Panie, wejdź w moje życie!

Z ks. Rafałem Jarosiewiczem - rekolekcjonistą, ewangelizatorem, autorem wielu płyt i książek rozmawiają Anna Jakubowska i Marta Kalniuk

Ewangelizował ksiądz na Woodstocku. Jak to wszystko się zaczęło? I czy mógłby nam Ksiądz opowiedzieć, jak spotkał Chrystusa w swoim życiu? 

Jest taki piękny tekst w Liście św. Jana, który mówi, że nie możemy nie mówić o tym, cośmy widzieli i czego dotykały nasze ręce.

U mnie właśnie tak to się zaczęło. Spotkałem ludzi na swojej drodze, którzy powiedzieli mi o żywym Jezusie i było to na tyle przekonujące, że stwierdziłem, że to nie może być oszukiwanie. Skoro Pan Bóg przemienił ich życie, to chociaż ja nie mam takich problemów, o jakich oni mówią, to ja też chcę spróbować, czy mogę Go doświadczyć. Wśród nich był człowiek, którego świadectwo bardzo mnie poruszyło. Był bramkarzem na dyskotece, więc co dzień w jego ramionach była inna kobieta, wypijał hektolitry alkoholu – a w tym wszystkim towarzyszył mu taki bezsens życia, że dopuszczał się prób samobójczych. Któregoś dnia postawił Panu Bogu ultimatum: „Boże, jeżeli jesteś, to objaw się w moim życiu, a jeżeli nie, to ja zakończę swoje życie”. Następnie poszedł na pielgrzymkę, ale podczas niej nic się nie wydarzyło. Doszedł do Częstochowy z pytaniem: „Co teraz dalej?” - skoro Bóg mu się nie objawił, to co on powinien teraz zrobić. I dał Panu Bogu jeszcze jedną szansę. Wszedł do pierwszego lepszego kościoła, który był po drodze. Spotkał w nim grupę ewangelizacyjną, młodych ludzi, którzy tańczyli, śpiewali, podnosili ręce, modlili się w jakiś dziwnych językach i mówili o rzeczach, o których on nigdy nie miał zielonego pojęcia. I Gucio po raz pierwszy w życiu wstał i podszedł do konfesjonału. Postanowił zaryzykować, czy otrzyma odpowiedź na pytanie: czy Pan Bóg istnieje? Oczywiście słowa jego modlitwy, które wypowiedział wtedy: „Panie Boże, jeśli jesteś, to wejdź w moje życie” - też już dużo o nim mówią. 

Spotkałem Gucia rok później - na pielgrzymce, kiedy sam na nią poszedłem, mając swoje dylematy, problemy, kryzysy, doświadczenia, różnego rodzaju cierpienia. Kiedy Gucio opowiedział to świadectwo, zostawił mi takie przekonanie, że to jest doświadczenie, które jest możliwe do przeżycia dla każdego człowieka. Potrzebowałem trochę czasu, żeby zaryzykować i spróbować w nie wejść. Przemyślałem sobie to wszystko, co trwało około pół roku. Zakończyło się to spowiedzią generalną. I chociaż nie doświadczałem grzechów, o których mówił Gucio, to mając swoje kryzysy i przeżycia, potrzebowałem doświadczyć osobiście, że Bóg rzeczywiście może mi okazać Swoją miłość, że On mnie naprawdę kocha. Po tej spowiedzi byłem już pewny, że to nie jest jakaś bajka, że jest napisane w Słowie Bożym, że gdyby twój ojciec, twoja matka cię opuścili, to On o tobie nie zapomni. Wiedziałem już, byłem pewny, że jest Ktoś taki, kto czuwa, kto kocha i się troszczy. I tak to się zaczęło. Po tym doświadczeniu zapragnąłem tak samo jak Gucio dołączyć do grupy ewangelizacyjnej. Nikt jeszcze nie myślał o Przystanku Woodstock, koncerty odbywały się wtedy w Jarocinie i to wszystko, co tam robiliśmy, było formą ewangelizacji. Nie było jeszcze Przystanku Jezus, ale była wspólnota ewangelizacyjna. Tak wyglądały moje pierwsze kroki w stronę ewangelizacji: żeby po pierwsze poznawać to, czego doświadczyłem, a po drugie dzielić się tym, czego doświadczyłem. 

