Jesteśmy wezwani do ewangelizacji!

John Jonathan Paul jest świeckim misjonarzem, przedstawicielem ICPE (Institute for World Evangelisation. ICPE Mission). Jest to Międzynarodowy Katolicki Program Ewangelizacji – międzynarodowa świecka wspólnota misyjna, założona na Malcie w 1985 roku i obecna dzisiaj na wszystkich kontynentach. W 2002 roku Instytut Ewangelizacji Świata – ICPE Mission – otrzymał od Stolicy Apostolskiej papieskie zatwierdzenie jako międzynarodowe prywatne stowarzyszenie wiernych na prawie papieskim.
ICPE zajmuje się formacją i szkoleniem świeckich katolików, którzy pragną poświęcić się ewangelizacji. Prowadzi swoją działalność poprzez głoszenie, czynienie uczniów, budowanie wspólnoty i dzieła miłosierdzia, szkoląc świeckich katolików, formując ich do posługi w Kościele i zdobywania świata dla Chrystusa.

 

Czy mógłbyś powiedzieć kilka słów o sobie, przedstawić się Czytelnikom naszego ewangelizacyjnego czasopisma i powiedzieć, skąd pochodzisz i co robisz w Polsce?

Mam na imię John Paul i pochodzę z Malezji, w Azji. W Polsce odwiedzam przyjaciela mieszkającego we Wrocławiu. Właśnie dziś wróciłem z Częstochowy, gdzie modliłem się za ciebie, za twoją rodzinę i Wspólnotę.

Dziękuję, niech ci Bóg błogosławi.

Przez 11 lat pracowałem jako bankowiec w drugim co do wielkości banku w Malezji i bardzo lubiłem swoją pracę. Wychowałem się w katolickiej rodzinie i co niedzielę chodziłem do kościoła. Tak więc jeśli chodzi o moją relację z Bogiem, to był On dla mnie „niedzielnym Bogiem”. Jednak po doświadczeniu osobistego spotkania z żywym Bogiem Duch Święty z taką mocą przemienił moje życie, że z niedzielnego katolika stałem się katolikiem zakochanym w Bogu, pełnym pasji i pragnienia dzielenia się Dobrą Nowiną i dawania świadectwa ludziom w mojej parafii, w moim kraju. Następnie Bóg posłał mnie do Włoch i do Nowej Zelandii, bym tam ewangelizował, dzielił się wiarą oraz doświadczeniem spotkania i poznania pełnego mocy, żyjącego Boga. Pragnę świadczyć z głębi mego serca, duszy i umysłu, że Jezus żyje, że On jest Bogiem żywym, którego osobiście spotkałem. Gdybym nie poznał Jezusa jako Boga żywego, nie zrezygnowałbym ze swojej pracy w banku, by dzielić się tym, czego Jezus dokonuje w moim życiu. To kilka słów o tym, kim jestem i dlaczego zostałem świeckim misjonarzem.

Czy mógłbyś coś więcej powiedzieć o tym szczególnym wydarzeniu, kiedy spotkałeś Jezusa i zdecydowałeś się zmienić swe życie? Pracowałeś w zarządzie banku, jak więc do tego doszło?

