Kościół Chrystusa odradza się

Z ks. Czesławem Pawlukiewiczem o ewangelizacji na Białorusi rozmawia Tomasz Książczak

Czy mógłby Ksiądz powiedzieć kilka słów o sobie, a także o swoim powołaniu? Jak Ksiądz trafił na Białoruś?

Białoruś była sąsiednią republiką, bo urodziłem się na Wileńszczyźnie. Teraz to Litwa, a kiedy był to teren Związku Radzieckiego, dzieliło nas od Białorusi 10 km. Wtedy nie było granicy, tylko tabliczka informująca. Nie miałem tam krewnych ani znajomych czy przyjaciół, ale do Wołkowyska na Białorusi trafił ksiądz z mojej parafii, z Podgrodzia. Odwiedzałem go jako student, prosił trochę o pomoc w budowie kościoła, plebanii, i tak zaczęły się pierwsze kontakty z Białorusią. Przyjeżdżałem do niego coraz częściej. Coraz mocniej też przemawiał do mnie głos wzywający tam, aż w końcu poprosiłem księdza z Wołkowyska o napisanie opinii do seminarium. Przyjął to jako żart, nie mógł w to uwierzyć, ale w końcu udało się udowodnić, że mówię serio i tak oto w 1992 r. znalazłem się w seminarium w Grodnie – z litewskim paszportem, ale już na Białorusi.

Jak wygląda wiara na Białorusi i sytuacja Kościoła, szczególnie po okresie ateizacji, chyba dużo skuteczniejszej, niż w Polsce? Czy trudno jest odbudowywać to, co zostało zniszczone?

Kiedy zacząłem zapoznawać się z Białorusią i jej sytuacją – jeszcze przed seminarium, potem podczas pobytu tam i wreszcie jako kapłan - było to dla mnie zagadką, dlaczego tak jest. Jak już wspomniałem, nie było granic. Były republiki, ale można się było swobodnie przemieszczać od granicy z Polską aż do Kamczatki, ale co się tyczy zniszczeń, które napotkałem, odwiedzając swojego byłego proboszcza, kiedy przyjeżdżałem do Wołkowyska -byłem przerażony ogromną różnicą między Białorusią a Litwą. Tutaj wszyscy byli bardzo, bardzo zastraszeni. W 40-tysięcznym mieście, jakim był wtedy Wołkowysk, nie było ani jednego ministranta, co więcej, nie było dzieci ani młodzieży w kościele, choć katolicy stanowili 40%. Ten szok przeżywałem także w innych miejscowościach. To zniszczenie - można powiedzieć bardzo ogólnie - życia człowieka, w tym życia człowieka w Bogu, było zagadką aż do chwili, kiedy 5 lat temu rosyjska telewizja NTW ujawniła dokumenty, które wskazywały na to, że Białoruś była wybrana spośród 15 republik Związku Radzieckiego jako republika pokazowa – bez wiary, bez kościołów, bez cerkwi. Moskwa przeznaczyła ogromne sumy pieniędzy na tzw. pracę ideologiczną, żeby wyprać mózgi, żeby przerobić człowieka na człowieka niewierzącego. Podobnie wprowadzono to np. w obwodzie kaliningradzkim. Do czasów pieriestrojki w Kaliningradzie nie było żadnego czynnego kościoła – żadnego wyznania, żadnej religii, żadnego kapłana.  

Czy Ksiądz widzi dużą różnicę w porównaniu początku swojej pracy duszpasterskiej a stanem obecnym?

Moja praca duszpasterska jako kapłana rozpoczęła się w 1998 r., od moich święceń, czyli 14 lat temu, natomiast pierwsze kontakty z Białorusią rozpoczęły się rok wcześniej. To, co widać było od samego początku aż do dnia dzisiejszego – i jest to bardzo pocieszające, także dla mnie, kapłana – że z roku na rok Kościół Chrystusa na Białorusi odradza się. Jeśli chodzi o same początki, to był bardzo duży wybuch. Teraz może nie wygląda to już tak gwałtownie, ale wciąż widać odrodzenie, które obserwuję i w swojej parafii, i w innych, kiedy rozmawiam z kapłanami, że ludzi w kościele przybywa, a nie ubywa. To jest bardzo radosne. Smutne jest jednak to, co dzieje się, kiedy ludzie wyjeżdżają – np. z mojej parafii, chociaż nie jest to wioska, a raczej coś, co nazywają gradskoj posiołek, czyli coś pomiędzy wioską a miastem (liczba mieszkańców to 6500, obok jest drugie miasteczko, Krasnosiejsk – 8500). Parafia umiera na dwa sposoby – naturalny i ponadnaturalny. Jedni parafianie umierają śmiercią naturalną, ale duża część młodzieży, około 90%, po ukończeniu szkoły jedzie na studia albo do pracy do większych miast (np. do Mińska, Grodna) i tam pozostaje. Praktyka duszpasterska pokazała, że ci z nich, którzy nie mieli mocnego kręgosłupa wiary, trafiając do wielkich miast, topnieją i rozpuszczają się jak kawałek lodu, który wpada do wielkiego oceanu. Kiedy czasem spotykam młodzież, która już założyła rodziny i mieszka od 3-5 lat w wielkim mieście, pytam ich, czy w każdą niedzielę chodzą do kościoła. Spuszczają często wzrok i mówią: „No, proszę księdza… teraz to tak… daleko iść… nie ma z kim… Kiedy przyjeżdżam tutaj, do swoich rodziców, to zawsze, ale tam to jakoś tak…”. Wtedy czuję smutek.

