Chrześcijanie w Chinach

Z ks. Czesławem Wojciechowskim rozmawia Tomasz Kalniuk

Na początku proszę nam się przedstawić i powiedzieć, jak doszło do tego, że aktualnie jest Ksiądz w Chinach?  

 

Kościół w Polsce dał już wielu księży i wiele  sióstr, którzy posługują nie tylko Polakom poza granicami kraju, ale również na misjach, nieraz w bardzo trudnych warunkach, w Afryce, Azji, Ameryce Łacińskiej i innych regionach. Nie zapominajcie, drodzy  kapłani, o tych misjonarzach. Dar licznych powołań, jakim Bóg pobłogosławił wasz Kościół, powinien być przyjmowany w duchu prawdziwie katolickim. Kapłani polscy, nie bójcie się opuścić wasz bezpieczny i znany świat, by służyć tam, gdzie brak kapłanów i gdzie wasza wielkoduszność przyniesie wielokrotne owoce! - tak mówił Benedykt XVI na spotkaniu z  duchowieństwem w Warszawie (25 maja 2006 r.). Te słowa papieża, które usłyszałem w stołecznej katedrze, były jakby przypieczętowaniem decyzji o wyjeździe  do Azji. Dojrzewała ona w trakcie mojej posługi jako  ojca duchownego w Centrum Formacji Misyjnej  w Warszawie. Zostałem tam posłany po leczeniu malarii, która niespodziewanie przerwała moją pracę  w seminarium duchownym w Czadzie w środkowej Afryce. Lekarze odradzili mi tam wracać z racji zaistniałych komplikacji po zakażeniu, nic nie stało jednak na przeszkodzie, aby udać się do miejsc, gdzie  nie ma malarii. Z trzech krajów zaproponowanych przez Papieski Instytut Misji Zagranicznych (PIME) - Kambodży, Japonii i Hong Kongu - biskup Andrzej Suski wybrał Hong Kong, gdzie oficjalnie jestem na  tzw. kontrakcie (6 lat) jako misjonarz diecezjalny toruński fidei donum (dar wiary jednego Kościoła  lokalnego dla Kościoła lokalnego - „misyjnego”). A ówczesny biskup Hong Kongu, kard. Joseph Zen wraz  z przełożonymi PIME skierowali mnie, a wcześniej  jeszcze dwóch włoskich misjonarzy, do przecierania  szlaków w Chińskiej Republice Ludowej.  

Jak długo przebywa Ksiądz w Chinach i gdzie  obecnie? Jakie zrobiły one na Księdzu wrażenie?  

Jestem w Chinach od ponad 4 lat. Początkowo  mieszkałem w Pekinie - dwa lata nauki chińskiego, choć to wciąż za mało - potem trzeba było szukać jakiejś niekościelnej motywacji, pretekstu, aby pozostać w Chinach bez ciągłego (co 3 miesiące) odnawiania wiz. Zaproponowano mi pracę tzw. „zagranicznego eksperta” na Wydziale Etnologii Uniwersytetu Narodowości (Mniejszości Narodowych) w Pekinie z zadaniem  badania problemów związanych z napływającą falą migracji do Chin (np. z Afryki, Wietnamu, Birmy czy Korei). W ubiegłym roku akademickim byłem na stypendium na Uniwersytecie Minzu w Nanning, znajdującym się w południowej prowincji Guangxi, sąsiadującej z Wietnamem, a w tym roku zostałem skierowany do badań przy granicy z Koreą Północną na Uniwersytecie Koreańskiego rejonu autonomicznego Yanbian w Yanji (prowincja Jilin).

Jeżeli chodzi o moje pierwsze wrażenie po przybyciu do Chin, to może miałem je zbyt wyidealizowane, zwłaszcza gdy chodzi o wierność kulturze taoistycznej i konfucjańskiej (medytacja, wrażliwość na estetykę, tradycje rodzinne itd.), a było odwrotnie - znalazłem się w wysoko rozwiniętym, zmaterializowanym kraju, gdzie zbyt szybko zatraca się narodowe wartości i papuguje to, co złe z Zachodu. Z czasem jednak  odkrywam, zwłaszcza tu, na przygranicznej prowincji, że moje pierwsze rozczarowanie było zbyt pochopne, bo można wciąż znaleźć ludzi wiernych zdrowym wartościom i tradycyjnym cnotom  chińskim.  

