Abym był z Tobą w wieczności

Z o. Marcinem Ciechanowskim OSPPE, egzorcystą archidiecezji częstochowskiej, rozmawiają Marta Kalniuk i Anna Jakubowska

Jak Ojciec odkrył swoje powołanie? Czy wybór ten był od początku dla Ojca oczywisty?

Na mojej drodze powołania wszystko zaczęło się od tego, że chodziłem na piesze pielgrzymki na Jasną Górę z Bydgoszczy – bo stamtąd pochodzę – z grupą żółtą, która do dzisiaj na nie chodzi. Będąc na Jasnej Górze, czułem w sercu pragnienie bycia właśnie w tym miejscu. Potem nie myślałem o tym, żeby wstąpić do zakonu, ale żeby sobie inaczej ułożyć życie. Pan Bóg chciał jednak zupełnie inaczej. Wstąpiłem do zakonu paulinów. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Wiem, że niektórzy mają jakieś jasne znaki, ja miałem przeczucie, że powinienem iść do tego miejsca – na Jasną Górę – odczuwałem takie lgnienie serca. Myśląc o zakonie, stwierdzałem, że nie bardzo chcę do niego wstąpić. Pochodzę z parafii Św. Trójcy, gdzie pracują księża diecezjalni - chciałem żyć na większym „luzie” niż w zakonie. Myślałem: „W zakonie jest tak ciężko, to może jednak lepiej nie”, więc jeden z księży powiedział mi, że są księża pallotyni, żebym tam spróbował, ponieważ to nie jest zakon, tylko zgromadzenie. Mimo tego wszystkiego Pan Bóg skierował mnie do zakonu paulinów. Wtedy nie było jeszcze placówki w Toruniu, więc znałem paulinów tylko z pielgrzymek na Jasną Górę.

W głoszeniu Ojca można wyczuć szczególne zamiłowanie do Słowa Bożego. Jak Ojciec odkrywa Jego moc w swoim życiu?

Słowo Boże to słowo od Boga, skierowane do ludzi. Kapłan ma być kimś, kto ma głosić Słowo, ale ma robić to w taki sposób, aby ludzie je zrozumieli. Też jestem człowiekiem – jeżeli to słowo zrozumiem, to słuchacze również. Gdybym czytał jakieś streszczenia ze stron internetowych, coś, co mnie nie dotyczy, co do mnie nie dochodzi – to wtedy nie przejdzie przeze mnie to słowo. Nie trafi do ludzi, jeśli do mnie nie trafiło. To ja pierwszy muszę być adresatem tych słów, które wypowiadam do innych. Pan Bóg daje nam Swoje Słowo, aby wyjaśniać pewne rzeczy. Na początku było Słowo, kiedy trwała ciemność. I Pan skierował do nas słowo, aby nam rozjaśnić nasze powołanie i nasze życie. Archanioł Gabriel przyszedł do Matki Bożej i nic innego nie powiedział, jak Słowo Boże. Powiedział jej proroctwa starotestamentalne. Nie głosił Jej swojego słowa typu: „Marysiu, witaj serdecznie, cieszę się, że Cię widzę” – takich słów tam nie ma. Głosił Jej Słowo Boże, dlatego wiedziała, co ma robić w swoim życiu. Kiedy głoszę Słowo Boga, to wiem, że jestem takim „aniołem”, czyli posłańcem, który ma przekazywać orędzie Boże, żeby ludzie wiedzieli, o co chodzi w ich życiu, co mają robić, żeby dojść do życia wiecznego. Głosimy nie byle jakie słowo, ale Słowo od Boga.

Chciałam zapytać o osobiste doświadczenie wiary Ojca. Jak Ojciec odkrywa Boga w swoim życiu?

