Potrzebujemy przebaczenia

Z o. Józefem Witko OFM rozmawia Tomasz Kalniuk

(...)

Czy możemy mówić o etapach przebaczenia, czy to jest tylko kwestia modlitwy za osobę, która nas zraniła? Czy dochodzą do tego jakieś gesty?

 

Ponieważ mamy Rok Miłosierdzia, warto pójść drogą, którą daje nam Jezus. Mówi On, że możemy być miłosierni na trzy sposoby: poprzez słowo, modlitwę i czyn. Są takie sytuacje, kiedy nie jesteśmy w stanie podejść do drugiego człowieka, podać mu ręki i przebaczyć, bo on tego nie chce. Będzie dalej nas ranił – nie ma sensu iść do niego, bo jest zamknięty, jeszcze do tego nie dojrzał. Możemy wtedy działać poprzez dobre słowo o tym człowieku, myślenie dobre o nim czy modlitwę za niego. To najprostszy sposób doświadczenia łaski przebaczenia. Musimy pamiętać o tym, że przebaczenie jest łaską i trzeba prosić, aby Bóg uzdolnił do niego serce. Ono samo nie przyjdzie.

Możemy sobie pomóc na tej drodze poprzez zrozumienie pewnych etapów. Czymś innym jest przebaczenie sobie, a czym innym – drugiemu człowiekowi. Jeszcze czym innym jest pojednanie z Bogiem – też przebaczenie, choć w cudzysłowie, bo Bóg nas nie krzywdzi. Wyraża się ono przez to, że przepraszam Boga – który mnie wzywa do miłosierdzia – za wejście na drogę nienawiści, chowania urazy w sercu, za rezygnację z przebaczenia i wszystkie akty nienawiści, oskarżeń, wypowiadanych myśli czy słów przeciwko Bogu czy drugiemu człowiekowi. Pojednanie z Bogiem zawsze musi być poprzedzone pojednaniem z człowiekiem czy z samym sobą. Każdy, kto idzie do sakramentu pokuty, kto przystępuje do trybunału miłosierdzia, powinien mieć świadomość, że najpierw musi nastąpić przebaczenie, darowanie urazy, krzywd, bo inaczej to spotkanie w sakramencie będzie bezowocne, nie będzie miało sensu. Jeśli bowiem nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień (Mt 6,15). Widziałbym trzy etapy tego procesu: uzdrowienie relacji z samym sobą, z drugim człowiekiem i z Bogiem. To ostatnie dokonuje się w sakramencie pokuty. Każdy etap wymaga czasu. Przygotowanie do spowiedzi – jeśli człowiek chce ją dobrze przeżyć – też wymaga czasu. W każdym z nich ponadto jest do wykonania kilka kroków. Pierwszy, o którym trzeba pamiętać, to uświadomienie sobie problemu (czy grzechu – jeśli chodzi o relację z Bogiem), zła, które zostało wyrządzone drugiemu człowiekowi przeze mnie lub zostało wyrządzone mnie. Pamięć o bólu, cierpieniu jest ogromnie ważna.

Czyli nie zagłaskujemy problemu?

Mówi się, że jeśli ktoś nie ma dobrej pamięci, to nie jest zdolny do przebaczenia. Ono wymaga pamięci. Muszę wrócić do tej sytuacji, przypomnieć ją sobie i nazwać. Nie chodzi o to, żeby mówić sobie czy temu, który mnie zranił: „Nic się nie stało”. Przeciwnie – stało się, twoje słowo mnie zraniło, to, co zrobiłeś, było krzywdą dla mnie. Prawda wyzwala, więc muszę w niej stanąć. Nie chodzi też o to, by usprawiedliwiać drugiego człowieka, uwalniać go od odpowiedzialności, ale by dostrzec, że jest to realna krzywda. Skoro uświadomię sobie, że jestem zraniony i mam ból w sercu, muszę teraz prosić Boga o łaskę przebaczenia. Następnie trzeba przeprosić Go za to, co zrodziło się w wyniku tego bólu – urazę, niechęć, nienawiść, złość, gniew. Następnie, kiedy proszę o przebaczenie, powinienem sobie zdać sprawę z tego, że ten drugi człowiek, któremu chcę przebaczyć, nie był do końca świadomy tego, co czyni. Nikt nie widzi do końca tego, że wyrządza zło. Na pewno są takie osoby, które są przeniknięte złem i decydują się na nie, ale w relacjach międzyludzkich często jest tak, że ci, którzy nas ranią i uwierają, nie wiedzą, jak wielką krzywdę wyrządzają w rzeczywistości. Nie uczynili tego świadomie, ale pod wpływem jakiegoś impulsu, trudnej sytuacji czy przeżyć. Dlatego powinien przyjść też moment jakby usprawiedliwienia. „Panie Boże, ten drugi człowiek tak naprawdę nie wiedział, co czyni. Zranił mnie, zadał mi ból, ale nie był do końca świadomy tego, jak bardzo mnie to zaboli, jak bardzo będę cierpiał”. Kolejny krok to już sam akt, czyli wola. Decyduję się przebaczyć, uwalniam się od tego bólu. Przebaczam, co nie oznacza, że rany się od razu zagoją – to jest pewien proces. Są rany cięte, kłute, szarpane i każda goi się inaczej. Tak samo zranienia, które zostały spowodowane przez drugiego człowieka, mogą się różnie zabliźniać. Im bliższa osoba, tym trudniej, bo człowiek oczekuje czegoś więcej od tych, których kocha.