Co sądzić o religijności programowo ateistycznych Chin?  

Statystyki ukazują zwiększenie religijności, nawet w szeregach partii i wśród  studentów. W 2012 r. państwo ogłosiło rok troski o kulturę - w tym kontekście coraz częściej daje się zauważyć, że religijność chrześcijańską, muzułmańską, buddyjską  itp. chce się zamknąć do szufladki „folklor”. Nawet instytucja państwowa odpowiedzialna za sprawy religijne, tzw. SARA (State Administration for Religion Affair) stara się to ukazywać w ten sposób, a sprawa osobistego osądu sumienia, prawdziwej wolności kultu i wolności religijnej jest skutecznie manipulowana  albo przemilczana. Przykładem tego zbyt  uproszczonego podejścia do religii są coraz  częściej organizowane tzw. wenhua lvyou jie – święta kultury i turystyki. W trakcie moich badań w Guangxi kilkakrotnie  brałem w nich udział, wcielając się w rolę  turysty (np. tradycyjne święto wielkiego  przodka mniejszości Zhuang zwanego „Bo  Luo Tuo” w Tianyang czy Święto Urodzin Buddy w Guiping). Można było zauważyć, że aspekt  religijny zepchnięty zostaje stopniowo na drugi plan, a zaczyna dominować bardziej styl straganu przy okazji prezentacji regionu oraz działalności lokalnej partii i grup folklorystycznych. Udział w tych świętach, zazwyczaj za drogim biletem wstępu, jest, niestety, niedostępny dla zwykłych śmiertelników (lǎobǎixìng), którzy koczują przed wejściem do klasztoru, bo nie stać ich na bilet. Szkoda, że także w Europie toleruje się ten sposób klasyfikowania religii jako widowiska.  

Jakie miejsce w mozaice etnicznej Kraju Środka  odgrywają chrześcijanie, a wśród nich katolicy?  

Chrześcijanie stanowiący oficjalnie ponad 1,5% mieszkańców Chin są kroplą w morzu, ale coraz bardziej dostrzegalną. Dzisiaj już częściej można zobaczyć, zwłaszcza na przedmieściach miast i w wioskach,  skromne kaplice z wysoko umieszczonym i widocznym krzyżem (czerwonym-protestanci, czarnym-katolicy). Poza tym, studiując historię Chin w szkole, młodzi  obywatele poznają też dobre „zamorskie diabły”, które kiedyś przyczyniły się do rozwoju dialogu z Zachodem. Wśród nich jest o. Matteo Ricci, jezuita, którego  grób znajduje się w samym centrum szkoły partyjnej  Widok na Koreę Północną z chińskiego miasta Tumen w Pekinie. Muzeum Miasta Pekin urządziło nawet dużą wystawę jemu poświęconą. Kościół katolicki jest też doceniany za liczne akcje charytatywne, posługę chorym i niepełnosprawnym.To właśnie staje się jednym z bardziej otwartych i bezpośrednich terenów ewangelizacji. Kościół katolicki jest obecny zarówno w dużych miastach, jak i na wsiach, choć wciąż najwięcej katolików mieszka w mniejszych miejscowościach. Od Tybetu po Wewnętrzną Mongolię czy granicę z Koreą Północną można też spotkać wiernych, należących do mniejszości etnicznych, których obecność jest  widoczna „folklorystycznie” w czasie ważniejszych uroczystości religijnych, choć ich etniczność jest niekiedy manipulowana politycznie przez władze.

Jak wygląda współistnienie dwóch Kościołów –  tego lojalnego biskupowi Rzymu i tego zależnego  od władzy świeckiej?  