Można odpowiadać tutaj w nieskończoność i poruszyć wiele wątków. Po pierwsze, nie zobaczycie mojej relacji z Bogiem we mnie, ale w mojej relacji z innymi. Moje relacje z panią, ze wspólnotą, z ludźmi są obrazem mojej prawdziwej relacji z Panem Bogiem. Teraz, chcąc nie chcąc, muszę mówić do kamery, że mam wspaniałe relacje z Panem Bogiem, bo nie wypada mi powiedzieć, że są one kiepskie albo że się z Nim nie spotykam. Spotykam się. Ale mimo to Psalm 116 mówi, że każdy człowiek jest kłamcą. Chcąc nie chcąc, różne rzeczy sobie mówimy. Dlatego o mojej relacji z Bogiem nie usłyszycie z moich ust, ale zobaczycie ją w tym, w jaki sposób odnoszę się do innych osób. Jeśli między mną a drugim człowiekiem jest źle, jest to dla mnie cenna informacja, że tak też jest między mną a Bogiem. Po drugie, w Księdze Ezechiela czytamy, że jest takie miejsce, gdzie wchodzi król na ucztę i przychodzi tam Pan Bóg. A ten król zamyka wszystkie drzwi. I nikt nie może wiedzieć, co król robi z Panem Bogiem. On to pięknie ujmuje, że bycie z Bogiem jest ucztą, że przebywanie z Nim nasyca nas, ale muszą być zamknięte wszystkie drzwi. Więc o wszystkim nie powiem. A po trzecie, mam bardzo prosty sposób przebywania z Panem Bogiem. Ponieważ Bóg jest miłością, do mnie należy tylko jedno, tę miłość przyjąć. Nieraz patrzymy na to, czy ktoś jest użyteczny, czy nieużyteczny, czy ktoś coś umie, czy nie, a Pan Bóg nie potrzebuje mnie po coś, jakbym był jego narzędziem, tylko potrzebuje mnie po to, aby móc okazać mi Swoją miłość, aby mógł mnie nią napełnić. Moja modlitwa, moja relacja z Panem wygląda w ten sposób, że Mu pozwalam napełnić się Jego miłością. Robię to w bardzo prosty sposób. Słowo „miłość” oznacza dla mnie wpatrywanie się, patrzenie - skoro nienawiść, czyli brak miłości, oznacza nie chcieć kogoś widzieć. Dlatego po prostu patrzę, nic więcej. Mam Jego obraz w swojej celi, taki nieduży, z Całunu Turyńskiego. Kiedy patrzę na Jego twarz, wiem, że On również patrzy na mnie. Siadam po turecku, na podłodze, żeby nie myśleć, że bolą mnie kolana, ale żeby myśleć o moim Bogu, który na mnie patrzy. Siadam i patrzę, ile mogę. Potem biorę Pismo Święte i czytam, ponieważ muszę wiedzieć, co Pan Bóg chce ode mnie. Kiedy się modlę, Pan Bóg wie, co Mu chcę powiedzieć, ale nie wiem, co Pan Bóg chce mi, Marcinowi, powiedzieć na dzień dzisiejszy. A dzień dzisiejszy może decydować i decyduje o mojej wieczności. Więc to jest istotne, abym wiedział, o co Bogu chodzi. Potem do Niego mówię, ponieważ jako człowiek też mam potrzebę się wypowiedzieć komuś. A komukolwiek bym się wypowiedział, nikt mnie do końca nie zrozumie. Najlepiej mi się rozmawia w towarzystwie kapłanów, bo oni są takimi, jak ja. Ale w stu procentach zrozumie mnie tylko Pan Bóg. Mówiąc drugiemu człowiekowi o swoim problemie, muszę się nagadać, nakombinować, natłumaczyć, a i tak nie wszyscy mnie zrozumieją. A u Pana Boga nie muszę się tłumaczyć, po prostu Mu to powiem, oddam Mu to. Zatem wpierw zamykam drzwi, jak mówił Jezus w Ewangelii Mateusza: Zamknij drzwi i wejdź do swojej izdebki, żeby być prawdziwym przed Panem Bogiem. Kiedy inni nas oglądają, nie jesteśmy sobą. Kiedy jesteśmy sami, wtedy jesteśmy sobą do końca i ostatecznie. Zamykam więc drzwi swojej celi i po prostu jestem z Bogiem.

Jak rozpoczęła się posługa na mszach świętych o uzdrowienie u paulinów? Wiemy, że Ojciec ją zapoczątkował i że niejako takim przyczynkiem do tego były rekolekcje kapłańskie. Czy Ojciec mógłby podzielić się swoim świadectwem przeżycia tych rekolekcji, a także tej posługi?

