Dostrzec Jezusa w każdym człowieku

Z s. Sabiną Moser, Benedyktynką od Niepokalanego Serca Maryi posługującą na misjach w Brazylii, rozmawia Grażyna Frankowska

 Czy zechciałaby siostra przedstawić się naszym Czytelnikom?

Nazywam się siostra Sabina – Aloisia Moser. Urodziłam się na wsi i wychowywałam w katolickiej rodzinie. Wyuczyłam się rolnictwa – nie tylko przez codzienną pracę, ale również poprzez kursy. Później zdobyłam wykształcenie jako przedszkolanka. W 1962 r. wstąpiłam do zakonu benedyktynek. W 1965 roku złożyłam pierwsze śluby, a w 1970 wieczyste. Wiele lat pracowałam w Austrii w domu dla dzieci upośledzonych i pokrzywdzonych społecznie. W 1980 roku zostałam wysłana na misje do Barreiras – w Brazylii. Pracowałam w miejskiej dzielnicy Vila Brasil jako asystentka księdza i asystentka socjalna. Okolica ta liczyła wówczas 25 000 mieszkańców i nie miała kapłana. 

W 1980 roku przez 6 miesięcy brałam udział w kursie w Rio, który pomógł mi zdobyć przygotowanie do pracy misyjnej. Podjęłam ją z wielką radością. W 1988 otworzyliśmy dom dla nowicjuszek, w którym kształciłam młode siostry. W latach 1997 – 2003 byłam siostrą przełożoną naszego zakonu, a w 2003 roku przyjechałam ponownie do Brazylii. 

Jak siostra odkryła swoje powołanie?

Urodziłam się w 1943 r. w małej chłopskiej wiosce – Staudach. Ponieważ był to czas wojny i moja mama była bardzo chora, przyszłam na świat z wagą zaledwie 1,20 kg. Taki mały, a jak wielki cud, że udało się mojej mamie utrzymać mnie przy życiu. Ten cud przypisuję Bogu. 

Zawsze byłam bardzo żywotnym dzieckiem i nastolatką, wszędzie było mnie pełno. Także w szkole tryskałam radością, kochałam naukę - pomimo że chodzenie do szkoły (6 km w jedną stronę) było dla mnie ogromnym wyzwaniem, bo byłam mała i drobna. Było nas siedmioro rodzeństwa. Już bardzo wcześnie pomagaliśmy przy pracy w gospodarstwie. Moi bracia uczyli mnie tańczyć, a dla mnie uczestnictwo w zabawach było wielką radością. Planowałam założyć rodzinę, wyjść za mąż, mieć piątkę dzieci. Już w wieku 6 lat mogłam przystąpić do pierwszej Komunii Świętej. Przeżyłam to z ogromną radością. W wieku 16 lat czułam, że życie oferuje mi o wiele za mało i pytałam o to moją mamę. Ona wyliczyła mi wtedy wszystko, co może przynieść młodemu człowiekowi radość. Powiedziała również: „Są ludzie, którzy idą do zakonu”. Wtedy poczułam się rozczarowana. Dla mnie klasztor oznaczał coś takiego jak smutek, ciemność, umieranie… na pewno nie życie. I odpowiedziałam, że lepiej umrzeć niż żyć w klasztorze. Uciekłam w świat marzeń, filmów, tańca i zabaw. Również praca pomagała mi nie wpadać w melancholię. Mój udział w życiu Kościoła pozostawał taki sam. Ale niektórymi modlitwami nie potrafiłam się modlić, np. przy Ojcze nasz pomijałam zdanie: Niech będzie wola Twoja. Przecież to byłoby kłamstwo. Nie chciałam iść do klasztoru! 