Jak wygląda sytuacja ruchów religijnych, wspólnot czy to w parafii Księdza, czy gdzie indziej? Czy to jest ogólnie dostępne, chociażby w duszpasterstwie młodzieży, czy też wciąż istnieje potrzeba wprowadzania takich grup w parafiach?

Jestem bardzo spragniony, zapalony do tego, żeby powstawało jak najwięcej tych wspólnot. Spotykam się z kapłanami pracującymi na Zachodzie, np. w zeszłym roku w Wiedniu odbyło się spotkanie moderatorów grup modlitewnych Matki Bożej Królowej Pokoju. Pojechaliśmy tam w 60 osób busem i autokarem. Ksiądz, który przez 15 lat pracował na Białorusi, a sam jest obywatelem Austrii, powiedział: „W was jest przyszłość Kościoła, także na Białorusi”. On wie o tym bardzo dobrze, kiedy mówimy o Kościele tradycyjnym, bo sytuacja kościoła w Austrii jest taka, że gdyby nie małe wspólnoty w parafiach, różnego rodzaju grupy modlitewne, byłby on już martwy. Dlatego bardzo się cieszę, że jest wiele różnorodnych grup modlitewnych przy parafiach. W naszej od siedmiu lat istnieje grupa modlitewna Matki Bożej Królowej Pokoju. To nawet nie motor, ale reaktor w parafii, który nadaje jej życie. Czasem ludzie przyjeżdżają do nas i dziwią się, dlaczego parafia jest taka żywa, a ja widzę, że to dzięki grupie modlitewnej. Jej członkowie spotykali się raz w tygodniu, potem stwierdzili, że to za mało, zaczęli więc zbierać się dwa razy na tydzień na modlitwie. Widać niesamowitą różnicę w życiu osób, które jeżdżą na te spotkania, a także w ich najbliższym otoczeniu. Są u nas także inne grupy modlitewne, ale szczególnie w ostatnich latach, kiedy ludzie z całej diecezji (i innych też) przeżyli rekolekcje, które prowadził o. Rufus Pereira w 2004 r., a ostatnio przejął ten ster o. James Manjackal, który w Rosi prowadzi już drugie rekolekcje (w zeszłym roku był po raz pierwszy na Białorusi, to było setne państwo, które odwiedził w trakcie swojej misji). Wielu ludzi przychodziło i mówiło, że potrzebuje czegoś więcej, aniżeli tylko codziennej mszy św., lektury Pisma Świętego, modlitwy prywatnej czy wspólnej, np. na różańcu. Dlatego chciałoby się, żeby Odnowa w Duchu Świętym (nie tylko jako nazwa wspólnoty) była zapoczątkowana u nas, w Kościele na Białorusi.

Nawiązując do tego, co Ksiądz powiedział – po raz kolejny odbyły się rekolekcje charyzmatyczne i, jak widać, parafia rzeczywiście jest żywa, bo było z niej prawie 5000 osób. Skąd zrodził się pomysł na takie rekolekcje? Jak to dzieło się rozwija, jakie jest nim zainteresowanie, zapotrzebowanie?