Tak, oczywiście. Jak każdy człowiek na ziemi miałem swoje wyobrażenia dotyczące życia, swoje cele i plany. Od momentu ukończenia szkoły chciałem posiadać dużo pieniędzy. Były one dla mnie najważniejsze. Drugą ważną dla mnie rzeczą było odniesienie sukcesu i zdobycie niezależności. Zacząłem bardzo ciężko pracować, aby zrealizować wyznaczone sobie cele. I udało mi się – jako zaledwie dwudziestolatek miałem już własne mieszkanie! Osiągnąłem wyznaczone sobie cele w bardzo młodym wieku, tak więc byłem z siebie bardzo dumny, czułem się jak w siódmym niebie. I zacząłem cieszyć się życiem na maksa. Nie unikałem żadnej światowej przyjemności, piłem alkohol, uprawiałem seks, po prostu czerpałem z życia pełnymi garściami. Po 10 latach zacząłem doświadczać pustki i samotności, których nie mogłem zrozumieć. Myślałem: dlaczego tak się dzieje? Dlaczego stałem się nerwowy i czuję się taki pusty? Dlaczego jestem taki samotny?! Mam przecież wszystko: prowadzę życie towarzyskie, mam przyjaciół z dyskotek, nie brakuje mi pieniędzy, przygodnych znajomości, uprawiam sport, a jednak nie mogę znaleźć pokoju ani sensu swojej egzystencji! I kiedyś, kiedy wracałem do mieszkania, spotkałem sąsiadkę, która zaprosiła mnie na rekolekcje Odnowy w Duchu Świętym. Odpowiedziałem, że od urodzenia jestem katolikiem, uczyłem się w szkole katolickiej, a ona na to: „Przyjdź i zobacz. Przyjdź, by poznać Ducha Świętego”. Nigdy wcześniej nie rozumiałem, kim jest Duch Święty, ale poszedłem na te rekolekcje. Byłem tam jako obserwator i przyglądałem się, założywszy, że jeśli coś głupiego będzie się działo, łatwo stamtąd wyjdę. Tak więc stałem sobie tam, a oni śpiewali, potem ktoś zaczął przemawiać. Słuchałem, jak mówił o Bożej miłości, o zbawieniu grzeszników i o wielu innych rzeczach. W końcu powiedział coś, co szczególnie mnie dotknęło: „Jeśli byłbyś jedyną żyjącą osobą na ziemi, Jezus umarłby właśnie za ciebie, za twój grzech”. Przez te słowa ów nauczający uczynił dla mnie zbawienie czymś rzeczywistym. Jezus przestał być kimś, kto umarł za cały świat, za ludzkość. Zrozumiałem, że On zrobił to specjalnie dla mnie, za mój grzech. Następnie prowadzący powiedzieli, że będą się za nas modlić. Jeden z animatorów zapytał mnie, czy mają prosić o coś specjalnego. Nie miałem żadnych życzeń, więc nałożyli na mnie ręce, a ja powiedziałem: „Jezu, jeśli jesteś, pokaż mi Siebie”. I po kilku sekundach od wypowiedzenia tych słów modlitwy spocząłem w Duchu Świętym. Słyszałem wszystko wokół, głosy rozmawiających obok, ale nie mogłem się podnieść. Doświadczyłem niesamowicie jasnego światła, które przenikało mnie od czubków mych palców u nóg, przez całe ciało aż do głowy. Widziałem wręcz to jasne światło przechodzące przez moją głowę i wiedziałem, że coś się zaczyna we mnie dziać. Od momentu, kiedy się podniosłem, wiedziałem, że stałem się inną osobą. Czułem, że coś się w moim życiu zmieniło. Doświadczyłem pokoju, za którym tęskniłem, którego pragnąłem. Poczułem dotyk Bożej miłości. Pustka i samotność które wcześniej mnie przygnębiały, po prostu zniknęły. Pamiętam, że płakałem. Były to łzy radości. Wszyscy wokół płakali, padali sobie w ramiona i wielbili Boga, śpiewali, oddając Mu cześć. Było to doświadczenie pełne mocy. Jak to się stało, że zostałeś powołany w szczególny sposób, by zostać ewangelizatorem? Nigdy wcześniej o tym nie myślałem, nie miałem takich planów. Pomysł, by zostać ewangelizatorem, nawet nie przyszedł mi na myśl. Ale po spotkaniu Boga żywego pojawiło się we mnie pragnienie, by dowiedzieć się, kim naprawdę jest Jezus. Zacząłem czytać Biblię i chciałem angażować się we wszystkie możliwe posługi w Kościele. Brałem udział w pracy różnych grup, charyzmatyków. Angażowałem się, bo chciałem służyć ludziom i zobaczyć, jak Jezus posługuje innym. Miałem pragnienie dzielenia się i tak zacząłem działać w grupie ewangelizacyjnej. Organizowaliśmy w niej weekendowe obozy dla studentów, dla parafii. Tam nauczyłem się dzielić swoim świadectwem i modlić za innych. Moja charyzmatyczna grupa modlitewna była miejscem, w którym zrodziło się we mnie to pragnienie, by ewangelizować. W niej wzrastałem.