Co będzie znakiem, że przebaczenie już się dokonało, że ten proces już mamy za sobą?

Osoby, które przebaczają, doświadczają pokoju. Po czym to można poznać? Przebaczenie jest darem od Boga, zostaje on nam udzielony przez Ducha Świętego. Owocem Jego działania jest radość, pokój, miłość, cierpliwość, uprzejmość, łagodność, opanowanie. W stosunku do człowieka, który mnie zranił, będę więc uprzejmy, delikatny, dobry, radosny, nie będę już smutny, skupię się na dobru, a nie na złu, ranie, bólu. To będzie dla mnie znakiem, że nastąpiło przebaczenie. Poza tym nie będę uciekać od tego człowieka, od sytuacji, gdzie mogę go spotkać, tylko pójdę z radością i pokojem, nawet jeśli ta osoba będzie mnie unikać, bo jeszcze nie jest gotowa na pojednanie. Drugi etap przebaczenia to właśnie pojednanie, które ma nastąpić po przebaczeniu. Wymaga ono zaangażowania drugiej strony (w odróżnieniu od przebaczenia). Kiedy przebaczam, tamta druga osoba niekoniecznie będzie się chciała ze mną pojednać. Jesteśmy jednak wezwani do przebaczenia, a niekoniecznie do pojednania, bo ono nie zależy tylko od nas, ale również od osoby, która nas skrzywdziła.

Nie mamy zbyt wielkiego wpływu na drugą osobę, jak więc mamy widzieć sprawę pojednania? Co musi stać się w życiu, w sercu tego człowieka, żeby mogło się ono dokonać?

Tak jak wcześniej mówiłem, kiedy decydujemy się na przebaczenie, z jednej strony odcinamy się od bólu, cierpienia, ale z drugiej ono zawsze jest znakiem miłości. Wówczas muszę podjąć trud i wysiłek noszenia tej osoby w sercu tak długo, aż będzie możliwość pojednania. Przynoszę tę osobę na noszach modlitwy do Boga tyle razy, ile raz sam staję przed Nim – czy to w modlitwie porannej, czy wieczornej, czy na Eucharystii. Skoro ta osoba pojawiła się w moim życiu, to nie jest przypadek. Bóg nas stworzył w takim czasie, w takich okolicznościach, pośród takich a nie innych osób. Wiedział, co się wydarzy, jakie będą między nami relacje i jakie powstaną zranienia.

Skoro mienię się osobą wierzącą, która ufa Bogu, liczy na Niego, poważnie traktuję Jego słowa, to On mi zaufał, że te osoby, które mnie zranią, nie zostaną przeze mnie odrzucone, ale kiedy przebaczę, zdecyduję się na noszach miłości przynosić je do Boga, aby otrzymały łaskę uzdrowienia i uwolnienia. Może właśnie ja jestem tym człowiekiem, przez którego uzdrowienie serca i duszy, a nawet i ciała spocznie na nich. Jeśli ich nie będę nosił, to może się okazać, że nikt ich nie przyniesie do Boga. Dlatego On wybiera mnie i ufa mi, że ich nie porzucę tak jak On mnie nie porzuca i nie opuszcza.

Ojciec rozgraniczył te dwie sprawy – przebaczenie, które dotyczy mojego serca i pojednanie, które dotyczy relacji miedzy mną a drugą osobą. Czy przebaczenie zawsze prowadzi do pojednania?

