Tu czułem się jak w domu

Z o. Albertem Osewskim CFR rozmawia Anna Jakubowska

Czy mógłby Ojciec opowiedzieć, jak rozeznał swoje powołanie i trafił do wspólnoty Franciszkanów Odnowy w Stanach Zjednoczonych?

Z mojej historii powołania nie dałoby się zrobić sensacyjnego filmu. Ta historia tak naprawdę jest bardzo prosta. Dość wcześnie Bóg zniknął z mojego życia, co w konsekwencji przysporzyło mi i innym sporo problemów. W 1994 r., gdy miałem 17 lat, cała moja rodzina wyjechała do Stanów Zjednoczonych, a ja wraz z nimi.

Dopiero w wieku 19 lat, zmęczony bezbożnym życiem, zwróciłem swoje serce o pomoc do Jezusa i do „Jezusowych” ludzi. Pewnego grudniowego dnia, kiedy prosiłem na kolanach Boga i moją mamę o przebaczenie i pomoc, wszedł On do mojego serca. Od tamtego błogosławionego dnia wszystko się zmieniło: zachowanie, spojrzenie na życie, koledzy, sposób ubioru. Wróciła wiara, modlitwa, fascynacja Eucharystią i Pismem Świętym,  zakwitła w moim sercu wolność i radość(!), coś, czego nie doświadczałem wcześniej. Spotkałem też na mojej nowej drodze życia wspaniałych ludzi – polską młodzież z grupy „Oaza Przystań”, mieszkającą w Nowym Jorku i spotykającą się przy polonijnej parafii na Brooklynie. W tamtym czasie Bóg i Jego sprawy stały się jedyną myślą w moim sercu. Czułem niesamowity głód Boga i każdą wolną chwilę spędzałem na czytaniu Biblii i innych Bożych lektur, na wyśpiewywaniu przy gitarze pieśni na chwałę Pana, na przebywaniu z naszą Oazą i na posługiwaniu polskim bezdomnym alkoholikom. Pewnego dnia zajaśniało w mojej głowie, że ja bym tak mógł (i chciał!) żyć na cały etat. To było całe moje życie i wokół Bożych spraw kręciło się dla mnie wszystko. Czułem w sercu, że Pan mnie wzywa do życia konsekrowanego i kapłańskiego. Wiedziałem również, że to miałaby być wspólnota ewangelizacyjna oraz pracująca z ubogimi. Rozmawiałem z księżmi i zakonnikami różnej „rasy” o powołaniu, ale żadna ze wspólnot mnie nie pociągała. Pomimo wielkich pragnień poświęcenia się Bogu, nie szukałem jakoś specjalnie swojego miejsca, nie brałem udziału w poszukiwaniach mojej perły. Dopiero w 1998 r. spotkałem na polonijnej pieszej pielgrzymce grupę „szaraków” - Franciszkanów Odnowy. Nie fascynowały mnie ich brody, ich szare habity ani sandały (to wydawało się być zachwytem pielgrzymów). Moją uwagę przykuwało to, że patrzyło im z oczu Jezusem. Mówili o Jezusie jakoś inaczej, śpiewali o Nim radośnie i On wydawał się promieniować z ich serc. Kiedy byłem wśród nich, moje serce stukało jakoś mocniej i czułem ogromny pokój. Niedługo po pielgrzymce nasza oaza zorganizowała wspólnie z braćmi dwujęzyczne, polsko-angielskie rekolekcje. Jako że grałem na gitarze i musiałem nauczyć się do rekolekcji amerykańskich piosenek, zacząłem odwiedzać klasztor Franciszkanów Odnowy na Harlemie. Przebywając tam, czułem się jak w domu, poczułem, że tu ma zatrzymać się mój pociąg. Zacząłem odwiedzać braci coraz częściej i współpracować z nimi w posłudze wśród ubogich oraz pod klinikami aborcyjnymi. Krok po kroku zbliżałem się do błogosławionego dnia 8 września 2000 r., kiedy po dwóch latach modlitwy, rozmyślań, pytań, ale i też rozterek, wstąpiłem do Franciszkanów Odnowy.