Na Przystanku Woodstock ewangelizował Ksiądz wraz z grupą młodych ludzi. Jak to wygląda na co dzień: ewangelizuje Ksiądz w pojedynkę czy też ze wspólnotą? 

Podejmuję ewangelizację - w większości wypadków - we wspólnocie. Nigdy nie chcę ewangelizować sam. Niestety, są takie sytuacje, kiedy trzeba samemu załatwiać jedną czy drugą rzecz, ale Pan Bóg zbawia nas we wspólnocie i to jest z jednej strony doświadczenie umierania dla siebie: dla swoich pomysłów, swoich aspiracji, żeby wola Boża mogła się faktycznie ukazać, a z drugiej niesamowite doświadczenie Kościoła, który żyje. To nie jest bazowanie na jednej osobie, tylko doświadczenie żywego Kościoła i Boga działającego w tych ludziach, z którymi dane mi jest ewangelizować. Myślę, że to piękne, jeśli kapłan współpracuje ze świeckimi i odwrotnie, że świeccy współpracują z kapłanem. Mam naprawdę wiele, wiele owoców, na które mogę patrzeć dzięki takiej współpracy, na które pewnie nigdy bym nie patrzył, gdybym prowadził jakieś rekolekcje sam. 

A teraz o Woodstocku. W jaki sposób tam się ewangelizuje? 

Ewangelizacja na Woodstocku jest bardzo specyficzną ewangelizacją. Odbywa się ona w ramach Przystanku Jezus, na który przyjeżdżają osoby ze wspólnot. Tworzy się tam potężna wspólnota wspólnot, składająca się z różnych ruchów, stowarzyszeń: Odnowy w Duchu Świętym, Ruchu Rodzin Nazaretańskich, Oazy, KSM, Neokatechumenatu i wspólnot lokalnych. Wiadomo, że jeśli przyjeżdża tyle osób, to z tej różnorodności można coś pięknego ułożyć. Każdy ma jakieś dary, którymi może posługiwać. I pierwsze dni na Przystanku Jezus, zanim grupa ewangelizacyjna wychodzi na Przystanek Woodstock, to są dni przygotowania i rozpoznawania swojego miejsca -tego, czego Pan Bóg ode mnie oczekuje, do jakiej diakonii mnie posyła i czy mnie w ogóle posyła. Bo czasami Pan Bóg nie chce kogoś posłać na plac Woodstocku, tylko chce, by ten ktoś zrobił sobie rekolekcje w ciszy przed Najświętszym Sakramentem. Wtedy to jest bardzo osobiste doświadczenie danej osoby i bardzo owocne w jej życiu. 

Podział jest tak poprowadzony, że ludzie po kursie „Paweł”, którzy mają opanowany kerygmat i głoszenie Ewangelii od osoby do osoby, stanowią jedną wspólnotę, która uczy się nowych pantomim i scenek na Woodstock, przygotowując czy to jakiś happening, czy teatr kukiełkowy lub coś innego. Natomiast drugą grupą ludzi, która nigdy nie miała do czynienia z ewangelizacją, a przyjechała na Przystanek Jezus, aby głosić Chrystusa, zajmuje się Ruch Nowego Życia, który przygotowuje ich do głoszenia według czterech praw życia duchowego. To metoda trochę książeczkowa, ale jest to pewne narzędzie, żeby ewangelizatorzy mogli wyjść na Woodstock i opowiadać o Panu Bogu; żeby wiedzieli, do czego mają zmierzać i jakie cele mają osiągnąć. Podsumowując: zaczynamy zawsze od rekolekcji. Są one czymś bardzo fundamentalnym. Na tych rekolekcjach bardzo dużo się dokonuje, jest to jakby wielkie wylanie mocy Ducha Świętego, Jego obecności, Jego działania. Pan Bóg daje Swoje łaski w sposób szczególny, bo po nich będzie głoszone Jego Słowo. 

W swojej książce Miłość chodzi po Woodstocku przytacza Ksiądz różne historie, z których można się wiele nauczyć, np. w jaki sposób podchodzić do człowieka, któremu chcemy przybliżyć Chrystusa. Czy mógłby się Ksiądz podzielić swoimi doświadczeniami z pobytu na placu Woodstock? 