Trudno to powiedzieć w dwóch słowach, bo trzeba by opowiedzieć całą historię swojego powołania – nie tyle do kapłaństwa, co do posługi modlitwą wstawienniczą. Zapraszam do Rosi, to opowiem więcej. Kiedy rozpocząłem pracę w Rosi jako samodzielnej placówce w 1999 r., po krótkim czasie zacząłem spotykać się z ludźmi, którzy przyjeżdżali tutaj z pielgrzymką z innych miejscowości (w Rosi jest Sanktuarium Jezusa Frasobliwego) i podchodzili do mnie jako do kapłana z pytaniem, jak zaradzić jakiemuś problemowi, który niszczy ich życie i rodzinę, czarnemu pasmu nieszczęść. Modliłem się, czy jako kapłan mogę im pomóc, czy to jest moja sprawa. Wtedy miałem więcej czasu, który mogłem poświęcić na modlitwę, wiec pytałem o to Jezusa. Pan poprowadził dalej. Najpierw trafiłem na spotkanie egzorcystów w Polsce (drugie w historii), w Sulejówku koło Warszawy, następnie nieoczekiwanie zatelefonował ks. Andrzej Grefkowicz z Magdalenki i zaproponował przeżycie rekolekcji z o. Rufusem. Było to w 2001 roku. Oczywiście, nie wiedziałem, kim on jest, czym się zajmuje, ale skoro padła taka propozycja, pojechałem i zabrałem ze sobą jeszcze kolegę, ks. Aleksandra, który wtedy pracował w Królewcu. Trafiliśmy tam po raz pierwszy i od tego momentu rozpoczęła się ta posługa, kiedy Bóg poprzez Swego sługę, o. Rufusa, odpowiedział na pytanie, jaka jest przyczyna problemów, z którymi żyłem, a przez to mogłem pomóc innym, którzy zaczęli do mnie przychodzić. Od tamtego momentu zostałem świadkiem cudów, które teraz przeżywam na co dzień. Została też przetłumaczona broszurka o. Rufusa Jezus dzisiaj, w której autor wskazuje, że Jezus nie jest postacią historyczną, żyjącą i czyniącą cuda 2000 lat temu, ale żyjącą także dziś. Dla mnie jako księdza to też było odkrycie. Tak rozpoczęło się posługiwanie modlitwą wstawienniczą o uzdrowienie i uwolnienie.

To były początki, wtedy nie miałem doświadczenia, a przy tym - wiele pytań. Chciałem, żeby tego, co przeżyłem na rekolekcjach o. Rufusa, doświadczyli także nasi kapłani i świeccy i dlatego postanowiłem ojca zaprosić do siebie. On przyjął to zaproszenie i w 2004 roku odbyły się pierwsze rekolekcje, w których uczestniczyło aż 150 osób. Na kolejne przyjechało już około 300, trzecie odbyły się jeszcze w kościele, a uczestników było około 1000, zaś na ostatnie rekolekcje z o. Rufusem w 2009 roku przybyło już ponad 3000 osób. Spotkaliśmy się w kościele, ale większość ludzi była na placu przed nim. Rekolekcje z o. Jamesem w zeszłym roku i teraz robiliśmy już na zewnątrz kościoła, a plac i cmentarz przykościelny ledwie pomieścił… 5000 osób.

Jakie widzi Ksiądz owoce tych rekolekcji? Może jakieś świadectwa konkretnych osób?

Gdyby zacząć zbierać te owoce, trzeba by zburzyć stare spichrze, a wybudować nowe. W parafii jest oryginalnie zachowana z pieczęciami biskupimi z XVII wieku księga łask i cudów, otrzymanych u stóp Jezusa Frasobliwego. Chciałem rozpocząć prowadzenie takiej księgi, ale trzeba by bardzo dużo stron i czasu poświęcić na zapisanie wszystkiego. Ludzie nadsyłają świadectwa, opisując to, co ich spotkało albo po modlitwie indywidualnej, albo po przeżyciu rekolekcji. Tego jest bardzo dużo, a jeszcze więcej świadectw, które napływają przez telefon czy kiedy spotykamy się w różnych miejscach. Myślę, że najważniejszy cud dzieje się wtedy, kiedy następuje uzdrowienie relacji między człowiekiem a Bogiem, czyli kiedy ktoś składa świadectwo, że przystąpił do sakramentu pokuty po roku… dwóch… pięciu latach… Rekord to 52 lata – pewna osoba po rekolekcjach wyznała, że przez tyle czasu żyła z niewyspowiadanym grzechem ciężkim (mając jego świadomość). To jest najważniejsze, bo chodzi o zbawienie człowieka. Jest też wiele uzdrowień zerwanych relacji z ludźmi, problemów wewnętrznych, stanów depresyjnych, skłonności samobójczych, w których nie pomogły pobyty w szpitalach ani psychiatrzy. Po roku od modlitwy spotykasz tę osobę i widzisz, że jest zupełnie inna, pełna życia i energii. Uzdrowienie fizyczne z różnych chorób jest najbardziej przemawiającym znakiem, bardzo potrzebnym w naszym życiu, bo wiemy, że kiedyś umrzemy.