Jaki jest charyzmat i misja tej wspólnoty? Jak ją realizuje w praktyce życia codziennego?

Przede wszystkim nasza wspólnota jest nową formą przeżywania duchowości kapucyńskej i charyzmat, który posiadamy, jest charyzmatem kapucyńskim, przeniesionym i adaptowanym do teraźniejszości. Franciszkanie Odnowy zostali założeni w 1987 r. przez sześciu nowojorskich kapucynów, pragnących odnowy własnego życia oraz życia konsekrowanego w Północnej Ameryce. Myślę, że symbolicznym obrazem naszej wspólnoty i jej charyzmatu jest taboret stojący na trzech nogach. Na tyle, na ile się da, staramy się utrzymać balans pomiędzy trzema rzeczami: modlitwą, życiem wspólnotowym i duszpasterstwem. Praca duszpasterska nie jest głównym ani jedynym celem naszej wspólnoty, gdyż praca nie definiuje osoby konsekrowanej, tylko modlitwa, czyli relacja z Bogiem. A modlitwy jest u nas sporo. Dzień rozpoczynamy o 5 rano w kaplicy. Modlimy się wspólnie pięć razy dziennie, odmawiając wszystkie części brewiarza. Codziennie również odprawiamy godzinną medytację rano i godzinną adorację Najświętszego Sakramentu wieczorem. Jest też, oczywiście, Eucharystia i różaniec. Nie prowadzimy parafii, więc dopasowujemy duszpasterstwo do naszego planu modlitwy. Raz w tygodniu, w piątek, wykonujemy pracę wyłącznie w klasztorze, w ciszy i z bardziej intensywną modlitwą. Raz w miesiącu również wyjeżdżamy na dwa dni na pustelnię (w dosłownym tego słowa znaczeniu). Życie wspólnotowe jest dla nas bardzo ważne. Pod względem kanonicznym jesteśmy instytutem, ale w codziennej rozmowie nigdy nie używamy tej nazwy. Preferujemy słowo „wspólnota”, gdyż ono określa nasze pragnienia i założenia instytutu. Prawie wszystko robimy wspólnie: modlitwa, posiłki, duszpasterstwo, naprawy klasztoru, podróże, itd. Na początku wydaje się to być męczące, szczególnie dla Amerykanów, pochodzących z kultury bardzo indywidualistycznej. Z upływem czasu trudno jest wyobrazić sobie inną formę życia niż życie wspólnotowe. Człowiek uczy się wiele, mieszkając z braćmi, którzy za swój cel mają Boga i dobro bliźniego. Wspólnota kształtuje, oczyszcza, uszlachetnia, podnosi, a czasem nawet i poniża, jeśli taka też jest potrzeba. Dopiero na trzecim miejscu jest duszpasterstwo, choć równie ważne, jak i dwie pozostałe nogi naszego „taboretu”.

Nasza praca duszpasterska jest dwutorowa: ewangelizacja i praca z ubogimi. Obie te formy mają za cel człowieka, osobę. Staramy się więc o jak najwięcej kontaktu osobistego. Ewangelizacja w naszej wspólnocie ma wiele form. Przede wszystkim każdy moment jest dla nas czasem ewangelizacji. Zawsze chodzimy w habitach, więc jesteśmy „widzialni”. To bardzo pomaga w ewangelizacji i ułatwia kontakt z drugim człowiekiem. Wiele podróżujemy po świecie i tylko dlatego, że chodzimy w habitach, mieliśmy możliwość przeprowadzenia tysięcy rozmów z osobami o różnych zapatrywaniach religijnych czy moralnych. Ile godzin spędzonych na rozmowach, ile spowiedzi, ile nawróceń! Zachęcam duchowieństwo do zewnętrznej identyfikacji! Prowadzimy wiele rekolekcji, misji parafialnych, pielgrzymek i całe mnóstwo różnorakiego przepowiadania Słowa. Paru z naszych ojców zajmuje się muzykowaniem lub pisaniem. Czasami pojawiamy się też w katolickich mediach, choć one same w sobie nie są naszym celem, ani sposobem ewangelizacji. Jeszcze raz podkreślam, że chodzi nam o jak najwięcej kontaktu osobistego.