Tych historii można by przytaczać bardzo wiele. Właściwie co człowiek, to historia. I jeśli tylko mamy oczy szeroko otwarte, to po prostu ocieramy się o Boga w drugim człowieku. Takie spotkanie może owocować już po pierwszym kontakcie, czasem tym, że się tą drugą osobę pozna, czasem wspólną modlitwą, czasem pójściem do kościoła, a czasem tym, że ktoś jest zdenerwowany, że chrześcijanie, katolicy są na Woodstocku. I tych historii jest bardzo dużo. Woodstock traktuję jako miejsce do uczenia się miłości. Jest łatwo mówić, że się kocha drugiego człowieka, jeśli się nie ma konfrontacji z różnymi sytuacjami, które niesie życie. Ale Pan Bóg weryfikuje miłość człowieka, to, ile on może dać, w jaką relację może wejść, co może zaoferować, na ile się otworzyć, na ile powiedzieć świadectwo. Jest to rzeczywiście szkoła miłości. 

Przez te ostatnie 5 lat, bo szósty rok jestem dopiero księdzem, nic innego nie robiłem, jak tylko siedziałem pod białym krzyżem na Przystanku Woodstock, gdzie znajdowała się nasza baza. I o ile wcześniej nie jako ksiądz, ale jako kleryk, świecki znosiłem ludzi pijanych, naćpanych, organizowałem jakieś koncerty na małej scenie, chodziłem z ulotkami, rozmawiałem, zaczepiałem, teraz nie robię tego, bo mam co robić przez cały czas obecności pod krzyżem. Nie muszę nikogo zaczepiać. Wystarczy, że jestem w stule. W przerwach odmawiam brewiarz, a resztę po prostu spowiadam. I to jest bardzo czytelny znak dla ludzi. Muszę powiedzieć, że nigdy w życiu nie pomyślałbym, że na Przystanku Woodstock zdarzy mi się 15 godzin nieprzerwanie spowiadać. Można powiedzieć, że tam, gdzie grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska. Ludzie, którzy przychodzą, mówią, że to nie będzie konwencjonalna, banalna spowiedź, tylko po 20 latach nieprzystępowania do spowiedzi chcą to wszystko oddać Bogu. Przychodzą też dlatego, że byli na mszy świętej, posłuchali świadectw, spotkali kogoś na placu, albo dlatego, że dostali kromkę chleba. To jest coś niesamowitego, coś fenomenalnego. 

Jakie formy ewangelizacji Ksiądz podejmuje na Woodstocku i na co dzień? 

Na Woodstocku formy ewangelizacji odpowiadają zadaniom, w które możemy wejść, miejscom, które są nam udostępnione. We wcześniejszych latach mieliśmy do dyspozycji małą scenę, ale teraz nie mamy tam wstępu. Zostaje nasze lokalne nagłośnienie: mikrofony, różnego rodzaju „szczekaczki”, jak to się popularnie nazywa. Z tym chodzimy po placu Woodstock, tworząc wielki korowód. W tym roku cała taktyka korowodu była rozpracowana: kto idzie z przodu, kto z tyłu, co jest niesione z przodu, co z tyłu. To było tak, jak byśmy szli z Arką Przymierza. W środku szły anioły – wielkie trzymetrowe kukły, niesione na plecach, które zwracały na siebie uwagę, dookoła bębniarze, z tyłu gitarzyści, flagi, które robiły „zadymę” na początku itd. Specyfika ewangelizacji odpowiada temu, w co rzeczywiście możemy wejść. Nie mamy możliwości ewangelizacji na scenie, to organizujemy korowód. To jest jedna z form. 

Drugą z form są kanapki, czyli posiłki. Jest takie znane powiedzenie: „Przez żołądek do serca”. Z tego, co wiem, wiele małżeństw w ten sposób powstało. To nie jest tylko kwestia zawierania dobrych znajomości. Mamy pewien zasób chleba, konserw i innych rzeczy i ludzie przychodzą do nas sami. Co kilka godzin wymienia się grupa, która ma dyżur pod krzyżem, razem z księdzem odpowiedzialnym za pole Przystanku Jezus. I ta grupa organizuje posiłki typu kanapki, napoje, herbata. Gdy ludzie przychodzą i pytają o jedzenie, wtedy ewangelizatorzy zachęcają do tego, byśmy wspólnie je zrobili. Przez pół godziny dokonuje się smarowanie, dzielenie. I to jest bardzo wspólnototwórcze, ponieważ w tym momencie następują pierwsze przyjaźnie, zapoznanie się z tymi, którzy przychodzą. W większości wypadków na Woodstocku ludzie są niesamowicie otwarci, chcą rozmawiać. Naprawdę wiele razy moja posługa przy stole kończyła się tym, że ktoś oddawał swoje życie Jezusowi tylko dlatego, żeśmy razem zaczęli rozmawiać. Te osoby mówiły często: „Nie mieliśmy wcześniej takiej możliwości, nigdy w życiu nikt nam nie zaproponował, żeby zaprosić Jezusa do swojego życia, żeby On mógł je zmieniać”. To pokazuje oczekiwania ludzi: przychodzą po jedzenie, a otrzymują dużo, dużo więcej. Otrzymują nowe życie. 