Jak to było z rezygnacją z twojej pracy?

Przez około 3 lata angażowałem się głównie w weekendy w grupie misyjnej. W tym czasie podczas modlitwy osobistej czułem, że Bóg mówi mi, abym wszystko zostawił i poszedł za Nim. Zacząłem walczyć, zmagałem się ze sobą i z Bogiem, nie będąc pewnym, czy to moje, czy Boże pragnienie. Bóg poprowadził mnie do kierownika duchowego, z którym podzieliłem się swymi odczuciami, przekonaniem, że Bóg chce, abym wszystko zostawił i poszedł za Nim. Zaczęliśmy się razem modlić w tej intencji, rozmawialiśmy na ten temat i kierownik potwierdził, że moje powołanie, by zostawić wszystko i iść za Panem, jest autentyczne. Mimo tego dalej się zmagałem: myślałem o swojej pracy, o przywilejach, jakie mi dawała, o poczuciu bezpieczeństwa, o moim ubezpieczeniu, oczywiście o mojej przyszłości, o tym, kto mi zapewni moją pensję itp. Przez rok ciągle walczyłem z Bogiem, nie mogłem podjąć ostatecznej decyzji. Podczas osobistej modlitwy Bóg pytał mnie: „Czy mi ufasz? Czy mi ufasz, John?”. To pytanie wiele razy się powtarzało, Jezus ciągle mnie pytał: „Czy mi ufasz?”. I odpowiedziałem: „Tak, ufam Ci”. We wrześniu 1994 roku złożyłem pisemne wypowiedzenie z trzymiesięcznym wyprzedzeniem. Kiedy w końcu to zrobiłem, poczułem głęboki pokój! Byłem taki spokojny! Po prostu wiedziałem, że Bóg właśnie tego ode mnie chciał. W styczniu 1995 r. pojechałem do katolickiej wspólnoty w Australii, by odbyć szkolenie przygotowujące do misji. Tam przeszedłem roczny kurs i po nim zostałem misjonarzem na cały etat. W tym roku mija już 20 lat, odkąd jestem świeckim misjonarzem. Od 12 lat pracuję w ICPE.

Byłeś w różnych krajach, spotykałeś wielu ludzi. Na pewno doświadczyłeś mocy Boga działającego w Twoim życiu oraz życiu innych w cudowny sposób. Czy mógłbyś podzielić się świadectwami, które szczególnie utkwiły ci w pamięci?