Kiedy miałam 18 lat, wyjechałam wcześnie traktorem na pole pszenicy. Było piękne, dojrzałe, w całej swej okazałości. Wtedy poczułam w sobie ogromną miłość, lepiej mówiąc: uczucie bycia kochaną. Ogarnęło mnie w pełni. Byłam poza sobą. Płakałam ze szczęścia i radości. Powiedziałam: „Tę miłość pragnę święcić... Tę miłość pragnę poślubić…”. To było zupełnie inne szczęście niż to, które przynosił mi taniec czy film. To było inne „bycie kochaną” niż to, którego doświadczyłam w spotkaniach z moim przyjacielem Walterem, którego bardzo kochałam. Wszystko stało się nieważne lub mało znaczące, wszystko przemieniło się w nic. Od tego momentu moje życie oznaczało TĘ MIŁOSĆ, BYCIE JEDNOŚCIĄ… i mija już 40 lat, odkąd jesteśmy zjednoczeni. Miłość Pana Jezusa Chrystusa i ja. To szczęście już mnie nie opuszcza.

Myślałam, że moje powołanie rozpoczęło się w wieku 18 lat. Ale zauważyłam, że już jako dziecko mogłam doświadczyć Chrystusa. W rozważaniu obrazów Serca Jezusa i Maryi, w naszej wiosce, w piosenkach dziecięcych i przede wszystkim w pierwszej Komunii Św., kiedy odczuwałam, że Jego światło mnie oświeca. Później dowiedziałam się, że miłość ta rozpoczęła się już w łonie matki. Kiedy moja mama była w 8 miesiącu ciąży i pracowała na tym polu pszenicy, musiała nagle uklęknąć i bardzo szczęśliwa powiedziała tak: „Panie Boże, jeśli to dziecko przyjdzie zdrowe na świat, należy całe do Ciebie”. 

Jak to się stało, że udała się siostra na misje do Brazylii? Ile sióstr liczy teraz zgromadzenie?

W 1980 r. zostałam wysłana do Barreiras – Brasil na misje. Już jako dziecko odczuwałam dużą sympatię dla dzieci uchodźców, którym zawsze dawałam swoje dobre podwieczorki i chętnie się z nimi bawiłam. 

Grupa sióstr rozpoczęła tam pracę w 1970 r. i po dziesięciu latach miała wyjechać. Zgłosiłam się wtedy na ich miejsce z dwiema innymi siostrami. To było życzeniem naszego założyciela (o. Norberta Schachinger), żebyśmy poświęciły się najbiedniejszym. Dziś jesteśmy małą grupą sióstr. Jest 5 brazylijskich sióstr po ślubach wieczystych, jedna młoda Brazylijka tuż po ślubach, dwie kandydatki i ja jako jedyna Austriaczka. Mieszkamy w ubogiej dzielnicy, pracujemy w kościele, na katechezie i z biednymi (więzienie, dzieci ulicy, kobiety itd.).

Jak wygląda sytuacja Kościoła w Brazylii?

Kościół w Brazylii jest dobrze zorganizowany przez radę biskupów i stanowi pewną władzę, która jest poważana i szanowana. Ludność kocha Kościół, kocha papieża i chętnie się modli. Kościoły są przepełnione, także w ciągu tygodnia. Wszystko się w nich rusza, wierni śpiewają i klaszczą. Nasza służba Bogu, nowenny, procesje mogą trwać bez końca, ludzie ogromnie się angażują. Ponieważ 60% ludności stanowi młodzież, przychodzi ona także do kościoła, jak również wiele dzieci, co jest ogromną radością dla nas wszystkich. Brazylijczycy mają głęboką wiarę i bardzo dużo ufności w opatrzność Bożą. Odwiedzam biedne szałasy i widzę, że w domu prawie nic nie ma. Jedna uboga matka mówi do mnie: „Siostro, ale jutro będziemy coś mieć, jutro Bóg nam pobłogosławi”. I rzeczywiście, następnego dnia ktoś podarował im wielki kosz z pożywieniem.

Siostra pomaga też więźniom...

W czasie karnawału jest wiele zamieszek i policja zamyka wszystkich, którzy znajdują się w tumulcie. Pewnego razu Doña Belanissa usłyszała, że jej syn został zamknięty. Wtedy poszła do kościoła i modliła się nieustannie. Potem zebrała się na odwagę i poszła do więzienia, by pobłogosławić syna (matki czynią to każdego dnia). Mogła go zobaczyć i dowiedziała się, że był niewinny. „W wielkiej wierze” - opowiedziała - „wzięłam go pod ramię i wyszliśmy koło strażników. Nikt nic nie powiedział, przyprowadziłam mojego syna do domu. Bóg był po mojej stronie!”.