Zasadniczo nie powinniśmy mówić o dwóch  Kościołach - to nadal jeden Kościół, który doświadcza  szczególnych trudności, który cierpi z powodu bycia używanym do celów nie związanych z prawdami wiary. Mówi o tym wyraźnie Benedykt XVI w Liście do Kościoła Katolickiego w ChRL (2007). Kard. Zen i Kard. Tong z Hong Kongu wraz z biskupami z Makao i Tajwanu tworzą jedną wspólnotę Kościoła lokalnego, sztucznie podzieloną w wyniku przemian po 1949 roku. Jeden z kleryków z diecezji Fujian, studiujący obecnie w Ars we Francji, powiedział mi, że Chińczycy nie tyle winni się modlić o jedność, co raczej o zmianę podejścia władz i partii, bo to jest jedyna główna przeszkoda. W sercu zdecydowana większość katolików jest wierna łączności z Następcą św. Piotra. Na terenie ChRL istnieją dwie konferencje  biskupów - jedna oficjalnie  sterowana przez władze i Stowarzyszenie Patriotyczne Katolików Chińskich, nieuznawana  przez Watykan i druga, wolna od nadzoru władz, ale bezsilna i nie akceptowana przez rząd. Trzeba nam modlić się o zmianę  tego stanu rzeczy. Chciałbym  tu na marginesie przypomnieć, że Benedykt XVI ustanowił od 2008 roku 24 maja specjalnym dniem światowej modlitwy za Kościół w Chinach, który przypada we wspomnienie Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych, czczonej w narodowym  sanktuarium Sheshan pod Szanghajem. Wszedł on na stałe do naszych polskich diecezjalnych kalendarzy liturgicznych.  

Jaka jest specyfika Kościoła w Chinach?  

Warto podkreślić, że katoliccy Chińczycy próbują  adaptować z ich wielowiekowej tradycji chińskiej to, co nie jest  sprzeczne z wyznawaną wiarą. Na przykład Kościół w Chinach dwa razy w roku świętuje Nowy Rok: pierwszy raz  ten kalendarzowy, 1 stycznia, Uroczystość Bożej  Rodzicielki, i później na przełomie stycznia i lutego Nowy Rok Chiński (teraz akurat jest Rok Smoka). Z tej okazji diecezja Hong Kong opublikowała specjalny rytuał nabożeństwa ku czci przodków, a także formularz mszalny na Nowy Rok chiński, celebrowany w szatach koloru czerwonego, nawiązujący do kultury Chin. W kościołach pojawiają się wtedy lampiony i inne  symbole, oczywiście z pominięciem znaków, które mogą być dwuznacznie rozumiane (np. znaki zodiaku chińskiego czy teksty życzeń, mówiące o bogactwie materialnym). W domach i kościołach na drzwiach i  oknach wiesza się czerwone wycinanki ze scenami biblijnymi (jiǎnzhǐ) oraz życzenia i sentencje (duìlián), zgodne z duchem Ewangelii. Na znak pokoju nie podaje  się ręki na styl zachodni - jak teraz dostrzegam, chyba  zbyt często rozpraszający wiernych od tajemnicy  mszy świętej. W Chinach wystarczy dyskretny głęboki ukłon ze złożonymi rękoma i uśmiech, od razu wszyscy wiedzą, o co chodzi. Może nasz polski ukłon głowy ma coś z dalekiego Wschodu? Chińczycy niezbyt lubią obrazy czy rzeźby robione „na chiński  styl”, co podoba się z kolei nam, przyjeżdżającym z Zachodu (teoria inkulturacji). Twierdzą, że nie ma potrzeby zbytnio naginać historii - skoro Matka Boża i Pan Jezus pochodzili z Palestyny, to pozostańmy w prawdzie. Próby przedstawiania Świętej Rodziny czy Matki Bożej w strojach imperialnych poszczególnych dynastii cesarzy chińskich, np. Tang czy Qing, budzą  złe skojarzenia. Ale, na przykład, użycie starej kaligrafii chińskiej jest doceniane w dekoracji świątecznej Kościołów, kiedy to rozwiesza się długie zwoje z  tekstami biblijnymi lub prawdami wiary. Dekoracje  kwiatowe też są stylizowane zgodnie z estetyką chińską.  

Proszę pokrótce opowiedzieć o codzienności Księdza w tym kraju oraz o codzienności poznanych tam chrześcijan – katolików.  