Najważniejsze w moim życiu, od czasu, kiedy stałem się pełnoetatowym misjonarzem, jest pełne zaufanie we wszystkim Bogu, pewność, którą odczuwam przez ostatnie 20 lat mojego życia. Często mówimy, że Bóg nas we wszystko wyposaży, że nas zaopatrzy we wszystko, czego potrzebujemy. W Biblii Bóg mówi o sobie: jestem Dawcą, JAHWE, jestem Bogiem, który zabezpiecza. Wielokrotnie o tym słyszymy, że Bóg ogłasza w Biblii, że jest Sprawcą wszystkiego. Kiedy jednak przychodzi co do czego, ciągle chcemy mieć nad wszystkim kontrolę. W ciągu tych 20 lat całkowicie zaufałem Bogu. On ukazał mi, że jest prawdziwie Bogiem JAHWE, który mnie zabezpiecza. On od 20 lat zaspokaja KAŻDĄ moją potrzebę. Wystarczy Mu zaufać. Jeśli złożysz swoje życie w Nim, On się o wszystko zatroszczy. Podczas mojej misyjnej drogi Bóg otwierał przed nami liczne drzwi, dawał wiele możliwości ewangelizowania. Naprawdę mam mnóstwo doświadczeń, z których opowiem o kilku. Przybyliśmy jako grupa misjonarzy do Albanii, która była postkomunistycznym krajem, w większości muzułmańskim, ze zniszczoną infrastrukturą. Znaleźliśmy się w pewnej muzułmańskiej wiosce, by pomóc odbudować drogi, domy i inne budynki. Wiele osób pytało: „Dlaczego to robicie? Przyjechaliście specjalnie, by nam pomóc? Dlaczego?”. Odpowiadaliśmy, że robimy to, bo kochamy Jezusa, bo jesteśmy chrześcijanami. Na początku nie próbowaliśmy ich ewangelizować, tylko po prostu pomagaliśmy im, pracując jako wolontariusze. Wtedy ich przywódcy zadali nam pytanie: „Powiedzcie nam, kto to ten Jezus? Kim On jest?”. I wtedy dopiero zaczęliśmy dzielić się z nimi Dobrą Nowiną. Innym razem byliśmy z zakonnicami w Albanii z misją charytatywną i kiedy tamtejszy ksiądz poprosił nas, zaczęliśmy dzielić się tym, kim jesteśmy i kim jest Jezus. To są przykłady ewangelizacji. Kiedy gdzieś przyjeżdżamy, nie tylko pomagamy, ale staramy się również pracować z lokalnymi Kościołami, aby potem ludzie stamtąd mogli kontynuować ewangelizację.

Chciałbym też podzielić się czymś, co ostatnio miało miejsce w Polsce. Odwiedziliśmy kilka miast, między innymi przybyliśmy do Warszawy i pracowaliśmy tam misyjnie wśród parafian i studentów. Kiedy opowiadałem o tym, jak Jezus nas zbawił, mówiłem to jako Azjata, ze swojej perspektywy. Pochodzę z Malezji, gdzie jest wielu różnych bogów, którym ludzie oddają cześć. Nie wiedzą, w którego boga wierzyć. Żydzi mówią, że ich Bóg jest najlepszy, muzułmanie twierdzą, że tylko ich jest prawdziwy i tak samo Chińczycy czy buddyści. Jest tak wielu bogów! Mówiłem z mojej perspektywy, dlaczego warto być chrześcijaninem. Po tym dzieleniu się nowiną o zbawieniu podeszła do mnie dziewczyna z grupą młodych osób i powiedziała: „Dziękujemy ci, bo teraz rozumiemy, czego Jezus dokonał dla nas na krzyżu”. Zaczęła płakać i powtórzyła: „Właśnie zrozumiałam, co Jezus zrobił dla mnie na krzyżu”. I wszyscy się radowali. To mnie zainspirowało; uświadomiłem sobie, że przez 20 lat bycia misjonarzem niosłem innym nadzieję, kiedy przekazywałem Dobrą Nowinę o zbawieniu i pomagałem ludziom zrozumieć, czego Jezus dla nich dokonał na krzyżu. I to było dla mnie wspaniałe, pełne mocy doświadczenie.

Jakie masz wrażenia, co myślisz – jako Malezyjczyk – o Polakach i polskim Kościele?

