Wstań i chodź w imię Jezusa!

Z ks. Johnem Baptistą Bashoborą – znanym rekolekcjonistą, diecezjalnym koordynatorem Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej w Diecezji Mbarara w południowo-zachodniej Ugandzie - rozmawia Katarzyna Ciesielska.

Gościmy w Polsce ks. Johna Bashoborę, kapłana z Ugandy. Jak zrodziło się Księdza powołanie kapłańskie? 

Moje powołanie do kapłaństwa pojawiło się, kiedy miałem sześć lat. Pewien ksiądz z Kanady przyszedł do nas na lekcję i mówił o Jezusie.

Zapytał, czy chcemy być przyjaciółmi Jezusa, czy ktoś chce zostać księdzem, a ja się zgodziłem. Zapisał nasze nazwiska. Ale potem nie chciano mnie przyjąć do seminarium, ponieważ mój wujek - którego uważałem za swojego ojca - miał drugą żonę. Poszedłem jednak do innej szkoły, która przyjmowała zarówno seminarzystów, jak i nie seminarzystów, aby kształcili się na kapłanów. Działo się to wtedy, kiedy miałem 10 lat, w szkole podstawowej. Potem poszedłem do szkoły średniej 

Posługuje Ksiądz w wielu krajach podczas rekolekcji ewangelizacyjnych. Jak rozpoczęła się ta działalność? 

Zaczęło się to, kiedy stałem się księdzem. Zainteresowałem się ewangelizacją z powodu księdza Kanadyjczyka, który mówił nam o Duchu Świętym, kiedy byłem na III roku. Miałem wówczas 17 lat, a to był rok 1970. Trwał wtedy Sobór Watykański II i młodzi ludzie w Stanach Zjednoczonych odpowiedzieli na tę propozycję Watykanu odnośnie odnowy Kościoła. Gdy modlili się podczas swoich rekolekcji, podczas osobistej modlitwy, dziewczyna o imieniu Pati i chłopak Martin otrzymali Ducha Świętego. Ta historia w Stanach Zjednoczonych bardzo mnie zainteresowała. Poza tym widziałem wiele chorych osób w Ugandzie. Kapłani przychodzili w ostatniej godzinie, aby te osoby namaścić, a potem one umierały. Pytałem Jezusa: „Panie, kapłani uczą nas, że jesteśmy Twoim Ciałem. Czy możemy w Twoje imię dotykać i modlić się za Twój lud, żeby był uzdrowiony?”. 

Byłem wówczas młodym księdzem. Bardzo mi zależało na tym, żeby młodzi ludzie stawali się przyjaciółmi Jezusa. Dla mnie Jezus był ogromnym przyjacielem. Zobaczyłem Go kiedyś na małym obrazku w klasie, jak się modli się jako dziecko i zapragnąłem być jak ono. W tym czasie nie wiedziałem jeszcze, że to jest Jezus, ale bardzo tego zapragnąłem. Potem dowiedziałem się z Biblii, że to jest właśnie Jezus i że potem On wzrastał w łasce i w mądrości, a pewnego dnia nauczał w świątyni, mówił do jakichś wielkich osobistości. Ja też miałem takie pragnienie, żeby mówić do różnych ludzi o Jezusie. Kiedy przyjmowałem I Komunię Świętą, doświadczyłem, jak Jezus przychodzi do mnie, kocha mnie. Chciałem trwać w Jego miłości. Bardzo się cieszę, kiedy mogę mówić o Jezusie, bo On jest po prostu moim Przyjacielem, kimś, kto mnie kocha bardziej, niż ja. Mogę mówić o Nim od rana do wieczora i tak co dzień. Widzę, że ten Przyjaciel mi przebacza. To pomogło mi zrozumieć spowiedź: to nie jest tak, że ja wyznaję swoje grzechy po to, żeby nie iść do piekła, ale dlatego, że kiedy widzę, że ktoś mnie kocha, to nie mogę trwać przy tej osobie i sprawiać, żeby ona się złościła – chociaż wydaje mi się, że Jezus się nie złości, a raczej cierpi, patrząc na moją grzeszność. Kiedy byłem młody, siostry zakonne – one są bardzo dobre - uczyły mnie, że jeśli idę do spowiedzi, to spotykam tam przyjaciela Jezusa, który przyjmuje mnie, wysłuchuje moich grzechów i przebacza je w Jego Imię, a wtedy Jezus może przyjść do mnie. Pragnąłem zostać księdzem także po to, aby przyjmować innych ludzi w Imię Jezusa Chrystusa, aby mogli oni uwolnić się od swoich grzechów. 

