem się czytać”. To było wzruszające.

Czy mógłby Ojciec opowiedzieć o duchowości św. Maksymiliana?

Święty Maksymilian od najmłodszych lat był zakochany w Matce Bożej. Jeszcze jako dziecko kupił sobie za 5 kopiejek figurkę Maryi i zrobił ołtarzyk. Przy nim modliła się cała rodzina. Jest też takie wydarzenie z życia św. Maksymiliana – oparte na świadectwie matki: kiedy dzieci się pobiły czy pokłóciły, mama skrzyczała Rajmunda: „Mundek, Mundek, co z ciebie wyrośnie!?”. Wtedy pobiegł on do kościółka parafialnego w Pabianicach i tam przy obrazie Matki Bożej modlił się: „Matko Boża, czy jestem taki najgorszy, że mama musi przeze mnie płakać?”. Wtedy miał objawianie dwóch koron: białej i czerwonej. Maryja powiedziała mu: „Wybieraj, którą chcesz”. Wybrał obie, co oznaczało i świętość, i męczeństwo. Matka Boża zresztą była obecna w całym jego życiu. Gdy jeszcze jako kleryk w 1917 r. założył Rycerstwo Niepokalanej w Rzymie, to właśnie z Jej pomocą dla Chrystusa chciał zdobyć cały świat. Także dziełko Ludwika de Montfort O prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny było ważną książeczką w życiu św. Maksymiliana. Dużo czerpał z oddania Matce Bożej. Często głosił dla braci konferencje o Maryi, są tego dowody w pismach, które po sobie zostawił, ale też i w spisanych konferencjach.

W jaki sposób ojcowie kontynuują dzieło o. Maksymiliana?

Przede wszystkim kontynuujemy wydawanie „Rycerza”, ale nie tylko to jedno czasopismo. Jest „Rycerz Niepokalanej”, „Rycerz Młodych”, „Mały Rycerzyk” - dla dzieci, i „Informator Rycerstwa Niepokalanej”. Pismo jest redagowane i drukowane tutaj, na miejscu, ponieważ, jak za czasów Maksymiliana, mamy własny park poligraficzny. Wróciliśmy też do innego dzieła, które zapoczątkował o. Maksymilian. W uroczystość Niepokalanego Poczęcia, 8 grudnia 1938 r., odbyły się pierwsze próbne audycje radiowe na częstotliwości krótkofalarskiej. Później, kiedy w Polsce zmienił się ustrój, powróciliśmy do idei Radia Niepokalanów. W tym roku będzie ono obchodziło 18. rocznicę reaktywacji. Była też telewizja, ale to trudny temat, nie wszystko się da powiedzieć. Są także prowadzone rekolekcje w duchu św. Maksymiliana, w duchu Rycerstwa Niepokalanej dla dzieci, dla młodzieży i dla dorosłych. Tym zajmuje się ośrodek Rycerstwa Niepokalanej w Niepokalanowie Lasku.  

Wracając do duchowości św. Maksymiliana – w jaki sposób człowiek współczesny może żyć jego przesłaniem, coś z niego zaczerpnąć?

Myślę, że dziś to przede wszystkim wyraża się przez oddanie Matce Bożej. Tutaj kłania nam się kardynał Stefan Wyszyński, papież Jan Paweł II i jego Totus Tuus. Także Maksymilianowe zawierzenie Matce Bożej całego życia i oddanie go w przeddzień uroczystości Wniebowzięcia ma symboliczne znaczenie. Prócz tego umiłowanie drugiego człowieka – nieważne, kim jest, ale to człowiek, więc jest kimś wielkim w oczach Pana Boga. Może dzisiaj Pan Bóg nie oczekuje od nas takiej formy męczeństwa, jak to stało się udziałem św. Maksymiliana, ale też jest to jakiś znak dla współczesnego człowieka.

Jaki był ojciec Maksymilian w kontakcie z drugim człowiekiem, jak traktował swoich współbraci?