Macie wiarę, ale potrzebujecie dużo zachęty. Szczerze mówiąc, Europejczycy – ogólnie rzecz biorąc – są bardzo naiwni i łatwowierni. Jeśli ktokolwiek wam cokolwiek powie, mówicie: „O, naprawdę?”. Dam przykład: kiedy byłem w Polsce, zauważyłem, że ludzie interesują się wschodnimi religiami, takimi jak buddyzm, hinduizm, Hare Kriszna, chociaż nie mają pojęcia, o co w nich chodzi. Są w stanie zrezygnować z Jezusa dla czegoś, czego nie znają! Dlatego dla mnie jako Azjaty pochodzącego ze zróżnicowanej kultury, ważne jest, że jestem chrześcijaninem, ważna jest świadomość tego, kim jest Jezus i czym się różni od innych bóstw. I dlatego czuję, że Bóg posyła mnie wciąż z powrotem do Polski, do świata Europy Zachodniej.

Jak wygląda życie chrześcijan w islamskim kraju, jakim jest Malezja? Jakie są tam realia, z którymi stykają się chrześcijanie? Czy w Malezji chrześcijaństwo jest silne?

Chrześcijaństwo w Malezji jest silne dzięki prześladowaniom. Jesteśmy silni, ponieważ jesteśmy nieustannie gorzej traktowani przez rząd, który jest w większości muzułmański. W konsekwencji chrześcijanie w moim kraju są bardzo zjednoczeni, nawet ci z różnych denominacji. Różnimy się, ale jesteśmy zjednoczeni z powodu prześladowań. Mamy bardzo ograniczony wpływ na rząd w naszym kraju. Na przykład muzułmanie otrzymują edukację i wykształcenie opłacane przez rząd, dostają pracę od rządu i innych organizacji, w których jest wręcz wymagane, aby osoby na ważnych stanowiskach były muzułmanami. Nawet jeśli jesteś bardzo pracowity, inteligentny i dobry w tym, co robisz, ale nie jesteś muzułmaninem, jesteś gorzej traktowany. Nie zostaniesz doceniony, bo nie jesteś muzułmaninem. Jeden z moich dobrych przyjaciół z mojej grupy modlitewnej, który był policjantem, został przeniesiony na wieś, ponieważ nie był muzułmaninem. Chciał pracować w mieście, gdzie miał swoją rodzinę, matkę i przyjaciół, ale jego szef powiedział mu, że tylko jeśli nawróci się na islam, dostanie awans i zostanie przeniesiony jako inspektor. On jednak nie poszedł na kompromis i nie wyrzekł się wiary. Po roku Bóg mu jednak wspaniale pobłogosławił i został wybrany do biura ochrony samego premiera, który zresztą był muzułmaninem! Był jego ochroniarzem przez wiele lat. To są przykłady, jak chrześcijanie są nakłaniani do przejścia na islam, jeśli chcą awansować. Edukacja, praca – w tych dziedzinach jesteśmy subtelnie prześladowani.

Czy chrześcijanie w Malezji mogą ewangelizować innych?

Jeśli zaczniesz ewangelizować muzułmanów, dzielić się Dobrą Nowiną, możesz znaleźć się w więzieniu.

Czy tak nakazuje prawo?

Tak. Takie jest prawo. Dlatego wystąpiłem w Radio Maryja i w programie telewizyjnym, by nawoływać chrześcijan w Europie do ewangelizowania muzułmanów mieszkających w Europie, ponieważ nie można tego robić w ich własnych krajach. Nie bójcie się dzielić Dobrą Nowiną z nimi. Możecie zdobyć Ewangelie po arabsku i dać im. Prawo zakazuje ewangelizowania muzułmanów w państwach islamskich, ale możemy to robić, kiedy ci przyjeżdżają do Europy.

A czy muzułmanie mogą nawracać innych?

Tak, oni mogą cię nawracać i robią to na przykład przez telewizję i radio, w których mają swoje programy religijne. Ale inne religie nie mogą tego robić.

Powiedziałeś, że Europejczycy powinni nawracać muzułmanów, ale to złożona sytuacja. Ponieważ Europa jest – jak sam powiedziałeś w telewizji – duchowo próżna, a chrześcijanie są neopoganami i sami potrzebują ewangelizacji. Natomiast islam jest coraz silniejszy w Europie. Co myślisz o całej tej sytuacji? Czy jest jakaś nadzieja? Czy są jakieś szanse?