Wspomnę jeszcze, jak wygląda organizacja ewangelizacji przy kościele. Jedna część ekipy funkcjonuje na placu Woodstock. Jesteśmy organizacją i regulamin Przystanku Woodstock jest tak ułożony, że nie możemy tam wejść i mieszkać na takich warunkach, na jakich byśmy chcieli. Nie mamy możliwości postawienia tam namiotów, w związku z tym stoją one w pobliżu kościoła – bazy, w której prowadzone są rekolekcje, przy której mamy zorganizowany kemping, prysznice, toalety. Trzeba wiedzieć, że jeśli na ewangelizację przyjeżdża pół tysiąca ewangelizatorów, to muszą się oni gdzieś umyć, coś zjeść, więc mamy tam zorganizowaną kuchnię polową i prowizoryczną stołówkę – gdzie warunki są spartańskie. Mamy rozbitych kilka hangarów, w których możemy przygotowywać na bieżąco pantomimy i inne animacje. Są działania prowadzone w różnych miejscach, w różny sposób i przez różne osoby. Nie mniej ewangelizuje nasza Ela – główna kucharka, która organizuje nam jedzenie i dba o to, aby nikt nie chodził głodny. Ona - dając serce od rana do nocy, stojąc przy garnkach - czasem więcej ewangelizuje niż niejeden ewangelizator swoim słowem. To są naprawdę bardzo specyficzne posługi, bardzo specyficzne miejsca. 

Czy mógłby Ksiądz opowiedzieć coś więcej o tych pantomimach? 

Jest taki teatr: „Małe co nieco”. Działa on pod batutą państwa Irysików przez cały rok w ramach Szkoły Nowej Ewangelizacji. Przygotowują oni różnego rodzaju przedstawienia, mają swoje osiągnięcia. Ten teatr jest otwarty na ludzi, którzy przyjeżdżają na ewangelizację. Osoby, które chciałyby wziąć udział w przedstawieniach, przyjeżdżają tydzień wcześniej i przygotowują się, modlą, rozeznają, jak ma wyglądać ich posługa. Te przedstawienia służą najpierw nam w rekolekcjach – pokazują różne sceny z Ewangelii. To jest rzeczywiście coś bardzo pięknego i godnego naśladowania. Natomiast jeśli chodzi o same lalki - mówimy o dużych kukłach - były one osadzone na barkach ewangelizatorów, którzy przyjechali na sam Przystanek Jezus i nie byli do tego wcześniej przygotowani. 

A jak docierać do dzisiejszej młodzieży, która dużo czasu spędza przed telewizorem lub monitorem komputera i do której trudno jest dotrzeć? 