I tak zmienia się moje życie. Codziennie do drzwi klasztoru przychodzą bardzo biedne dzieci albo sama je spotykam. Tak, ubodzy ewangelizują nas – nie dlatego, że są bardziej święci od innych, ale dlatego że unaoczniają nam, że wszystko przemija. 

Co pomaga siostrze dostrzegać w innych ludziach Jezusa?

Dla nas, misjonarzy, jest to bardzo ważne, żebyśmy dostrzegali Jezusa w każdym człowieku. Taka świadomość jest wielkim szczęściem. Jestem zawsze biorcą w każdym spotkaniu: z dzieckiem, starymi, chorymi i pijanymi. W ten sposób nigdy nie popada się w frustrację bycia wykorzystanym lub bycia dawcą. Zawsze jestem obdarowaną. Miłość Jezusa objawia mi się codziennie, tak że ja również mogę poświęcić się w miłości: „Byłem głodny, a daliście mi jeść.”

Jak wygląda sytuacja młodych w Brazylii? 

Życie młodzieży w dzielnicach na obrzeżach miasta stawia duże wymagania. Po pierwsze, ponieważ życie w rodzinie jest bardzo ograniczone, dom jest mały, płaca ledwo wystarczająca, brakuje podstawowych elementów do życia i tym samym młoda dziewczyna, młody chłopiec nie ma wiele możliwości, poza ofiarowaniem siebie córkom i synom bogatych. Wprawdzie istnieje obowiązek szkolny, ale jest zbyt mało miejsc, nauczyciele są źle opłacani, a 4 godziny lekcji dziennie to za mało, by przekazać uczniom wiedzę. Wiele dzieci i młodzieży nie chodzi do szkoły, ponieważ brakuje im przyrządów szkolnych, książek, mundurków. Inni chodzą tylko do szkoły podstawowej i później znajdują jakiekolwiek zatrudnienie, przy którym mogą zarobić trochę pieniędzy i tym samym rezygnują ze szkoły. Od 10 roku życia mają do dyspozycji tylko szkołę wieczorową. Nauczyciele są zmęczeni, dzieci również, także z powodu dużych upałów i dlatego lekcja i zdolność przyswajania informacji bardzo tracą na jakości. Poznałam jedenastolatka, który zawsze zasypiał na lekcji. Powiedział mi, że pracuje w kamieniołomach i wieczorem nie ma więcej siły. Pozwoliłam mu spać. Pewnego dnia nie przyszedł więcej do szkoły. Spotkałam go na ulicy i spytałam, dlaczego nie przychodzi. Powiedział, że miał silne bóle głowy i krwawienia z nosa, poszedł do lekarza, a ten mu powiedział, że nie może więcej chodzić do szkoły. Dlaczego nie powiedział mu, że nie może ciężko pracować?...

Kolejny przykład. Dla młodzieży od 14 roku życia jest bardzo trudno znaleźć bezpłatne miejsce w szkole. Johanna znalazła płatne miejsce w szkole wieczorowej. Żeby opłacić czesne, pracowała jako sprzątaczka w domu towarowym. Ponieważ mieszkała na skraju miasta, przemierzała daleką drogę rano, w południe i wieczorem. Na studiowanie wieczorem pozostawało niewiele sił. Miesięczna płaca szła na opłaty za szkołę. Po 4 latach studiów cieszyła się na ich ukończenie. I wtedy przyszło wielkie rozczarowanie. Szkoła nie została uznana przez władzę. Pewien biznesmen zamienił dom handlowy w szkołę i zarabiał na uczniach pieniądze. Ponieważ nie miał pedagogicznego wykształcenia, nie mógł uzyskać pozwolenia. Dla Johanny i innych uczniów była to wielka strata. Po długich poszukiwaniach i walkach znaleźli szkołę, w której mogli nadrobić ostatni rok i uzyskać później świadectwa jej ukończenia. To nie oznaczało jednak jeszcze, że otrzymali oferty pracy.