W swoim nauczaniu wielokrotnie mówi Ksiądz o potrzebie przebaczenia jako warunku uzdrowienia. Dlaczego jest ono tak ważne? 

Ta myśl pochodzi z Ewangelii św. Mateusza: mówi on, że tym, co łączy ludzi, jest nieustanne przebaczenie, ile razy zajdzie taka potrzeba. Widzę, że to, co w jakiś sposób niszczy społeczeństwa ludzkie, to właśnie brak przebaczenia. Ranimy siebie chociażby z tego powodu, że mamy inny charakter, inaczej dorastaliśmy, nawet jedząc przy stole mogę to robić w taki sposób, który się tobie nie podoba i możesz się na mnie przez to rozzłościć. Przebaczenie oznacza także upokorzenie, czyli potrzebę bycia pokornym. Przebaczając pozwalasz temu drugiemu wzrastać, być wyżej, a samemu pozostajesz nisko. Musisz się uniżyć, żeby Jezus był wywyższony. Przebaczenie to jest też przyjęcie tej drugiej osoby taką, jaka ona jest. To jest też dawanie siebie samego, agape, aby inni mogli żyć. Mówię o przebaczeniu, bo jest jedną z najważniejszych dla nas spraw, którą jako chrześcijanie mamy żyć. 

Posługując wśród ludzi darem uzdrawiania był Ksiądz wielokrotnie świadkiem uzdrawiającej mocy Jezusa. Czy mógłby się ksiądz podzielić z nami przykładami takich świadectw? 

Przytoczę może takie najjaskrawsze. Niestety, kiedy mówię o takich najbardziej wstrząsających historiach, ludzie często nie wierzą. Mówię o nich, bo to są niesamowite rzeczy. Opowiem o mojej siostrze, która zmarła około 2000 roku. Nauczałem wtedy w Wyższym Seminarium, trzy lata po tym, jak wróciłem z Rzymu. W piątek usłyszałem w radio wiadomość, że moja siostra nie żyje. Seminarzyści mieli egzamin, musiałem się upewnić, że go skończą. Ogłoszono, że pogrzeb będzie w poniedziałek, pojechałem więc wtedy. Przyszedłem do pokoju, w którym w trumnie leżała moja siostra. Poszedłem do pokoju – a ludzie nie chcieli na to patrzeć, myśląc, że będę płakał, tylko moja mama została przy drzwiach. Zacząłem się modlić za moją siostrę, prosząc Boga, aby miała życie wieczne. Otworzyłem oczy, chciałem powiedzieć jej: „Do widzenia”, a widzę, że ona patrzy na mnie. To niesamowite! Powiedziałem do niej: „Co ty robisz w trumnie? Wychodź!”. I ona wyszła. Zamknąłem drzwi, bo nie wierzyłem, czy to jest ta osoba. Usiedliśmy i zaczęliśmy rozmawiać: „Gdzie byłaś, co robiłaś? Byłaś w trumnie…”. Ona mówiła: „To było piękne, nie chciałam stamtąd wracać. Zobaczyłam wielkie drzwi, tam było dużo światła. Ale ktoś usiadł przy tych drzwiach i powiedział mi: „Nie możesz tu wejść. Wróć i wyznaj swoje grzechy poprzez twojego brata”. Spytałem więc: „Chcesz teraz wyznać swoje grzechy?”. Powiedziała: „Tak!”. Wyspowiadała się i… w domu było święto. Po trzech godzinach postanowiłem wrócić do seminarium oddalonego o 362 km od domu, by tam kontynuować swoją pracę. Następnego ranka moja siostra umarła, musiałem więc wrócić na jej pogrzeb. To jest niesamowita historia. Wcześniej zwracałem dużą uwagę na tę historię: że ona umarła, a potem ożyła. Ale dlaczego o tym mówię? To też zachęca innych ludzi do spowiedzi: moja siostra powstała właśnie po to, aby wyznać swoje grzechy. 