Są na ten temat różne zdania. Był ponoć cholerykiem, nie wszyscy go kochali. Ale też byli tacy, którzy by poszli za nim w ogień. Miał chyba taką osobowość, temperament, że potrafił pociągnąć za sobą innych. Był wymagający, ale też bardzo ojcowski, troskliwy. Zwracał się do braci: „moje dziecko”, „moje dzieci”. Ludzie w tamtych czasach byli bardzo prości. Sytuacja finansowo – gospodarcza wtedy też nie była najlepsza. Jeżeli w domu było ośmioro dzieci, a któreś poszło do klasztoru, to rodzina miała mniej do podziału majątku. Nie wszyscy, którzy przyjeżdżali, nadawali się do zakonu, mieli różne pobudki, stąd duża rotacja. Bracia pewnie potrafili wyczuć, kto jest kim. Św. Maksymilian na pewno wymagał, ale najpierw od siebie – był tytanem pracy.

Podobno wielu nie nadążało za nim w jego gorliwości, mawiano o nim „szalony Maksiu”…

Tak, tak właśnie wołali: „Głupi Maksiu znowu coś wymyślił”. Trzeba jednak powiedzieć, że umiał się braćmi zająć, dać im strawę, ale też i pracę. Praca w poligrafii na trzy zmiany jest trudna. Powstało tutaj zakonne miasteczko: zakład stolarski, krawczarnia, gdzie w ciągu roku zużywano 13,5 km czarnego materiału (na habity). Wszystko tu było: i dentysta zakonny, i apteka, i szpital (zakonna infirmeria), i piekarnia, która wypiekała codziennie 300 kg chleba, i zakonny warsztat kamieniarski, kuźnia, zegarmistrz. A warunki naprawdę były ciężkie, nie tak jak dzisiaj, żeby ktoś narzekał, że mu jedzenie nie smakuje. Powstała tu również w 1931 r. jedyna na świecie zakonna Ochotnicza Straż Pożarna, czynna do dzisiaj i do tej pory tylko zakonnicy w niej pracują. Strojem galowym jest habit z zapiętym pasem i czapka. Do akcji jeszcze do niedawna (do 1999 r.) bracia jeździli w habitach trochę krótszych, za kolana.

Bracia nadal posługują w ten sposób?

Tak, jeździ z nimi na akcje także o. Wiesław, który jest ich kapelanem. Nie tylko do pożarów, ale też do wypadków. Mają sprzęt do ratownictwa, rozcinania karoserii i wydobywania poszkodowanych. Są przeszkoleni, umieją udzielić pierwszej pomocy. Pomagali też wtedy, kiedy Wisła przerwała wały pod Płockiem, jeżdżą również do topielców. Mają 115-120 wyjazdów w ciągu roku.

Ilu jest ojców strażaków?

Około 12 czynnych braci, a takich, którzy się czują strażakami, bo kiedyś nimi byli, może być około 30. To młodzi chłopcy, sprawni fizycznie. Robi to wrażenie. Mają charakterystyczne srebrne czapki – hełmy z napisem OSP Niepokalanów, po tym można ich poznać. Jak fama niesie, są najlepszą jednostką z ochotniczych straży w rejonie. Kiedyś było tak, że siedział brat na wieży i walił w rurę, że jest pożar, a dzisiaj wszyscy mają komórki. Mają 3 minuty na to, żeby dobiec do remizy, złapać swoje ubranie, przebrać się i w samochodzie ubierać do końca, tam też dowiadują się po drodze o szczegółach akcji. Był też taki czas, że ktoś się włamał na częstotliwość krótkofalową i wysyłał fałszywy alarm, ale to się ostatnio skończyło. Nawet w czasach komunizmu, więcej, w czasach okupacji, gdy Niemcy tutaj weszli, pozwolili im działać, co prawda w ograniczonym zakresie.

Święty Maksymilian, z tego, co widać w tutejszym muzeum, sam zajmował się formacją braci.

To było tak, że cała formacja tych, którzy zgłaszali się do Niepokalanowa, była na miejscu. Dzisiaj to wygląda trochę inaczej. W starej kaplicy – teraz nazywa się Sanktuarium św. Maksymiliana – jest zachowany oryginalny wystrój z jego czasów, ołtarz jest przedsoborowy – przy nim Maksymilian przyjmował braci do zakonu, tam odprawiał mszę świętą, ubierał braci w habit, przy nim bracia składali swoje pierwsze śluby, odnawiali je, później śluby solenne, czyli wieczyste. Faktycznie Maksymilian otrzymał pozwolenie na prowadzenie nowicjatu, zajmował się więc w początkowym okresie formacją. Przebywał tu w latach 1927-1930, później wypłynął do Japonii, do Nagasaki, a powrócił w 1936 r. Był w Niepokalanowie aż do 17 lutego 1941 r., kiedy przyjechało gestapo i zaaresztowało go. Zabrano go najpierw na Pawiak, tam był bity za koronkę franciszkańską, za różaniec zakonny, stamtąd później w lipcu został przewieziony do Auschwitz.