W naszym mieście jest siedem projektów dla dzieci i młodzieży, prowadzonych przez naszą diecezję. To są dzieci z rodzin żyjących w biednych dzielnicach, pokrzywdzone socjalnie, ponieważ godne życie nie jest dla tych rodzin możliwe. Opiekują się nimi wychowawcy zarówno w szkole, jak i w ciągu dnia. Dzieci mają zapewnione zabawy, sport, korepetycje, dobre wyżywienie. Także ich rodzice są wspierani przez wychowawców. Nasze projekty są znane jako „Cata-Vento”. Ich celem jest stworzenie dzieciom możliwości wyjścia z ich pełnej cierpienia sytuacji, zapewnienie prawa do pożywienia, zabawy, radości i przygotowanie do oparcia się niebezpieczeństwom, które czyhają na nie ze strony społeczeństwa. 

Wiemy, że prostytucja stanowi duży problem wśród młodych dziewczyn. Jak to się dzieje, że dziewczęta wybierają taki sposób zarabiania pieniędzy? Jak siostra pomaga młodym dziewczynom, by nie stawały się prostytutkami?

Przykłady? Wcześniej to było normalne, że chłopcy od piątego roku życia włóczyli się po mieście i szukali zatrudnienia. Czyścili buty, sprzedawali słodycze, lody, wieczorami chwaleni przez swe mamy, że zarobili więcej niż ich ojcowie przez cały dzień. Te pieniądze nie należały do tych dzieci, lecz były niezbędną pomocą dla rodziny. Często pojawiały się również łzy, gdy dzieci zostały okradzione, albo zasypiały ze zmęczenia. Takie życie odbierało im radość chodzenia do szkoły i tym samym stawały się dziećmi ulicy. Nasze projekty powinny podarować tym dzieciom inną możliwość, ażeby mogły się dobrze przygotować do życia. Wcześniej w naszym mieście były tylko projekty dla chłopców. Pewnego dnia na jednej z ulic wydarzyła się tragedia: policjant zastrzelił kobietę w ciąży. Jakiś czas później jej mąż zakochał się w prostytutce, którą następnie poślubił. Od niej właśnie mogliśmy dowiedzieć się czegoś o rzeczywistości dziecięcej prostytucji. Opowiedziała nam, że jako dziecko, tak jak dziś inne dziewczynki, została zwerbowana do pracy na farmie. Dziewczynkom obiecuje się piękne ubrania, pożywienie, szkołę, więc ich rodzice się na to zgadzają. Są szczęśliwi z tego powodu, ponieważ brakuje im środków do życia. Straszną rzeczywistością jest jednak to, że te dziewczynki są wykorzystywane do prostytucji. Wśród mężczyzn są przeprowadzane zakłady, który „złapie” młodszą dziewczynkę. A my dziś wiemy, że dziewczynki już od ósmego roku życia są oddawane do dyspozycji mężczyznom.

Wyjść z takiego środowiska jest bardzo trudno – potwierdziła to ta pani. To było dla nas wyzwanie, że musimy zrobić projekt także dla dziewcząt. Nie mamy możliwości wyciągnięcia ich z prostytucji, ale możemy podejmować środki zapobiegawcze. Dziewczynki mogą przystąpić do projektu od 6 roku życia i tam mieszkać, bawić się, uczyć i przez kształtowanie swojej osobowości przygotować się, by nie popaść w różne niebezpieczeństwa. Jestem pewna, że przez tę opiekę dajemy im też pewność, że są kochane przez Boga. 

„Co uczyniliście jednemu z braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. To jest spotkanie z Chrystusem, który nie przychodzi do nas z nieba w białej szacie, ale na ulicy w biednych dzieciach, młodzieży i napotkanych ludziach. I przez to jesteśmy obdarowane. 

Dziękujemy za rozmowę.

16 stycznia 2007 r.

Tłum. Patrycja Gawlik

Wywiad z "Posłania" 2/2007

 

 

.