Inna niesamowita historia miała miejsce, kiedy też nauczałem w seminarium. Zwykle moje biuro jest otwarte, obok znajduje się sypialnia. Zobaczyłem, że w moim pokoju siedzi chłopiec. Powiedziałem mu: „Przepraszam, nie mogę się teraz z tobą spotkać, bo właśnie mam wykład”. Chłopiec był pokorny i odpowiedział: „Dobrze, ojcze”. Zobaczyłem, że próbuje chodzić. Był chromy. „O, nie możesz chodzić! Więc chodź, wstań!” – przypomniał mi się trzeci rozdział z Dziejów Apostolskich. Chłopak po prostu poszedł. Nie rozmawialiśmy, po prostu na siebie spojrzeliśmy i powiedziałem „Idź!”. I on poszedł. Potem go widziałem, jak uczył się jeździć na rowerze. 

Innego razu – to było w Tanzanii – wracałem z dużych misji. Na tych spotkaniach gromadziło się 40-60 tysięcy osób. Chrześcijanie wiedzieli, że mam przyjechać, więc złapali mnie w stolicy Tanzanii i powiedzieli: „Masz czas, masz godzinę – dlaczego nie odprawisz mszy?”. Przynieśli jakichś chorych ludzi. Był tam też ksiądz na wózku i jakby się opierał, ale z powodu swoich przyjaciół udało mu się przyjść na tę mszę. Zobaczyłem go przy wejściu do kościoła - wyglądał tak, jak ci ludzie, których widzimy w mieście: jak żebrak, który przyszedł po pieniądze. Przypomniał mi się fragment Pisma Świętego, w którym Piotr i Jan wchodzili do świątyni, a przy jej drzwiach był chromy. Podszedłem do niego, dotknąłem jego głowy. Po krótkiej modlitwie powiedziałem: „W Imię Jezusa” i poszedłem na mszę. Podczas niej musiałem dać krótką homilię. Pamiętam, że w czasie liturgii czytany był Drugi List do Koryntian (6,1-4). Paweł cytuje tam Izajasza: „W czasie pomyślnym wysłuchałem ciebie, w dniu zbawienia przyszedłem ci z pomocą”. Oto teraz czas upragniony, oto teraz dzień zbawienia (2 Kor 6,2b). Powiedziałem więc do ludzi: „Dziś jest dzień naszego zbawienia. Ilu z was chce mieć zbawiony umysł, ciało i duszę?”. Osoby podniosły ręce. Powiedziałem: „Wasza wiara was ocaliła”. W tym momencie ksiądz na wózku wstał i zaczął biegać po kościele. Była też tam kobieta, która miała raka na całym ciele, jej organizm był naprawdę zniszczony. Na początku mszy zastanawiałem się nawet, po co oni ją tu przynieśli, bo ona naprawdę już umierała. A ona wstała z miejsca, w którym była i zaczęła tańczyć. Na tej mszy panował chaos. Pomyślcie o organizacji liturgii, gdy ludzie zaczęli być uzdrawiani podczas homilii. Powiedziałem: „Nie, musimy przestać! Przechodzimy do Ofiarowania”. Po zakończeniu mszy poszedłem do zakrystii. Człowiek stojący przy jej drzwiach był muzułmaninem i jednocześnie najlepszym muzykiem w Tanzanii. Ożenił się z Rosjanką i oboje twierdzili, że są ateistami. Przeszedł on atak serca i stał się chromy. Wędrował po całej Europie i bezskutecznie szukał uzdrowienia. Przyjaciele katoliccy przyprowadzili go i powiedzieli, żeby czekał przy drzwiach, a po mszy szybko go przyprowadzili do zakrystii. Widziałem, że tam siedział. Nie wiedziałem jednak, że jest chromy, myślałem, że to jest taki brudny człowiek, który chce w jakiś sposób się zmienić. Spytałem: „Czego chcesz?”. Odpowiedział: „Chcę być uzdrowiony. Widzisz moją rękę?”. Zapytałem: „Możesz powiedzieć: Jezu…”. Odparł: „Ojcze, jestem muzułmaninem, ale ja w nic nie wierzę, nie wierzę w Boga”. Odpowiedziałem: „Tylko Jezus może cię uzdrowić. Uwierz w Niego”. Zgodził się. Mówiłem, a on powtarzał: „Jezu, przebacz mi, uzdrów mnie”. Modliłem się o jego uzdrowienie. Myślałem, że ma tylko chorą rękę. Powiedziałem: „W Imię Jezusa, niech ta ręka się wyprostuje.” Ręka zaczęła się trząść i została uzdrowiona. Powiedziałem: „No to cześć!”. A on na to: „Ale ja mam sparaliżowane całe ciało!”. Odpowiedziałem: „Więc wstań i chodź w Imię Jezusa!”. Niesamowite było to, że ta cała moc ze mszy świętej – bo wszyscy otrzymaliśmy Chrystusa jako Zmartwychwstałego Pana – przeszła też przez tego człowieka. Akurat przyprowadzali do zakrystii jakąś niewidomą kobietę, gdy ten uzdrowiony człowiek wychodził. Gdy ją mijał – ona w tym momencie po prostu… przejrzała. To są takie niesamowite historie. 