Nie mam innego sposobu, jak miłość. Wychodzę z założenia, że skoro chcę kochać drugiego człowieka, to Pan Bóg będzie mi otwierał oczy na poszczególne rzeczywistości, do których mnie wprowadza. I tak np. jeśli idę na katechezę, to staram się prowadzić ją na takim poziomie, żeby uczniom było szkoda z niej wychodzić, np. się zwolnić albo ją przerywać. I wtedy ma to rzeczywiście sens. Po pierwsze, otrzymują oni porcję wiedzy, której wcześniej nie mieli. Po drugie, to co im mówię, zaciekawia ich, bo odnosi się do ich życia. I po trzecie, na każdej katechezie z miłości do moich uczniów robię kartkówkę. Na początku, przez pierwszy miesiąc, były takie sytuacje, w których trudno im się było odnaleźć i widziałem, że ta kartkówka jest taką rzeczą, której by sobie nie życzyli. Ale teraz nie ma już tu żadnego problemu. Nie tak dawno prowadziłem katechezę o stopniach miłości: od tej najprostszej - miłości zmysłowej, poprzez miłość przyjacielską, dochodząc do miłości agape – miłości jako bezwarunkowego daru z samego siebie. Mówię do mojej młodzieży: „Słuchajcie: miłość między mężczyzną i kobietą będzie troszeczkę inaczej wyglądała niż miłość moja do was. To, że was kocham, nie będę okazywał w taki sposób, że będę przychodził i was wszystkich ściskał, ale moja miłość do was polega na tym, że na każdej katechezie macie kartkówkę”. I co po tym usłyszałem? Usłyszałem słowa, które najgłębiej zapadły w moje serce: „My też księdza kochamy”. I myślę, że młody człowiek, jeśli widzi, że jest kochany, jeśli widzi, że katecheta czy wychowawca stawia przed nim wymagania, ale nie takie z księżyca - jakieś głupie wymagania, czy wynikające ze złośliwości, ale wypływające z troski i miłości, która jest rozumna, odpowiedzialna, która sprawia, że jest się darem dla drugiej osoby - to odpowiada tym samym. Moim pierwszym miejscem do ewangelizacji jest szkoła i wykorzystuję to maksymalnie. Nigdy nie zwalniam młodzieży z katechezy. To procentuje przepięknymi relacjami, a także przepięknymi pragnieniami, które się budzą w młodych ludziach, chociażby tym, że cała klasa mi mówiła: „Proszę księdza, idziemy na pielgrzymkę” (no, zobaczymy jak pójdą…). Marzy mi się, żeby katecheza miała, przynajmniej pierwsza część, formę spotkania modlitewnego. I powoli do tego dążę. Na każdej katechezie mamy sporo modlitwy spontanicznej, wchodzenia w obecność Pana Boga. Wiem też, że nie od razu Rzym zbudowano -że do tego trzeba trochę czasu. To jest pierwsza sprawa. 

Druga sprawa to parafia. Ponieważ jestem na parafii, to słucham, szukam i pytam Pana Boga, co mam robić. Łatwo jest powiedzieć kazanie, kiedy nie pyta się Pana Boga o zdanie, co On chce, żeby zostało powiedziane. Natomiast jeżeli człowiek się pyta, to go mobilizuje do konfrontacji tego, co sam sobie wymyślił, z tym, co ma powiedzieć. Wtedy owoce są niewspółmierne. Bo w momencie, w którym ja wymyślam coś, jakieś dzieło dla Boga, to tak, jakbym napisał gotowy scenariusz i projekt, w jaki sposób ja chcę przyprowadzić ludzi do Boga i mówię: „Panie Boże, widzisz, jaki jestem mądry, to ja, proszę Cię, daj mi tylko błogosławieństwo, podpisz mi to i wtedy będzie super”. Natomiast w sytuacji odwrotnej, kiedy zginam kolana, klękam przed Jezusem i mówię: „Jezu, ja Ci daję podpis in blanco, Ty to wypełnij”, to w tym momencie jest to nieustanna przygoda, bo nigdy nie wiadomo, co się zdarzy. Wtedy jest tak, jak z tymi, którzy z Ducha narodzili się: nikt nie wie, dokąd pójdą, za Jego wolą. Krótko mówiąc, tacy ludzie są nieobliczalni – w dobrym, oczywiście. Uważam, że jest to coś najpiękniejszego w nowym narodzeniu – narodzeniu z Ducha - że człowiek nieustannie poszukuje nowych form, nowych metod. Poszukuje też odpowiedzi na pytania, które stawia Panu Bogu i odwrotnie: odczytuje odpowiedzi, które dostaje od Pana Boga. Pamiętam taką sytuację: trzy godziny modlitwy adoracyjnej i kwestia napisanego kazania. Po tej modlitwie kazanie to dotknęło nie tylko tysiące ludzi, ale praktycznie całą miejscowość - tylko dlatego, że ono było od początku do końca przemodlone. Oczywiście, kazanie to postawiło podział między dobrem a złem, podzieliło w pewien sposób ludzi, a z drugiej strony nie pozwoliło przejść obojętnie. Dla mnie jako księdza jest to też niesamowite i jasne, Kogo mam pytać, u Kogo szukać odpowiedzi i skąd wiedzieć, w którą stronę mam iść. I to jest właśnie to. 