Myślę, że szansą jest to, że zarówno w Europie, jak i w Polsce istnieje wiele wspólnot, wiele grup modlitewnych. Mam nadzieję, że zaczniemy modlić się w tej intencji i Bóg powoła ludzi z różnych wspólnot, którzy będą mieli serce dla muzułmanów, by doprowadzić ich do Jezusa. To nie jest tak, że muzułmanie niczego nie wiedzą o Jezusie. Oni wiedzą, kim On jest. Pragnąłbym, aby wspólnoty w całej Europie rozpoczęły modlitwę w tej intencji. Właśnie wczoraj słuchałem wiadomości, w których podano, że w tym roku spodziewany jest 1 milion uchodźców z Afryki! Milion muzułmanów przybywających do Włoch oraz innych krajów Europy! – jesteś w stanie to sobie wyobrazić? Nie możemy być wobec tej sytuacji bierni, musimy zacząć działać! Nie można mówić, że to problem Unii Europejskiej. To nasz problem, ponieważ to Bóg ich przysyła. Jeśli nie będziecie chcieli ich ewangelizować, to być może za 20 lat cała Europa będzie muzułmańska, ponieważ muzułmanie to ludzie wielodzietni. Ich rodziny nie poprzestają na jednym dziecku, ale mają 8, 9 lub 10. Tak więc naprawdę musimy się modlić. Jestem pewien, że możemy przezwyciężyć trudności i do nich dotrzeć. Grupy modlitewne powinny skupić się na tym i prosić: „Panie, powołaj osoby, które do nich wyjdą!”.

I sami musimy mieć więcej dzieci.

Oczywiście! Ilość muzułmanów na całym świecie nie wzrasta dzięki nawróceniom na islam, ale dzięki dużemu przyrostowi naturalnemu. Islam rozprzestrzenia się nie przez nawrócenia, ale głównie przez demografię.

Opowiadałeś, jak walczyłeś sam ze sobą przed podjęciem decyzji o pozostawieniu wszystkiego i oddaniu swego życia Jezusowi. Jest pewnie wielu ludzi, którzy czują, że Bóg ich wzywa, może niekoniecznie, by zostawili wszystko, ale by byli bardziej hojnymi w służbie dla Niego i może właśnie jest im z tego powodu ciężko, zmagają się ze sobą, ze swymi lękami i przywiązaniami. Co poradziłbyś takim osobom?

Patrząc na moje doświadczenia, warto było zawierzyć życie Jezusowi, bo Bóg ma najlepszy plan dla nas. To, jak bardzo jesteś hojny dla Pana, zależy od tego, ile swojego wolnego czasu możesz Mu dać, ponieważ czas jest bardzo ważny. Nie żyję w małżeństwie, więc mogę poświęcić cały swój czas dla Boga. Jednak dla małżeństw z dziećmi priorytetem powinna być rodzina. I to jest naprawdę wielka hojność z ich strony, jeśli chcą służyć w jeszcze inny sposób. Moja rada jest taka: dajcie to, co możecie dać Bogu. Jeśli możecie dać pół godziny, dajcie te pół godziny, mówiąc Bogu, że robicie to dla Niego. To tak jak w Ewangelii o pięciu bochenkach i dwóch rybach. Chłopiec powiedział: „Mam tylko to”, a Jezus odpowiedział: „Dobrze, daj to, co masz”. I podobnie jest z wami: dajcie to, co możecie dać. Waszą pierwszą misją jest wasza rodzina. Jeśli dacie wszystko grupie modlitewnej i dopiero potem zajmiecie się swoją rodziną – to bardzo źle. Najważniejszą rzeczą jest uczenie się zaufania Bogu, poddawania się Mu, oddawania Mu różnych, czasem trudnych sytuacji. Módlcie się razem jako małżeństwo o rozeznanie, rozmawiajcie ze sobą, ponieważ komunikacja jest bardzo ważna w małżeństwie. Dzielcie się tym, co możecie jako małżeństwo ofiarować, wypracujcie porozumienie. To samo robimy w mojej wspólnocie. Małżeństwa omawiają wspólnie i decydują, kto co będzie robił. Mąż mówi: „Zostanę z dziećmi, a ty się zaangażuj”, albo odwrotnie, żona mówi: „Podejmij tę posługę, a ja cię będę wspierać, zostając w domu z dziećmi”. Rozkład obowiązków powinien być dość elastyczny.