Przez pewien okres przebywał Ojciec we wspólnocie w Bronksie – dzielnicy Nowego Jorku, słynącej z wysokiej przestępczości, nazwanej przez niektórych symbolem upadku miasta. Jak wygląda posługa ojców w tym miejscu?

Bronx zasłynął najpierw w latach 60. ubiegłego wieku, podczas starć bojówek czarnoskórych Amerykanów z nowojorską policją. Czarnoskórzy domagali się równouprawnień. Płonęły domy, lała się krew. Następną falą (nie)sławy Bronxu były lata 80., gdy na rynek narkotykowy wszedł „crack” [od redakcji: silnie uzależniający narkotyk powstały na bazie kokainy, zażywany poprzez podgrzewanie i wdychanie oparów]. Z opowiadań naszego znajomego, byłego nowojorskiego policjanta, który w owym czasie zrezygnował ze swojej pracy, życie na Bronksie było szaleństwem. Crack jest najbardziej uzależniającą substancją i bardzo szybko tracącą swoją „czarującą”, narkotykową moc (około 30 minut). Z tego też powodu osoba uzależniona ma nieustanne zapotrzebowanie na „ciągle wietrzejący” crack. Zaczynają się więc kradzieże, napady, włamania, itd. W latach 80. Bronx podobny był do poligonu. Ludzie podpalali niewypłacalnym palaczom cracku domy, wchodzili do mieszkań z bronią maszynową, w powietrzu latał ołów. Nasz znajomy ekspolicjant mówi, że codziennie widział 4 do 5 morderstw. Po paru latach pracy na Bronksie zdecydował się przenieść do straży pożarnej. Do dziś crack jest tam popularny, ale Bronx już nie jest tym samym miejscem, co kiedyś. Widać jeszcze gdzieniegdzie domy, straszące wypalonymi oknami oraz wałęsających się po ulicach dilerów. Nowy Jork wydał mnóstwo pieniędzy na uporządkowanie tego miejsca i wydaje się, że dokonał wiele w tej kwestii. Przestępczość zdecydowanie spadła, choć dalej czuje się tamten klimat.

Jak wyglądała posługa Ojca na Bronksie? Czy mógłby się Ojciec podzielić konkretnymi przykładami spotkań i rozmów z ludźmi, kiedy objawiła się moc Zmartwychwstałego?

W zasadzie na Bronksie mieszkałem tylko pół roku, potem rok na Harlemie i siedem lat w Yonkers, które jest bezpośrednim, geograficznym i kulturowym przedłużeniem Bronksu. Bronx „przelewa się” w Yonkers, w każdym razie – jest to „ten sam zwierz”. Staramy się, aby nasza praca z ubogimi, choć nie tylko z nimi, była „jeden na jednego”, czyli bardzo osobista. Stąd też mamy wiele, wiele rozmów na ulicach, siedząc na schodach, w autobusie, przy misce zupy, itd. Nowojorczycy z reguły są bardzo otwarci i rozpocząć z nimi rozmowę jest bardzo łatwo. Bardzo często ubodzy, a już z pewnością bezdomni, mają wygląd dość niecodzienny i niekonwencjonalny. My w naszych szarych habitach jakoś wcale ich nie dziwimy, a nawet pasujemy do naszych rozmówców. W pracy z ubogimi bardzo często nie chodzi o zupę czy worek ryżu, choć to jest bardzo potrzebne. Tu chodzi o człowieka, o osobę. Staramy się więc, aby w naszych placówkach dla ubogich nigdy nie brakowało szacunku i miłości, aby były to miejsca znane z braterskiej atmosfery. Z tego też powodu wielu z ubogich lubi i preferuje przychodzić do naszych stołówek czy schronisk dla bezdomnych. Czują się tam jak w domu. A przynajmniej tak mówią. Wyrażenia takie jak: „Dobrze tu być, bo wszyscy tu nazywają mnie bratem” nie należą do rzadkości. Ubodzy albo przychodzą do nas prosto z ulic, albo my wychodzimy do nich. Naszymi gośćmi są głównie hiszpańskojęzyczni Latynosi lub czarnoskórzy Amerykanie. Rzadko kiedy pojawia się w naszych progach biała twarz. A prac z ubogimi jest wiele: kuchnie charytatywne, schroniska, wydawanie suchego prowiantu dla ubogich rodzin, patrolowanie ulic w zimę i rozdawanie kanapek oraz koców, programy prewencyjne i katechizacyjne dla młodzieży z ulic, programy popołudniowe dla dzieci i młodzieży, modlitewne patrole ubogich dzielnic, wizyty w więzieniach, szpitalach, poprawczakach i wiele, wiele innych pięknych dzieł, które Pan Bóg przez nas, osiołki betlejemskie, dokonuje.