Trzecia grupa aktywności, w której dokonuje się ewangelizacja, to działania pozaparafialne, bo parafialne są znane: młodzież, ministranci, Oaza, różnego rodzaju grupy, w których na co dzień się posługuje. To jest także ewangelizacja na pogrzebach, na ślubach, bo wiadomo, że wiele osób przychodzi na ślub i na pogrzeb po raz pierwszy i ostatni w ciągu roku, więc to jest też jakaś forma dotarcia, przypominania, czy też po prostu ogłaszania Jezusa Chrystusa. Można by było godzinami jeszcze mówić o samych formach ewangelizacji parafialnej. Natomiast pozaparafialna ewangelizacja dotyka kilku wymiarów. Z Bożej Opatrzności dane mi było założyć kiedyś projekt ewangelizacyjny „4800 sekund pozytywnego przekazu”. To jest strona internetowa: www.4800sekund.kdm.pl. Na tej stronie ewangelizacja jest prowadzona w kilku nurtach. Po pierwsze zjawisko, które już dość mocno zafunkcjonowało w Polsce, jak „smsy z nieba” – fragment Pisma Świętego, który można dostać na telefon z myślą świętego i newsem ewangelizacyjnym - co jakiś czas. Kiedy zaczynałem półtora roku temu, nie myślałem, że to nabierze takich rozmiarów, że miesięcznie będzie wysyłanych około 60 000 smsów. Można powiedzieć, że Pismo Święte już wiele razy zostało wysłane przez komórkę. Oczywiście te smsy idą w cały świat, nie tylko w Polskę. Mam tego świadomość, bo piszą do mnie ludzie z Niemiec, Ukrainy, którzy odbierają te smsy. I to jest jakby jedno z dzieł tego projektu. Za to odpowiada sztab ludzi. Ktoś wpisuje określoną listę mailingową, np. smsy z wiadomością. Ktoś inny wybiera fragment z Pisma Świętego, ktoś inny fragment z myśli świętego, ktoś inny jeszcze wklepuje to w komputer, podłącza cały system operacyjny, ponieważ jest do tego specjalny program, laptop, który współpracuje z komórką w sposób skonfigurowany, aby z karty SIM mogły iść te smsy. A więc to nie idzie przez internet. To jest cała baza. Rzeczywiście, w ciągu dnia wiele osób nad tym siedzi zupełnie charytatywnie, na zasadzie miłości do Pana Jezusa. I cieszę się z tego bardzo, że to się rozwija. 

Drugie dzieło to są płyty z konferencjami, które nagrywam. Zostało już wydanych 150 000 egzemplarzy. Ciągle nad czymś pracuję, w trakcie przygotowania są trzy książki, a także dwie płyty: jedna z autorską muzyką i tekstami, z udziałem muzyków sesyjnych, którzy na co dzień grają w naprawdę bardzo dobrych składach w Polsce; druga płyta to szereg konferencji. Robiąc różnego rodzaju rzeczy, ciągle pytam, czego chce Pan Bóg. I pytając o to, z niektórych rzeczy rezygnuję, z innych nie mogę rezygnować. 

Jeśli chodzi o transmisje satelitarne i o wyświetlanie filmów, dobijałem się do dystrybutorów, szczególnie chrześcijańskich, ponieważ oni dają pozwolenia na ich wyświetlanie bez żadnych opłat, jeżeli robi się to w sposób niekomercyjny. To owocowało tym, że mogłem jechać na parafię, nawet maleńką i zwyczajnie „robić kino”, np. w kościele, mając swój sprzęt nagłaśniający, sprzęt do wyświetlania, potężne ekrany sześciometrowe. Kościół zamieniał się na chwilę w miejsce, w którym Jezus był głoszony także przez obraz. Natomiast jeśli idzie o transmisje Apeli Jasnogórskich, to transmisje poprzez łącza satelitarne wcześniej przedyskutowałem z księdzem proboszczem. Zwykle korzystaliśmy z łączy satelitarnych TV Trwam, Radia Maryja, korzystając z tego, że oni puszczają sygnał w kosmos i można się go uchwycić i mieć Częstochowę nawet w takiej maleńkiej wiosce, gdzie dojeżdża jeden autobus w ciągu dnia. To są rzeczy, z których jesteśmy zobowiązani korzystać. Jeśli nie korzystamy, to zaniedbujemy pewne dobro. A św. Paweł mówi, że kto umie dobrze czynić, a nie czyni, ten grzeszy. Tak więc trzeba patrzeć, co umiemy dobrze czynić i to wykorzystywać. 

Toruń, 11.02.2008 r., tekst został autoryzowany. 

fot. arch. ks. Jarosiewicza 

wywiad z "Posłania" 2/2008