Pojechałem na rekolekcje w Gdańsku. To był piąty tydzień Wielkiego Postu. Miałem jechać z Gdańska do Konstancina, by być tam w Niedzielę Palmową. Miałem wtedy sześć serii rekolekcji. Gdy byłem w Gdańsku, szedłem ulicą i podeszła do mnie siostra zakonna. Powiedziała: „Słuchaj, idź do spowiedzi”. Spojrzałem na nią i pomyślałem: „Co ona ode mnie chce? Jak to? Jakaś zakonnica będzie mi mówić, co mam robić?”. Miałem taką pokusę, aby się unieść: „Kim ona jest? Co ci będzie mówić?”. Ale Pan dał, że przyjąłem jej słowa. A ona wyjęła karteczkę, zapisała na niej numer telefonu, imię „ks. Jerzy” i kazała mi tam zadzwonić. Pomyślałem, że ta siostra może jest chora psychicznie, ale zreflektowałem się, że wtedy nie byłaby siostrą zakonną. Pożegnaliśmy się. Byłem bardzo zaszokowany. Pomyślałem jednak, że zbliża się koniec Wielkiego Postu i że chciałem iść do spowiedzi. Zresztą w następną sobotę wypadała pierwsza sobota miesiąca i planowałem odbyć pierwszosobotnią spowiedź, aby móc przyjąć komunię wynagradzającą. Zadzwoniłem więc pod ten numer, chociaż się wahałem. Po którejś próbie odebrał ks. Jerzy i powiedział, że akurat jest chory i że następnego dnia nie idzie do szkoły. Normalnie byłby w szkole i nie mógłby mnie przyjąć, a na drugi dzień wieczorem musiałem wyjechać. Umówiliśmy się więc na spotkanie następnego dnia. Pojechałem do niego i zacząłem się spowiadać. Trwało to 5 godzin. W życiu nie myślałem, że można się tyle czasu spowiadać. To było dla mnie niesamowite doświadczenie. Ks. Jerzy jest obecnie egzorcystą diecezji gdańskiej. Wyspowiadał mnie z tzw. furtek, czyli z tych wszystkich miejsc, w których otworzyłem się w jakimś grzechu dla złych duchów. Szatan wraca do nas tą drogą, na której już nas przetestował w życiu. Ksiądz po tej spowiedzi modlił się nade mną i związał te wszystkie demony, które mogły mnie atakować nawet w samych pokusach. Pomodlił się nade mną prostą modlitwą o uwolnienie, a następnie modlitwą do Ducha Świętego, aby On wypełnił te wszystkie uwolnione miejsca. To była piękna spowiedź i piękna modlitwa.

Po wszystkim ksiądz wyjął karteczkę, zapisał coś na niej i powiedział: „A teraz pojedziesz pod Sochaczew...”. Zrobiłem wielkie oczy. Pomyślałem sobie, że to już przesada. Ale zreflektowałem się, że święty Paweł też był podobnie prowadzony przez Pana Boga, np. miał iść na ulicę Prostą, potem ktoś miał tam przyjść. Pomyślałem sobie, że może Pan Jezus tego ode mnie oczekuje. Zgodziłem się. Spojrzałem w swój notes. Miałem jechać do Konstancina. Zobaczyłem, że droga z Gdańska do Konstancina wiedzie przez Sochaczew. Pomyślałem, że Pan Bóg chyba naprawdę ma jakiś plan. Adres, który miałem na kartce, wskazywał jakąś wioskę, nie sam Sochaczew. Nie wiedziałem wtedy, co ta nazwa mówi. Pojechałem tam, miejscowość nazywała się Rybno. Na miejscu zastałem drewnianą zagrodę, jak dla krów. Pomyślałem: „Co to jest?”. Zobaczyłem wiszący na drzewie wielki obraz Jezusa Miłosiernego. Przyszła mi myśl, że może tutaj mieszka ktoś nawiedzony. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby na drzewie wisiał obraz Pana Jezusa. Podszedłem do domu, który wyglądał jak ruina i zadzwoniłem. Miałem lekkiego stracha, ponieważ nie wiedziałam, o co chodzi – ks. Jerzy mi nie powiedział. Wyszła jakaś siostra w czerwonym welonie. Nie wiedziałem, co się dzieje. Siostry zaprosiły mnie do środka. Spędziłem u nich 8 godzin. Długo rozmawialiśmy, potem się modliliśmy. Doświadczyłem tam pięknych rzeczy. Przede wszystkim tego, że jestem kapłanem i że Pan mnie namaścił, abym używał swoich rąk. Tak wszystko się zaczęło.