Musiał być świetnym organizatorem…

Jeżeli tutaj mieszkało ponad 700 mężczyzn, to musieli coś robić. Warunki były ciężkie, domy z drewna, zimne, jedzenie kiepskie – pajda chleba, herbata i wszystko.

Standardy odstawały od innych klasztorów?

Ojciec Maksymilian mówił już do pierwszych braci, że w klasztorze, do którego pójdą, będzie bardzo trudno, że trzeba się poświęcić dla Matki Bożej. Przygotowywał ich, że nie będzie jak np. w Grodnie. Zastali tu szczere pola. Plusem lokalizacji była kolej żelazna, bo wtedy łatwo było wysłać „Rycerza” pociągiem do Warszawy i dalej. Ale myślał też o budowie lotniska w Niepokalanowie, wysłał braci na kurs pilotażu. Z Niepokalanowa w pewnym okresie wychodziło ponad milion dwieście tysięcy egzemplarzy czasopism, bo nie tylko wydawał „Rycerza Niepokalanej”, ale też „Rycerzyka Niepokalanej” dla dzieci oraz „Mały Dziennik”.

Kiedy w Niepokalanowie był największy napływ braci?

Myślę, że największy napływ miał miejsce jednak przed wojną. Być może był to właśnie ten czas, kiedy o. Maksymilian w 1930 r. wypłynął do Japonii, a gdy wrócił, nie mógł tego klasztoru poznać. Przebywało w nim wielu braci, ale nie wszystko działo się zgodnie z jego zamysłem. Wtedy na nowo został przełożonym klasztoru. Ciekawostką jest to, że, o ile dobrze pamiętam, miesiąc po przyjeździe do Japonii już wydał „Rycerza” w miejscowym języku. Pisał po łacinie, miał wykłady w seminarium, a profesorowie seminarium tłumaczyli te teksty na japoński.

W jaki sposób w Japonii są kontynuowane jego dzieła?

Powstała własna prowincja franciszkanów, licząca około 95 zakonników i 10 domów. Na pewno mają coś z ducha o. Maksymiliana. Są tam już miejscowe powołania. Człowiekiem, który odegrał dużą rolę w Japonii, był brat Zenon Żebrowski, najpierw drukarz, później cieśla, który budował tutejszy klasztor. On też zdobył serca Japończyków.

Czy brat Zenon ma już otwarty proces beatyfikacyjny?

Nie, nie ma jeszcze otwartego procesu. Ale mamy otwarty proces informacyjny, jeżeli chodzi o jednego z naszych obecnych braci, żyjących ostatnio w Niepokalanowie. Mamy też braci, którzy zostali zaliczeni do błogosławionych męczenników II wojny światowej, zarówno ci, którzy zginęli w Oświęcimiu - najbliżsi współpracownicy Maksymiliana, jak i dwóch braci, którzy przynależeli do klasztoru w Iwieńcu – to dzisiejsza Białoruś. Niemcy chcieli dać im szansę, ale oni powiedzieli, że jako pasterze muszą być ze swoimi owcami - i zostali spaleni razem z mieszkańcami wioski w Pierwszajach. Być może powstanie album na ten temat.

Czy Niepokalanów działał w czasie okupacji?

Tak, o. Maksymilian wysłał braci na ślubach czasowych (niezwiązanych do końca z zakonem) do domów. Po wojnie około setki już się nie zgłosiło. Część braci jednak została i prowadziła działalność gospodarczą. Jako ciekawostkę przypomnę, że św. Maksymilian wspierał Armię Krajową. To może mało znany epizod, ale udostępnił im sprzęt poligraficzny do drukowania bibuły. Drukarnia znajdowała się w sąsiedniej parafii, na cmentarzu parafialnym, w grobowcu. Jest to nawet na tym grobowcu napisane.

Co się stało z ciałem o. Maksymiliana po jego śmierci? Czy zostały jakieś relikwie?