Moja codzienność to coś w rodzaju „pustyni w  mieście”, jak określił to kiedyś Carlo Caretto ze zgromadzenia Małych Braci Jezusa bł. Karola de Foucauld, a czego wcześniej doświadczali ojcowie pustyni.To jakby odczucie pewnej alienacji, bycia  wyobcowanym na tym świecie, ale nie z tego świata, także z racji na bezpieczeństwo; to czas milczenia, obserwacji, nieliczne kontakty z przyjaciółmi, którzy  potencjalnie niejednokrotnie ryzykują, spotykając się ze mną, poza tym samotnie odprawiana msza święta w pokoju akademika w asyście mojego wiernego  Anioła Stróża, brewiarz, ciche nawiedzenie Kościoła, niedzielna msza święta w parafii „na cywila”, bo ksiądz przy ołtarzu to niewskazane dla tych, którzy tu mieszkają na stałe (jedynie księża turyści, niegroźni dla stabilności reżimu, mogą tu spokojnie odprawiać mszę). Na pociechę jednak mogę raz w miesiącu odprawić mszę świętą dla Polaków w naszej ambasadzie (na zmianę z dwoma innymi polskimi kapłanami), prowadzić katechezę dla dzieci, spowiadać. Czasem zostaję zaproszony do poprowadzenia rekolekcji dla Afrykańczyków – studentów i migrantów, mieszkających głównie w Kantonie, do comiesięcznego udziału w spotkaniach Oazy Rodzin (Equipes Notre Dame), utworzonej z rodzin francuskich w Pekinie czy posługi  wśród francuskojęzycznych skautów ze szczepu Matteo Ricci.

Co stanowi o specyfice wiary chińskich katolików?  

Duży wpływ ma zapewne kultura bycia, związana z taoizmem i konfucjanizmem oraz tradycyjnym  kultem przodków. Chińscy katolicy mają silne poczucie godności bycia chrześcijanami i zarazem zobowiązania, płynące z tego zaszczytu, także względem  przyszłych pokoleń. Patrząc z zewnątrz, widać, że ich wiara jest traktowana na serio, zdyscyplinowana. Ważne są też prywatne relacje między nimi, tworzące  szczególny klimat współodpowiedzialności za Kościół.  

Jaką formę przybierają prześladowania chrześcijan, o których co pewien czas informuje się opinię publiczną w Europie?  

Zgodnie z listą, opublikowaną przez włoską agencję Asia News, w więzieniach wciąż przebywają liczni biskupi, kapłani i świeccy często z powodów  zakłócania tzw. harmonii państwa. Termin harmonia (hexie) jest często nadużywany jako pretekst do niszczenia nowych idei i innych punktów widzenia. Poza tym trzeba wspomnieć o ingerencji władz w  życie Kościoła i wymuszanie udziału w konsekracjach  biskupów, narzuconych przez partię lub jej agendy.Trzy ostatnie miały miejsce w 2010 i 2011 r. (diecezje  Chengde, Leshan, Shantou). W sąsiedniej Korei Północnej są to nadal obozy pracy lub obozy polityczne. Tam przestępstwo bycia chrześcijaninem staje się  dziedziczne do trzeciego pokolenia. Obecnie mamy już  do czynienia z pokoleniem wnuków, którzy urodzili się w obozie, bo ich dziadkowie czy rodzice zostali skazani za wiarę. Ostatnio czytałem historię powstania mojej  diecezji Yanji (Yenki), założonej przez benedyktynów z opactwa Sankt Otillien w Niemczech, która kiedyś  obejmowała cześć obecnej Korei Północnej. Wielu zakonników zostało skazanych, a koreańskie opactwo terytorialne Tekwon jest dziś zmienione w Szkołę  Agronomii.

Jak układają się relacje Księdza z miejscową czy  centralną administracją?

Relacje z władzą administracyjną to przede wszystkim coroczny czas ubiegania się o nową wizę pracowniczą jako tzw. foreign expert od etnologii. W tym czasie moja praca naukowa i poprawność polityczna jest analizowana przez poszczególne szczeble  władzy od Instytutu Etnologii przez Wydział ds. Relacji Zagranicznych uniwersytetu aż do Narodowego Biura Wymiany Międzynarodowej Pracowników Naukowych – analizują zarówno specjaliści, jak i kontrolujące ich jednostki partyjne. A relacje z władzą lokalną, a zwłaszcza z policją i służbami specjalnymi, zależą od mojej aktywności albo nadaktywności w dziedzinie naukowej, zwłaszcza kiedy jadę na  tzw. wywiady. W ubiegłym roku były to tereny przygraniczne z Wietnamem, Laosem i Birmą, a w tym roku z Koreą Północną i Rosją. Niekiedy kończy się to dłuższym zatrzymaniem na posterunku i szczegółowymi pytaniami, kiedy indziej rutynową kontrolą dokumentów. Muszę jednak zawsze uważać, aby poprzez moją pracę nie narażać miejscowych Chińczyków, którzy z racji kontaktu ze mną mogą mieć poważne przykrości. Badania naukowe w Chinach, aby były prawdziwe, a nie powierzchowne, wymagają szczególnego rozeznania miejscowej sytuacji. Moje przeżycia i doświadczenia z czasów komunizmu w Polsce są w pewnym sensie pomocne w tym, aby umieć się odnaleźć w gąszczu układów czy politycznych zasadzek i nie być zbyt naiwnym wobec podejrzanych  obietnic. My, obcokrajowcy, zwłaszcza duchowni, niejednokrotnie możemy, nawet nieświadomie, stać się pionkami w grze, a nam nie wolno iść na łatwiznę kosztem  naszej duchowej tożsamości. Musimy uważać, aby nasze decyzje, słowa, gesty nie były zgorszeniem dla miejscowych chrześcijan, którzy bacznie nas obserwują  i często zarzucają zagranicznym misjonarzom zbytnią łatwowierność. My tu jesteśmy gośćmi i nie możemy zastąpić roli miejscowego kleru i laikatu, jesteśmy  jedynie do pomocy, rady, formacji, ale bez narzucania swojego punktu widzenia, skoro nasza znajomość  kontekstu jest wciąż ograniczona.  