Konkretnym przykładem mocy Zmartwychwstałego w naszej dzielnicy, którym chciałbym się podzielić, jest to: około czterech lat temu wracałem o północy z jednym z naszych braci do klasztoru w Yonkers. Jechaliśmy samochodem i rozmawialiśmy o wieczorze modlitwy, w którym właśnie uczestniczyliśmy. Już niedaleko klasztoru skręciliśmy z dwupasmowej ulicy w sześciopasmową… a tu przed nami „młyn”. Przed naszymi oczami, na środku sześciopasmówki, wyłoniło się kłębowisko około 40 młodych ludzi. Młodzi mężczyźni i kobiety, spiętrzeni jedni na drugich, bijący się nawzajem czym tylko się dało. W zasadzie moglibyśmy jakoś ukradkiem objechać tę bójkę, dojechać do odległego o sto metrów klasztoru i zadzwonić na policję. Jednak serducho mnie ruszyło i pomyślałem, że byłby to piekielny grzech obojętności wobec bliźnich, i to jeszcze moich sąsiadów, nic nie uczynić. Pomyślałem też, że policja z pewnością nie będzie się spieszyła do interwencji. Poprosiłem, aby brat zatrzymał auto i wskoczyłem w samo jądro zamieszania, szukając przyczyny lub sprawcy tej bójki. Dobrnąłem do młodego chłopaka, który wydawał się być w centrum zainteresowania połowy bijącej i połowy broniącej się młodzieży. Trzymał go za ramię potężny drab i wprawnie okładał równie potężnymi pięściami. Wskoczyłem między nich dwóch, starając się zasłonić ofiarę swoim ciałem i wyperswadować słownie nieludzkie zachowanie napastnika (interwencja musiała być słowna, gdyż jakakolwiek fizyczna perswazja skończyłaby się nędznie dla mnie). Pięściarz o tyle był kulturalny, że bił młodego unikając mojej głowy. Nic nie mówił, nie wyklinał mnie, tylko równo bił swoją ofiarę. Przedramiona wielkości moich ud przelatywały koło mego nosa i trafnie lądowały w wyznaczonym celu. Wrzask bijących się i odgłosy uderzeń wypełniały noc. Po parokrotnej interwencji słownej zdałem sobie sprawę, że nic z pokojowych rokowań nie będzie. Nie wiem, co mnie inspirowało, ale w pewnym momencie podniosłem ręce do góry i zacząłem wrzeszczeć: „W Imię Jezusa, przestańcie!”. Ku mojemu zaskoczeniu, atmosfera przycichła i pięści zatrzymały się w powietrzu. Skorzystałem więc z okazji i wykrzyczałem jeszcze parę razy to samo zdanie. Ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu, walczący zaczęli wypuszczać się nawzajem z bojowych uścisków. Jak szalony powtarzałem to samo zdanie: „W Imię Jezusa, przestańcie” i chodziłem w tę i we w tę z podniesionymi rękoma. Ludzie zaczęli się rozchodzić w dwa różne kierunki, plując krwią i przekleństwami. Zaczęła się też zjeżdżać policja. Dość roztrzęsiony wsiadłem znów do auta i dojechałem na wpół zszokowany do klasztoru. To była noc, gdy Zmartwychwstały objawił w naszym osiedlu moc Swego Imienia i rozciął na dwoje „Morze Czerwone”. A czerwone było. Jemu chwała!