Trudno na to pytanie odpowiedzieć, dlatego że pojednanie zależy od drugiej strony. Nie wiemy, na ile odważy się ona na nie zgodzić. Zazwyczaj jest tak, że kiedy decydujemy się przebaczyć, jeżeli czynimy to z miłością, ono następuje. Nie sprawia to oczywiście, że drugi człowiek staje się inny, ale ma okazję, aby uczynić tak w relacji do mnie. Może się jednak okazać, że będzie się zachowywać tak, jak dawniej. Ma taki charakter, sposób bycia, jego słowa i zachowanie dalej mogą mnie ranić. Ale kiedy zdobędę się na miłość, ona sprawi, że te rany już nie będą boleć. To może uczynić moje serce bardziej współczującym i mobilizującym do walki o tego człowieka, żeby go ratować. Wtedy jego zachowanie mnie nie rani, a bardziej pobudza do walki.

Ale czy jego to też mobilizuje tak jak mnie?

Niekoniecznie, bo on może nawet nie mieć świadomości, że to, co robi, jest złe. Można mu zwracać uwagę, a on i tak będzie robił swoje.

Czy to nie będzie zniechęcające dla strony, która stale wychodzi z otwartym sercem i podejmuje ten trud?

Myślę, że jesteśmy ludźmi i różnie nam to będzie wychodzić. Nie ma osób, które potrafią przebaczać w każdej sytuacji i wiedzą, jak to robić. Zawsze trzeba prosić o łaskę przebaczenia. Nie jest tak, że nauczę się tego i odtąd już będzie mi to wychodzić. Raz wyjdzie, raz nie, bo jesteśmy ludźmi. Musimy mieć świadomość, że każda sytuacja jest inna i zawsze na nowo trzeba podejmować ten trud i wysiłek. Będą takie osoby, które się pojednają, którym przebaczę i zostaną moimi przyjaciółmi, ale spotkam też i takie, które dalej będą mnie ranić i nic sobie z tego nie zrobią.

Nie ponoszę jednak odpowiedzialności za osoby, które – mimo moich dobrych chęci i dobrej woli wychodzenia do nich z przebaczeniem – nie odpowiadają na to?

Tak, nie mamy za to odpowiedzialności. Warto jeszcze podkreślić, że człowiek który podejmuje się przebaczenia, wcześniej musi otworzyć się na miłość, bo to ona sprawia, że możemy uczynić ten krok. Kto żyje miłością – a jej owocem jest przebaczenie – ten stwarza pewien klimat. Wiemy, że miłość jest znakiem obecności Ducha Świętego. Mówi się, że Duch Święty to Ruah, wiatr, ale zapomina się, że to też pewien klimat. Kiedy jestem pod Jego wpływem, wytwarzam taką atmosferę, która sprzyja drugiej stronie w podjęciu decyzji o przebaczeniu czy pojednaniu. Chodzi o to, żeby tak żyć Bogiem i mieć taką świadomość obecności Ducha Świętego, że w każdej sytuacji będzie się tworzyć klimat, dzięki któremu druga strona otworzy się na przebaczenie, a nie oczekiwać tego od innych. Bóg mi ufa. Skoro mnie wybiera, daje mi większą świadomość, łaskę, to chce przeze mnie dotknąć tamtą osobę. Wierzę mocno, że każdy, kto stwarza klimat miłości, akceptacji, życzliwości wcześniej czy później skruszy najtwardsze serce. Każdy z nas jest spragniony miłości, bo zostaliśmy stworzeni z miłości i do miłości. Pod jej wpływem każdy się zmienia. Jezus kochał Zacheusza, celnika, do którego przyszedł w gościnę, mimo że on był znienawidzony przez Żydów. Ani jednym słowem nie wytknął mu jego grzechów czy złego życia, zaakceptował go takim, jakim był, okazał mu Swoją miłość. Pod wpływem tego Zacheusz powiedział: „Panie, zgrzeszyłem. Kogo skrzywdziłem, wynagradzam, zwracam poczwórnie”. Chodzi o to, żeby stworzyć taki klimat, aby drugi człowiek stał się zdolny do przebaczenia czy pojednania. Może się zdarzyć tak, że będzie miał twarde serce, tak jak Judasz, który mimo miłości Jezusa nie zmienił się. Każdy z nas jest inny, co nie oznacza, że mamy zrezygnować z drogi miłości i przebaczenia. Trzeba przebaczać zawsze, ilekroć jesteśmy ranieni. A wtedy Bóg dokona reszty.  

(...) 

Całość wywiadu dostępna w "Posłaniu" 2/2016