Chciałbym zapytać o metody i sposoby ewangelizowania, których używacie. Wiemy, że jest to dawanie świadectwa, nauczanie o zbawieniu, wolontariat oraz współpraca z lokalnymi wspólnotami. Ale co jeszcze robicie w krajach, w których posługujecie?

Zazwyczaj przyjeżdżamy na zaproszenie proboszcza i pytamy go, jakie są wasze potrzeby, co chcecie, abyśmy zrobili. On na przykład mówi nam, że potrzebuje pomocy na polu pracy z młodzieżą. Zaczynamy więc od formowania liderów młodzieżowych. Najpierw prosimy proboszcza, by wskazał osoby, które mogą być liderami, a następnie pracujemy z nimi, poświęcamy czas, posługując im, ucząc ich różnych metod ewangelizacji (często twórczych, jak taniec), przygotowujemy do mówienia świadectwa, konferencji. Najważniejsze jest to, że uczymy ich, jak spotykać Jezusa na modlitwie, podczas czytania Słowa Bożego, na adoracji. Następnie organizujemy rekolekcje dla młodzieży, w które zaangażowani są młodzi liderzy.

Formujecie więc nowych ewangelizatorów.

Tak, przyjeżdżamy do parafii na zaproszenie i „czynimy uczniów”, bo nie zostaniemy tam na zawsze, a oni tam zostają. Chcemy ich wyposażyć, aby sami mogli kontynuować rozpoczętą przez nas pracę. Ewangelizacja to właśnie „czynienie uczniów” na wzór Jezusa. Wydaje mi się, że często problemem jest to, że nie czyni się nowych uczniów w Kościele. Jezus chodził ze swoimi uczniami przez 3 lata i ich formował, więc kiedy odszedł, byli oni w stanie kontynuować Jego dzieło. I zanieśli Dobrą Nowinę na cały świat. Podobnie musimy formować uczniów, aby ewangelizować świat, bo ty i ja nie będziemy żyć wiecznie.

Ostatnie pytanie: Jakie masz osobiste doświadczenie we wzrastaniu w głębszym poznawaniu Jezusa poprzez ewangelizowanie? Jakich zmian dokonało w tobie bycie ewangelizatorem?

Myślę, że kiedy głoszę innym, głoszę również sobie. Kiedy mówię ludziom, aby się odmienili, mówię te słowa również do siebie. Biorę odpowiedzialność za swoje słowa. Muszę żyć tym, czego nauczam. To właśnie to, o czym mnie Jezus ciągle przekonuje: „John, jeśli chcesz ewangelizować, musisz żyć tym, co głosisz”. Zawsze się łapię na tym, kiedy głoszę: słuchaj tego, co głosisz, bo musisz tym żyć. I tego wyzwania doświadczam ciągle. Jeśli chcesz być dobrym ewangelizatorem, musisz wierzyć w to, co głosisz i według tego postępować.

Dziękuję za rozmowę.

Toruń, 19 kwietnia 2015 r. Wywiad przeprowadził Tomasz Książczak, tłum. Joanna Garsztka.
Zdjęcie z archiwum Johna Johnatana Paula    

Wywiad z "Posłania" 4/2015