Obecnie przebywa Ojciec na misjach w Nikaragui. Jak to się stało, że Ojciec tam trafił?

W latach 2003-2004 posługiwałem w Hondurasie, kraju położonym na północ od Nikaragui, i tam złapałem „misyjnego bakcyla” – odkryłem, że Pan Bóg powołuje mnie do pracy misyjnej wśród najuboższych mieszkańców trzeciego świata. Czułem się (i czuję) wśród nich jak w domu, jak u siebie. Gdzieś w sercu wiedziałem, że jest to moja posługa. Kiedy wróciłem do Nowego Jorku, aby ukończyć studia filozoficzno-teologiczne, było mi bardzo ciężko się odnaleźć. Ciągnęło mnie na misje, do „domu”. W 2009 r., zaraz przed święceniami diakonatu, zgłosiłem się dobrowolnie na wyjazd na misje. Nie zadeklarowałem się, w jakim kraju chciałbym pracować, tylko powiedziałem, że pragnę być misjonarzem i że decyzję, gdzie to by miało być, pozostawiam zakonowi. W tym samym czasie otworzyliśmy nową placówkę w Nikaragui, gdzie była potrzeba kapłana mówiącego już po hiszpańsku. Spełniałem oba wymagania i miałem doświadczenie posługi w Ameryce Środkowej, dlatego przełożony zaproponował mi pracę w Nikaragui. Przyjąłem ową propozycję z wielką radością. Mieszkam tu już od ponad półtora roku, w Matagalpie - stutysięcznym mieście, położonym w malowniczej dolinie, otoczonym pięknymi górami, na stoczach których uprawiana jest kawa (!).

Czym się charakteryzuje posługa Ojca w tym kraju oraz jak ją przyjmują mieszkańcy?

W klasztorze mieszka nas czterech: dwóch kapłanów i dwóch braci niekleryków (trzech Amerykanów i ja). Wykonujemy nasze prace wspólnie, dzieląc się nimi w zależności od tego, czy bracia mają święcenia kapłańskie, czy nie. Nie prowadzimy tu parafii, lecz zajmujemy się wypełnianiem duchowych luk naszej misyjnej diecezji. Pracujemy jako kapelani w szpitalu (jedynym na całe województwo), w więzieniu (ponad 900 więźniów), jako spowiednicy i kaznodzieje w katedrze. Prowadzimy rekolekcje eucharystyczne „Chleb Życia” (Pan de Vida) oraz grupy młodzieżowe pod nazwą „Czystego Serca” (Corazón Puro), promujące właściwe rozumienie seksualności, bazowane na teologii ciała Jana Pawła II. Odwiedzamy wielu chorych w ich miejscach zamieszkania, pomagamy lokalnym księżom w celebracji sakramentów i w ogóle wszędzie nas pełno w Matagalpie. Tygodniowo spowiadamy tu ogrom ludzi. Nikaraguańczycy mają wielki szacunek do spowiedzi św. i jej poszukują. Za każdym razem, gdy kapłan siada tu do spowiedzi, wstaje po 4, czasami po 6 godzinach. Niedawno spowiadałem 10 godzin, do 3:30 nad ranem... Mieszkańcy Nikaragui, a w szczególności Matagalpy, przyjmują nas bardzo przyjaźnie. Mimo że jesteśmy cudzoziemcami, nie czujemy żadnej bariery pomiędzy nimi i nami. Ogólnie nasza praca jest bardzo doceniana, choć nikt z nas nie posługuje tu w zamian za żadne wdzięczności.

Jacy są Nikaraguańczycy?