Jak wiadomo, jego prochy zostały rozsypane, natomiast o. Maksymiliana kojarzymy jako tego, który miał długą brodę. U franciszkanów konwentualnych nie ma tradycji brody, jak u kapucynów, natomiast jest to przyjęte wśród misjonarzy. Kiedy Maksymilian przyjechał z misji, pozostała mu broda. W trakcie II wojny światowej robił zdjęcie do kenkarty i musiał się ogolić. Bracia zwinęli włosy z tej brody w gazetę, bo stwierdzili, że kiedyś to na pewno będzie święty. Schowali je, nie przyznawali się, a teraz mamy zachowane włosy z brody. Znajdują się głównie w archiwum, są w relikwiarzach, które rozdajemy do parafii pod wezwaniem św. Maksymiliana. Mieliśmy też rok Kolbiański – 70. rocznicę męczeńskiej śmierci o. Maksymiliana – i wtedy jeździliśmy z kazaniami do parafii maksymilianowskich i mówiliśmy o tym, co się dzieje w Niepokalanowie.

Czy pielgrzymi - modlący się tutaj za wstawiennictwem św. Maksymiliana – doświadczają szczególnych łask? Czy są jakieś świadectwa na ten temat?

Kiedy wejdzie się do bazyliki, po lewej stronie jest ołtarz św. Maksymiliana i tam na ścianie wiszą wota dziękczynne za otrzymane łaski za wstawiennictwem jego, ale i Matki Bożej. Kiedy mówiłem o Maksymilianie, starsi bracia kręcili nosem, że musi być też przez wstawiennictwo Matki Bożej. Są cuda, łaski. Najlepszym tego przykładem jest „Rycerz Niepokalanej”. Na ostatniej jego stronie znajduje się rubryka „Podziękowania” i tam ludzie składają świadectwa. Był czas, że pracowałem trochę w tym piśmie i dostawałem takie materiały do redakcji. Ludzie dziękują za pomoc w wierze, opiekę, powrót do zdrowia, takie świadectwa były też wydane w formie książkowej.

Prosimy o przesłanie dla naszych Czytelników.

Myślę, że istotne jest to, co powiedział papież - że o. Maksymilian zło dobrem zwyciężał, że kiedy przebywał w bunkrze głodowym, nie było słychać stamtąd przeklinania, ale modlitwę. Słyszałem świadectwo człowieka, który mówił, że kiedy więźniowie przechodzili obok tego bunkra, to zdejmowali czapki z głów z szacunku do tych, którzy tam wtedy byli. Święty Maksymilian był wrażliwy na drugiego człowieka i zawsze chciał jego dobra. Obyśmy potrafili tak oddawać życie. Myślę, że mamy ku temu wiele okazji, choć niekoniecznie w formie krwawego męczeństwa, ale jako przyjmowanie wszystkich trudnych sytuacji, które Pan Bóg nam daje. Tak jak tutaj mówiliśmy, wyzywali go „głupi Maksiu”, a więc jemu też w zakonie nie było łatwo. Spotykał wielu takich, którzy rzucali mu kłody pod nogi, przeszkadzali. Zawsze mówię do pielgrzymów, że jeżeli doświadczają trudnych sytuacji, to niech przypomną sobie o. Maksymiliana, który również przeżywał takie ludzkie sytuacje niezrozumienia, odrzucenia i że on się w tym wszystkim nie poddał. Miał cel zdobyć jak najwięcej ludzi dla Chrystusa z pomocą Matki Bożej. Trzymając się Jej, na pewno nie upadniemy.

Niepokalanów, 23 stycznia 2013 r. 

O. Jacek Staszewski OFMConv - Rzecznik prasowy Niepokalanowa, przewodnik po sanktuarium. Od kilku lat związany jest z Międzynarodowym Katolickim Festiwalem Filmów i Multimediów w Niepokalanowie. Służy w Zakonie Ojców Franciszkanów Konwentualnych. Po święceniach kapłańskich - od których minęło 15 lat - pracował jako duszpasterz na Białorusi, katechizował także w Siedlcach, w Kaliszu i Łodzi. 

Fot. Archiwum Ojców Franciszkanów w Niepokalanowie, za www.niedziela.pl. Wywiad został autoryzowany, wydruk: "Posłanie" 2/2013.