W Kościele powszechnym mówi się o istotnej roli, jaką ma dla Jego przyszłości odegrać Azja. Czy podziela Ksiądz tę opinię?  

Azja to kontynent, na którym urodził się Zbawiciel - przypominał o tym bł. Jan Paweł II w adhortacji posynodalnej Ecclesia in Asia. Myślę, że będziemy się uczyć od chrześcijan w Azji, jak być chrześcijanami  jako mniejszość, a jednocześnie nie stracić zapału.  Przypominają się tu słowa Pana Jezusa: Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam  królestwo (Łk 12,33). Poczucie rodzinności w Kościele  i radości z przynależności do Niego, niezależnie od prześladowań – może dodać nam, ludziom z Zachodu, odwagi i gorliwości. „Małe jest piękne” - powiedział  kiedyś na spotkaniu kard. John Tong Hon z Hong Kongu, nawiązując do zbyt ostentacyjnej, szumnej działalności, zwłaszcza charytatywnej, niektórych zgromadzeń misyjnych czy organizacji kościelnych. Nie jesteśmy organizacjami pozarządowymi i pomoc charytatywna nie może stłumić czy zagłuszyć spraw wiary i duchowości. Wierni oczekują od kapłanów tylko jednego, aby byli specjalistami od spotkania człowieka  z Bogiem. Nie wymaga się od księdza, by był ekspertem  w sprawach ekonomii, budownictwa czy polityki. Oczekuje się od niego, by był ekspertem w dziedzinie  życia duchowego (Benedykt XVI, Warszawa, katedra  św. Jana, 25 maja 2006 r.). A na to Chińczycy zaczynają  być coraz bardziej wyczuleni. W kulturze Azji pokora i skromność połączona z pracowitością są w cenie, choć może nie dostrzegamy tego, kiedy patrzymy na  rozwój i potęgę ekonomiczną Chin. Zbliżający się Synod Biskupów poświęcony Nowej Ewangelizacji też porusza ten problem w swoich lineamenta. W  wielu regionach Azji, np. w Korei Południowej czy Hong Kongu wspólnoty diecezjalne i parafialne  dyskutują nad tym ważnym dokumentem i odpowiadają  na zaproponowane w nim pytania (w Polsce nie zauważyłem zbytniego zainteresowania tym tematem, chyba wciąż zbyt skupiamy się na naszych lokalnych sprawach, gubiąc troskę o Kościół powszechny).  

Na koniec proszę o przesłanie dla naszej wspólnoty i Czytelników.  

Biskup Angelo Ramazotti, założyciel PIME, powiedział kiedyś: „Jakże mogę użalać się nad moimi  małymi problemami, kiedy porównuję je z tymi, którzy cierpią bardziej ode mnie”. Życzę całej waszej  wspólnocie, abyście w rożnych sytuacjach życia mieli „nadzieję wbrew nadziei”. Pomimo tak skomplikowanej posługi, odkrywam wciąż mój „osobisty sens” misji w  Chinach, dziękując Panu Bogu za ten wielki przywilej  pracy na pograniczu dwóch krajów, gdzie Kościół w różnoraki sposób jest doświadczany prześladowaniami.  

Yanji –Jilin (Chiny), marzec 2012 r. Tekst został autoryzowany.    

Wydruk w "Posłaniu" 2/2012