Nikaraguańczycy z natury są bardzo otwarci i ekspresyjni. Wiele tu muzyki, klaskania, pokrzykiwania. Domy wymalowane są jaskrawymi kolorami. Pasuje to wszystko do tropikalnego klimatu tego kraju. Temperatury nigdy tu nie spadają, nawet w najmroźniejszą styczniową noc, poniżej +20°C. Nikaraguańczycy są bardzo ekspresyjni również w sprawach wiary. Przede wszystkim w głowach im się nie mieści, że można myśleć, że Bóg nie istnieje (!). Ateizm był tu importowany przez komunistów, a obecnie przez ultrafeministki. Każdy sklep, każde biuro ma na ścianach obrazy chrześcijańskie (np. Bożego Miłosierdzia, Niepokalanego Poczęcia Matki Bożej) lub wypisane cytaty z Pisma Świętego. Każdy autobus jest tu również wymalowany cytatami biblijnymi lub wizerunkami Pana Jezusa i Matki Bożej. To wcale niekoniecznie znaczy, że ludność tutejsza ma to wszystko wymalowane w swoich sercach, ale przynajmniej nie wstydzą się identyfikować z ideałami swego życia.

Jakie są trudności i problemy tego kraju?

Nikaragua, w większości katolicka, znajduje się pomiędzy wieloma prądami politycznymi, ekonomicznymi, moralnymi i religijnymi. Przede wszystkim to kraj socjalistyczny, zmierzający w stronę komunizmu. Od wybuchu rewolucji i późniejszej wojny domowej (1979-1990) czerwoni (sandyniści) są tu ciągle obecni. Jest też bardzo widoczny wpływ Kuby, Wenezueli oraz Rosji, szczególnie w szkolnictwie i służbie zdrowia. Po ulicach jeżdżą rosyjskie kamazy, a z potężnych bilboardów błogosławi miastom nieustraszony towarzysz prezydent, Daniel Ortega, deklarując, że żyjemy w „chrześcijańskiej, socjalistycznej i zjednoczonej Nikaragui”. 4 listopada ubiegłego roku zostały sfałszowane tu wybory prezydenckie i władzę całkowicie przejęli sandyniści. Od tamtego też czasu zaczęły się zwalniania pracowników, niepopierających rządzącej partii, więzienia opozycji oraz konfiskaty ziem. Na ulicach porozstawiane są jednostki policji prewencyjnej, mającej zabezpieczyć „ład i porządek”. Po górach zbroi się opozycja, strasząc kolejną wojną domową. Sporo miejscowych planuje emigrację do Hondurasu, gdzie wielu z nich otrzymało azyl podczas ostatniej wojny. Dla przypomnienia Czytelnikom: Nikaragua w latach 80. była jedynym krajem, w którym Jan Paweł II nie dokończył swojej wizyty apostolskiej. Papamobile został posłany inną trasą niż przewidziano, aby nikt nie mógł przywitać Ojca Świętego, a on sam został wyszydzony przez sandynistów podczas uroczystej Mszy św. Jan Paweł II wrócił do Nikaragui w latach 90., podczas krótkiego czasu demokracji, na zaproszenie wiernych. Otrzymał wtedy potężne poparcie i wspaniałe przyjęcie ze strony tutejszych katolików.