W Ugandzie zielonoświątkowcy, protestanci w jakiś sposób gardzą Kościołem katolickim, ale Bóg ma Swoje sposoby jednoczenia nas jako Swoje dzieci. Był tam protestancki katecheta, anglikanin. Powiedziano mu, że za kilka dni umrze. Ale kiedy wychodził ze szpitala, usłyszał, że katolicy mają spotkanie w parafii. To nie było w mojej diecezji. Powiedział: „Zaprowadźcie mnie tam. Chciałbym tam pojechać i modlić się z moimi braćmi i siostrami”. Przybyłem tam i byłem bardzo zmęczony, bo właśnie skończyłem pierwsze nauczanie. Spytałem liderów, czy mogę zrobić sobie 20 minut przerwy i chwilkę się przespać. Ale jak tylko położyłem głowę na łóżku, usłyszałem krzyk, płacz. Pomyślałem: „Może ktoś jest opętany przez złego ducha, pójdę sprawdzić”. Zobaczyłem, że ludzie płaczą. „Co się stało?” – zapytałem. „Przyniesiono właśnie tutaj Tego człowieka i on umarł”. Powiedziałem: „Może zmówię dwie modlitwy… po cichu. Nie płaczcie, jakbyście nie byli chrześcijanami. Możecie płakać, ale nie krzyczcie tak”. Powiedziano mi, że to jest pastor. Dotknąłem ciała: „Jezu, on głosił Twoje Imię. Jeśli chcesz, niech pozostanie w pokoju z Tobą, ale on jest taki młody. Bardzo byśmy chcieli, gdybyś pozwolił mu zostać z nami”. Ludzie byli pocieszeni. Zabrano to martwe ciało. Mówiłem potem o spowiedzi. Przygotowywaliśmy ludzi do wyznania swoich grzechów, a potem cały dzień, od 10 rano do 9 w nocy, trwała spowiedź. Przesunęliśmy obiad i kolację – tak więc trwał post. Jezus mówi, że niektóre demony można usunąć jedynie modlitwą i postem, chociaż to nie dotyczyło akurat demona. O godzinie 9.30 wieczorem rozpoczęliśmy mszę swiętą. Widziałem, że ludzie są pełni wiary. Kiedy nauczałem, przyszła do mnie myśl, ale to było natchnienie Boże: „Dlaczego nie wezwiesz tych ludzi, by się modlili, aby ten człowiek powrócił do życia?” Byłem prowadzony przez Biblię. Pamiętacie, co się stało z Zachariaszem. Był martwy, a ludzie mówili: „Daj go nam z powrotem” i został im zwrócony na 15 lat. To samo doświadczenie miałem w Indiach, kiedy modliłem się za osobę w wieku 86 lat. Siostry zakonne prosiły, żebym przyszedł do niej, zanim umrze, ale kiedy tam przybyłem, już nie żyła. Jej córka powiedziała: „Niech się ojciec nie martwi. Wynajmowałam dla niej pokój, ale skoro nie żyje, to będzie dla mnie taniej”. Siostry już owijały to ciało, ale miałem w sobie dużo współczucia dla niej. Podszedłem, dotknąłem ciała i powiedziałem: „Jezu, sprawiłeś, że Łazarz wstał. Niech ta kobieta wróci do życia, aby uczcić matki” – córka tej kobiety z powodu pieniędzy chciała, aby ona umarła. Ku zdumieniu mojemu i sióstr zakonnych zobaczyliśmy, że ta osoba zaczyna oddychać. Siostry rozwiązały ciało – kobieta była żywa i żyła jeszcze 4 lata. To mnie bardzo poruszyło tamtej nocy, że ci ludzie mieli więcej wiary, niż ja. 30 tysięcy osób podniosło ręce, prosząc Boga: „Daj nam z powrotem tego protestanta!”. W niedzielę rano otrzymaliśmy wiadomość, że człowiek, za którego się modliliśmy, wrócił do życia. To są tajemnice naszych czasów. Chciałbym, aby chrześcijanie, a nawet niechrześcijanie, nie sprzeciwiali się tym rzeczom. To jest prawda. Mógłbym opowiadać i opowiadać bez końca. 