Wróciłem do swojej parafii w Toruniu. Odprawiałem mszę świętą w Niedzielę Miłosierdzia i postanowiłem, że podzielę się swoim świadectwem. Opowiedziałem więc to wszystko, co przeżyłem. Po tej mszy podeszła do mnie pewna kobieta i powiedziała, że ma pewien problem w rodzinie. Za tydzień przyszła jej córka z mężem. Okazało się, że problem dotyczy ich pięcioletniej córki, która miała objawy dręczenia diabelskiego. Po raz pierwszy spotkałem się z taką sytuacją. Pojechałem do ich domu, poświęciłem go. Włączyliśmy komputer i oglądaliśmy zdjęcia różnych osób, aktorów. I wszystko było dobrze, aż do momentu, gdy pojawiło się zdjęcie Jana Pawła II. Wtedy dziecko wypadło mi z rąk i zaczęło się wić na posadzce. Kazałem wyłączyć pokaz. Po jakimś czasie oglądamy dalej, dziecko siedziało u mnie na kolanach. Oglądaliśmy twarze różnych kobiet, a gdy pojawiła się twarz Matki Bożej - taka sama reakcja. Zrobiliśmy jeszcze jedną próbę. Pokazaliśmy jej wnętrza różnych marketów. W pewnym momencie pojawił się kościół halowy, taki zwykły, nie było w ogóle widać, że to jest kościół. Reakcja dziecka była znów taka sama. Pomodliłem się nad dziewczynką z nałożeniem rąk. Potem pojechaliśmy do księdza biskupa, aby prosić o pozwolenie na odprawienie egzorcyzmu ad causam, tj. od przypadku. Po otrzymaniu zgody księdza biskupa, modliłem się nad dziewczynką modlitwą egzorcyzmu. Dzisiaj jest całkowicie uwolniona. Pan Bóg dał mi to doświadczenie dzięki temu, że powiedziałem tamto świadectwo. A rodzice, w podziękowaniu za pomoc w uwolnieniu dziecka, przyszli, aby mnie zaprosić na rekolekcje. Za wszystko już zapłacili. Miałem dosyć podróży, powiedziałem, że proboszcz raczej nie wyrazi na to zgody, ponieważ dużo ostatnio wyjeżdżałem, a mam na parafii swoje obowiązki. Ale obiecałem, że pójdę i zapytam. Proboszcz się zgodził. Pojechałem więc do Gdańska na rekolekcje dla kapłanów modlących się modlitwą uwolnienia, a prowadził je śp. Rufus Pereira, egzorcysta i wiceprzewodniczący Międzynarodowego Stowarzyszenia Egzorcystów.

Te rekolekcje były przełomowe w moim życiu. Przyjechało tam około stu kapłanów. Przyszedł ks. Pereira, usiadł wygodnie, spojrzał na kapłanów i powiedział: „Pan Jezus wskrzeszał umarłych, wypędzał demony, uzdrawiał, uwalniał, błogosławił, na wszystkich nakładał ręce i się modlił nad wszystkimi. A wy? Robicie wszystko, czego Pan Jezus nie robił: budujecie, murujecie, jeździcie, gracie. A Jezus?”. Nastała cisza i wielka konsternacja. Oczywiście, to był pewien skrót myślowy, ale ks. Pereira chciał nas trochę przebudzić, a nawet przerazić. To był dla mnie przełom. Zrozumiałem, że jestem kapłanem po to, aby nakładać ręce i się modlić. To były wspaniałe rekolekcje. Wróciłem do Torunia, gdzie już kolejna osoba czekała na egzorcyzmy. Otrzymałem kolejne pozwolenie. Potem poznałem ks. Artura Szymczyka, wspaniałego kapłana, który prowadzi msze o uzdrowienie. Na jedną z nich zostałem zaproszony, aby powiedzieć kazanie. Spotkałem się potem się z ks. Arturem i zapytałem go: „Czemu ci ludzie tak padają?”. Dla mnie było to dziwne, niezrozumiałe i odstręczało mnie to. Zdecydowałem, że nie będę przychodził na msze o uzdrowienie, ale przyjechał do naszego klasztoru Leszek Dokowicz. Podczas rozmowy powiedział, że w każdej parafii powinna być msza o uzdrowienie, ponieważ w każdej parafii znajdują się ludzie chorzy. Pomyślałem sobie: „No dobrze” i poszedłem do ojca przeora, aby zapytać, czy również w naszej parafii możemy odprawiać takie msze, a on się zgodził. Taka była ich geneza.