Dla mnie najbardziej radosnym doświadczeniem jest cud życia. W trakcie posługi spotykałem wiele małżeństw, które oczekiwały dziecka – 4, 6, 9, 12 lat… Lekarze nie mogli odnaleźć przyczyny ani w żaden sposób pomóc, ale po przeżyciu rekolekcji, modlitwy indywidualnej w przeciągu jednego miesiąca przychodziła informacja, że są w stanie błogosławionym. Po jakimś czasie dzwonili albo przyjeżdżali i mówili: „Niech ksiądz zobaczy to maleństwo, które się urodziło!”. Jest taka rodzina w Anglii, z którą spotkałem się będąc na zastępstwie w Midford, która przez 9 lat nie mogła mieć dzieci. Lekarze nie mogli temu zaradzić ani w Polsce, ani w Anglii. Kiedy w 2009 roku przeżyli rekolekcje z o. Rufusem w Rosi, zadzwonili miesiąc później, że czekają na dziecko. Rok później ochrzciłem je. Niesamowita radość w rodzinie. Dwa miesiące po chrzcie znów zadzwonili: okazało się, że maleństwo dobrze się rozwija, a oni czekają już na drugie dziecko. W zeszłym roku we wrześniu był chrzest drugiego – jestem jego ojcem chrzestnym. Kiedy trzy miesiące temu opowiedziałem ten przykład grupie pielgrzymów, powiedziałem też, że trochę się dziwię, bo minął rok od poczęcia drugiego dziecka, a nie mam od nich więcej informacji. Następnego wieczoru mam telefon z Anglii: „Proszę księdza, dzisiaj byłam u lekarza i… czekamy na trzecie dziecko!”. To zawsze wielka radość, którą przeżywa rodzina i życie tych, którzy dostali taki prezent od Pana Boga, całkowicie się zmienia.

Ksiądz jest także egzorcystą. Czy jest duża potrzeba takiej modlitwy na Białorusi, czy jest dużo zagrożeń, o których ludzie nie wiedzą i się w nie wikłają?

Jeśli chodzi o modlitwę dużym egzorcyzmem, to po raz pierwszy modliłem się w ten sposób w 2001 roku za pozwoleniem biskupa, jeszcze nie jako egzorcysta, ale jako ksiądz. W przeciągu tych lat, kiedy pojawiała się taka potrzeba, było bardzo duże prawdopodobieństwo opętania, wtedy zawsze prosiłem o pozwolenie biskupa i modliłem się. Natomiast jako egzorcysta posługuję od roku. Mogę tylko powtórzyć to, co kiedyś usłyszałem od o. Rufusa: bardzo potrzebna jest posługa kapłana. Kiedy o. Rufus, jeżdżąc po świecie, spotykał się w wielu państwach z różnego rodzaju problemami ludzi i zobaczył, że owszem, jest potrzeba modlitwy egzorcyzmu, ale najczęściej ci, którzy jej potrzebują, nie przychodzą do kapłana. Jest natomiast wiele potrzeb modlitwy o uwolnienie i uzdrowienie i dlatego w 1996 roku powołał do istnienia Międzynarodowe Stowarzyszenie Modlitw o Uwolnienie i Uzdrowienie. Tego potrzeba także bardzo na Białorusi, dlatego że na tych ziemiach bardzo pracowano nad zniszczeniem wiary i życia Bożego, a jak wiemy, serce człowieka nie może być puste. Albo tam mieszka Duch Święty, albo – jeżeli zamyka się człowiekowi dostęp do Niego – duch antychrysta. Jeżeli nie ma kapłanów katolickich, wtedy to miejsce zajmują ci, którzy w jakiś sposób są kapłanami, ale nie Chrystusa. Na Białorusi są np. tzw. babki. Problem człowieka polega na tym, że w jakiś sposób ma oczy na uwięzi i jedzie do tych „uzdrowicielek”, przestaje zauważać, że to nie jest modlitwa, ale magia. Kiedy rozmawiam z ludźmi, zaczynam się modlić o uwolnienie, nagle stają w prawdzie: „Proszę księdza, teraz to widzimy! Wcześniej myśleliśmy, że to modlitwa, a teraz widzimy, że to nie ma z nią nic wspólnego!”. Duży procent ludzi zetknął się z tym, co jest okultystyczne, skryte, z działaniem złego ducha, a teraz potrzebuje modlitwy o uwolnienie.

Jakie są główne potrzeby Kościoła na Białorusi, jak go wspomóc?

Myślę, że zawsze najważniejsza jest modlitwa – za wszystkich chrześcijan, a jak wiemy i na pewno doświadczamy, przede wszystkim za kapłanów, którzy są powołani i odpowiedzialni za rozwój i życie tego Kościoła, który tworzą wierni.

Na koniec prosimy o słowo do osobistej refleksji dla Czytelników „Posłania”.

Bardzo bym się ucieszył, gdyby wszyscy Czytelnicy „Posłania” mogli odwiedzić sanktuarium w Rosi, a żeby was wszystkich przyjąć, będziemy się starać zbudować pierwszy dom rekolekcyjny na Białorusi.

Dziękujemy za rozmowę.

Roś, Białoruś, 3 lipca 2012 r.  

Wywiad z "Posłania" 5/2012