Kolejnym prądem jest ogromny napływ protestantów i sekt chrześcijańskich (świadków Jehowy i mormonów), a to dzięki misjonarzom ze Stanów Zjednoczonych i sponsorowanych przez nich rodzimych kaznodziejów. Wielu katolików, którzy nie zdefiniowali się w sercu jako wierzący, zostało wchłoniętych przez owe wspólnoty. W moim oszacowaniu stanu rzeczy, w ostatnich 20 latach około 40% katolików odeszło z Kościoła. Niestety, najczęściej przyczyny apostazji katolików nie mają nic wspólnego z odkryciem Jezusa lub jakiejś prawdy wiary, która by inspirowała zmianę religii. Najczęściej są to: ewangelia sukcesu i pragnienie dóbr materialnych obiecywanych przez pastorów; możliwości ekonomiczne, lecznicze lub edukacyjne proponowane przez ich zbory w zamian za przejście na ich religię oraz usprawiedliwianie teologią protestancką życia w nierządzie lub drugim małżeństwie. Nikaragua jest drugim najuboższym krajem w zachodniej części świata, więc względy ekonomiczne mają tu ogromne wpływy. Niestety, wydaje się, że owe wpływy mają większą wagę niż wiara katolicka. Kolejnym prądem przepływającym przez Nikaraguę są ruchy feministyczne, głównie europejskie. Promują one bezczelnie w radiu i na plakatach etykę niechrześcijańską, która mąci w głowie wielu młodym ludziom, zachęcają do nierządu, homoseksualizmu, antykoncepcji i aborcji. Oczywiście, największym ich wrogiem jest Kościół katolicki ze swoją „średniowieczną” etyką, broniącą czystości, świętości życia, małżeństwa między kobietą i mężczyzną oraz dozgonnej wierności. Jedna z dziewczyn pracujących z nami w biurze Pro-Vida (w obronie życia poczętego) otrzymała od nich pogróżki śmiercią oraz została napadnięta przez nasłanego przez nich gwałciciela, aby ostudzić w niej zapał w obronie tego, co święte. Tylko w naszym mieście znajduje się siedem grup feministycznych.

Czego mam Ojcu życzyć w dalszej pracy duszpasterskiej?

Przede wszystkim wielkiego wyczulenia na działanie Ducha Świętego i wierności Jego natchnieniom. Na terenach misyjnych bardzo łatwo o wypalenie kapłana. Idąc wiernie za poruszeniami Ducha Świętego, człowiek, pomimo mnóstwa obowiązków, odnajduje wiele energii, radości, spełnienia, a Pan błogosławi jego pracy na każdym odcinku. Pokusą misjonarza jest wpadnięcie w wir pracy duszpasterskiej, będąc inspirowanym tylko ogromem potrzeb duchowych, nie licząc się z Duchem Świętym, ani z Jego planem dla danej grupy ludzi. Jest to niebezpieczne i dla misjonarza, i dla wiernych. Misjonarz w takim układzie wypala się lub zniechęca niewielkim owocem pracy przy ogromnym wkładzie energii i czasu. Wierni również mają z tego niewiele pożytku, gdyż to, co otrzymują, nie ma „namaszczenia” Ducha Świętego.

Proszę o słowo – przesłanie dla naszych Czytelników.

Przede wszystkim zachęcam do uroczystego wyrzucenia telewizora, najlepiej przez okno. Porównując ogromną szkodę (psychiczną i moralną), jaką wyrządzają dzisiejsze programy telewizyjne, z dobrem, które można gdzieś tam przypadkowo ujrzeć na ekranie „zjadacza czasu i serc ludzkich”, zdecydowanie nie warto go posiadać. I w ogóle ostrożnie z elektronicznymi gadżetami. Spotykam coraz więcej ludzi, nawet w Nikaragui, uzależnionych od świata iluzji stworzonego przez nowoczesne błyskotki. Tylko prawdziwy kontakt z naturą, z drugim człowiekiem, a przede wszystkim z Panem Bogiem, wypełni nasze serca radością i pokojem. Zachęcam do wspólnych spacerów, do grania w piłkę, do robienia wianków z mleczy, do wpatrywania się w zachody słońca, do czytania bajek dzieciom, a szczególnie do wspólnego odmawiania Różańca świętego. Cieszmy się każdym prawdziwym momentem i każdym prawdziwym spotkaniem, które daje nam nasz Bóg. Cały ten niesamowity świat jest Jego ogromnym darem dla nas.

A tak już na sam koniec, to chciałbym powiedzieć: Do dzieła! Dobry Bóg ma dla ciebie wspaniały plan, który tylko ty możesz wykonać. Odkryj go i żyj nim z całego serca. Nie bój się! Wciągnij już żagle na maszty! Jezus zaprasza cię na wspaniałą przygodę! Amen.

Toruń, 2 lutego 2012 r.

Wywiad z "Posłania" 1/2012

Fot. z archiwum o. Alberta Osewskiego CFR