Ojciec został przeniesiony na Jasną Górę. Na czym polega tam posługa Ojca?

To całe prowadzenie Pana Boga było dla mnie bardzo wyraźne i do czegoś zmierzało. Nie wiedziałem na początku, o co chodzi i dlaczego to wszystko się dzieje w moim życiu. Ale później stało się to bardziej wyraźne, teraz wiem, dlaczego te wszystkie fakty miały miejsce. Ponieważ Pan Bóg mówi przez wydarzenia. Mówi również przez Słowo, ale nie tylko. Kiedy Archanioł Gabriel zwiastuje Maryi Słowo od Boga, to słowo nie jest tu wszystkim. Szatan, kiedy kusił Jezusa na pustyni, żonglował przecież cytatami z Biblii. Zatem nie może być samo Słowo Boże. Ono mówiło Maryi również o św. Elżbiecie, dlatego idzie Ona do swojej krewnej, lecz nie po to, aby sprawdzić, czy słowo było prawdziwe, ale aby być wierną, nawet w detalach, Słowu Bożemu. Fakty – św. Elżbieta była w ciąży – potwierdziły Słowo Boga. Tak samo w moim przypadku Pan Bóg dał fakty, potwierdzające, że Jego wolą jest, abym pełnił posługę egzorcysty. Kiedy prosiłem po raz pierwszy o możliwość przeprowadzenia egzorcyzmu, pojechałem do mojego przełożonego na Jasną Górę, do ojca generała i poinformowałem go, że ksiądz biskup daje mi pozwolenie na modlitwę egzorcyzmów. Poprosiłem również jego, aby udzielił mi zgody, jeśli jest taka wola Boga. Uklęknąłem, a ojciec generał pobłogosławił mnie na tę posługę. Po powrocie do Torunia podjąłem posługę egzorcyzmów. Później ks. Józef Kiełpiński, egzorcysta diecezji toruńskiej i ks. Roman Sadowski, drugi egzorcysta tej diecezji zaprosili mnie na modlitwę. Ks. Sadowski stwierdził, że przydałby się w diecezji trzeci egzorcysta, który będzie im pomagał, ponieważ sporo ludzi korzysta z takiej posługi. Zgodziłem się. Zgodę wyrazili ksiądz biskup i ojciec generał. Ale ojcowie w klasztorze w Toruniu nie bardzo widzieli tę moją posługę. Pogodziłem się z tym. W parafii jest neokatechumenat, dzieci – w każdy wieczór jest dużo ludzi, więc tam nawet fizycznie i czasowo nie ma kiedy odprawiać egzorcyzmów. Zastanawiałem się tylko, po co to wszystko się wydarzyło. Ale wiedząc, że Pan prowadzi, ufałem, że doprowadzi to do końca. Mając świadomość działania „metod niebieskich”, że często wyjaśnienie przychodzi pięć po dwunastej – czekałem spokojnie. Modliłem się i czekałem. Okazało się, że na Jasnej Górze jest potrzeba posługi egzorcysty, więc ojciec generał sprowadził mnie tam. Ks. arcybiskup Wacław Depo ustanowił mnie egzorcystą archidiecezji częstochowskiej. Mieszkam w klasztorze na Jasnej Górze i modlę się nad ludźmi, którzy tego potrzebują. Zachęcam wszystkich, którzy nas czytają dzisiaj, jeśli mają problemy, aby wpierw udać się do swojego księdza, żeby on rozeznał, czy trzeba pójść do egzorcysty. W wielu sytuacjach nie trzeba pomocy egzorcysty, tylko księdza, który się modli modlitwą o uwolnienie. Zachęcam księży, żeby się modlili nad ludźmi i nakładali ręce – Pan Bóg wiele robi przez nasze święte ręce. Kiedyś w czasie egzorcyzmów demon powiedział: „Zabierz te łapy, parzy”. Nam biskup nie namaścił ust, tylko ręce, ażeby ich używać do błogosławieństwa i nakładania w trakcie modlitwy. Oprócz tego prowadzę jeszcze msze święte dla młodzieży, a raz na tydzień w Radiu Jasna Góra mamy audycje o zagrożeniach, czy w ogóle o chrześcijaństwie, takie rozmowy niedokończone.

Prosimy Ojca o przesłanie dla naszych Czytelników, może to być również modlitwa.

Najważniejszy jest Bóg, czyli życie wieczne i życie z Nim. Nieraz, chodząc po korytarzu, śpiewam sobie: Wieczny odpoczynek racz mi dać, Panie. Bo chciałbym odpocząć kiedyś, w wieczności po tym trudnym życiu. Życie jest trudne. Nawet, jeśli nie grzeszymy, to mamy pokusy. Jeśli chcemy jechać na urlop, to trzeba się nieźle natrudzić, podjąć przygotowania. Tak naprawdę ciężko jest żyć. A Pan Bóg obiecał nam odpoczynek w Sobie, bo w Nim jest szczęście. Więc sobie i Wam chciałbym życzyć wiecznego odpoczynku. Chciałbym też Was zachęcić, aby każdy z Was modlił się o życie wieczne dla siebie. Często modlimy się za zmarłych, o pokój ich duszy, a tak mało modlimy się – wiem to z własnego doświadczenia – o własne zbawienie. Modliłem się, żeby przeor się do mnie uśmiechnął albo żeby się nie uśmiechnął, żeby ktoś był taki albo żeby coś się zrealizowało, żebym miał samochód na wakacje – bo my nie mamy swoich samochodów. O różne rzeczy się modliłem, a tak naprawdę najważniejsze jest to, co nieutracalne, czyli życie wieczne. Módlmy się, bracia i siostry, o swoje życie wieczne, dla siebie i dla innych też, ponieważ nie żyjemy sami dla siebie. Chciałbym zadedykować Wam tę modlitwę: Panie Jezu, proszę Cię, abyś zabrał mnie do siebie, abym był z Tobą w wieczności. Proszę, módlcie się o swoje zbawienie.

Chciałbym dodać jeszcze słowo o chodzeniu na msze święte o uzdrowienie. Nie wszyscy na takiej mszy muszą być uzdrowieni. Nie o to chodzi. Kiedy Matka Boża objawiła się w Fatimie, Łucja powiedziała do niej: „Matko Boża, widzisz tych ludzi? Uzdrów ich”. Mówiła do Niej z taką dziecięcą prostotą. Matka Boża w Chrystusie wszystko może. Odpowiedziała Łucji, że uzdrowi niektórych, nie wszystkich. Pan Bóg chce mieć nas w wieczności, naszym celem jest bycie z Bogiem. Gdyby Bóg uzdrowił wszystkich, ktoś swoim odzyskanym pięknym ciałem mógłby zacząć grzeszyć, czyli stracić wieczność i swoją duszę. Pan Bóg nie wszystkich może uzdrawia, ale to nie zdrowie jest naszym celem. To Pan Bóg jest naszym celem. Może komuś zdrowie wcale by nie posłużyło do zbawienia, więc lepiej, że nie jest uzdrowiony. Matka Boża powiedziała w Fatimie: „Ale wszyscy uwierzą”. I wszyscy, którzy tam byli, klęknęli w tym błocie, wszyscy uwierzyli, wyznali wiarę. Ponad 70 tysięcy ludzi nawróciło się jednego wieczoru. Mało było uzdrowionych, ale wszyscy mieli wiarę. I o to chodzi, aby mieć wiarę, bo kto wierzy, będzie zbawiony. Teraz pomodlę się nad wszystkimi: Mocą mojego sakramentu kapłaństwa oddaję każdego z Was całkowicie, na zawsze Jezusowi Chrystusowi – Zbawicielowi, abyście całkowicie i na zawsze należeli do Jezusa Chrystusa i tylko do Niego. Bez możliwości odwołania. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

Toruń, 14 października 2012 r.
Fot. http://www.seminarium.czest.pl/
 

Wywiad z "Posłania" 1/2013