W swoim nauczaniu mówi ksiądz o dużym znaczeniu wspólnoty dla wzrostu w wierze oraz w procesie uzdrawiania. 

Wspólnoty są jakby centrum Ciała Chrystusa. To nie jedna osoba ewangelizuje, tylko wszystkie członki tego ciała - Mistycznego Ciała Chrystusa. Święty Paweł nam mówi, że jeśli oko nie współpracuje z uchem, podobnie wszystkie inne części ciała, to ciało po prostu umiera. Usłyszałem to też u św. Franciszka Salezego. Wierzył, że jego wspólnota wpłynie na cały Kościół. Dlatego właśnie takie wspólnoty, jak wasza, są bardzo ważnym centrum, które ożywia cały Kościół, ludzi z zewnątrz. Osoby ze wspólnoty uczestniczą też w normalnym życiu społecznym – są mechanikami, lekarzami, sprzątaczkami – ale gdziekolwiek są, Jezus jest obecny i rozpoznawany. I to jest Kościół. Ich dzieci, które idą do szkoły, też są ewangelizatorami. Tak więc wspólnoty są bardzo ważne. 

Opiekuje się Ksiądz w Ugandzie ponad czterema tysiącami dzieci. Skąd zrodziła się ta potrzeba i na czym polega codzienna praca? 

Teraz jest ich 5300… ale ostatnio pojechałem do Zambii i przywiozłem jeszcze 10, bo były chore na AIDS. Po prostu miałem współczucie w sercu i je zabrałem. 

To jest trudna sprawa. Kiedy mówimy o sierotach i dzieciach, o które się troszczę, mówimy o biedzie. Czy kiedykolwiek widzieliście biedaków w Europie? Oni nie są biedni. Mimo wszystko mogą oni pójść do jakiegoś kosza i wydobyć z niego chleb, który został wyrzucony. Mówimy o ludziach w takich miejscach, w których nikt nie wyrzuci żadnego jedzenia do kosza na śmieci. Ludzie pytają: „Kiedy przestaniesz ich przygarniać?”. Odpowiadam: „Przestanę, kiedy nie będę już ich spotykał”. Będzie więc ich więcej, niż 5300… 

Zaczęło się to, kiedy zostałem wyświęcony na kapłana. Przyjechałem na parafię i zobaczyłem te dzieci. Były bardzo inteligentne, niektóre należały do jakichś organizacji kościelnych, ale nie chodziły do szkoły. Dzięki Bogu, otrzymałem trochę pieniędzy – około 500 dolarów – od księdza z Kanady na moje własne cele, więc złożyłem je w banku dla tych dzieci. Zacząłem z piątką tych dzieci, a teraz mamy powyżej pięciu tysięcy. To są dzieci albo z bardzo, bardzo ubogich rodzin albo sieroty, których rodzice umarli na AIDS albo podczas wojny. Niektóre dzieci są podrzucane do miejsca, gdzie pracuję przez rodziców, którzy ich nie chcą . Teraz mam właśnie trójkę takich dzieci, które mają 2,5 miesiąca. Jedno dziecko, które teraz ma 7 lat, znaleźliśmy kiedyś wyrzucone tam, gdzie się wyrzuca papier, niedaleko mojego biura. Niektórzy mówią, że to dziecko mogło znaleźć się w koszu na śmieci trzy dni po swoim urodzeniu. Musiałem natychmiast otworzyć szkołę dla dziewczyn, które są bardzo inteligentne, młode, ale, niestety, z powodu biedy wychodzą na ulicę, czasami nawet są wysyłane przez swoje matki, żeby szły na ulice i spały z mężczyznami. Często na różnych konferencjach, kiedy się modlimy za te dzieci - czasami przychodzą z rodzicami - one często krzyczą, walą pięściami w drzwi. Ludzie myślą, że to może jest szatan, ale to nie jest zły duch, tylko gniew, który one noszą w sobie. Oczywiście to demon stoi za tym, że ci rodzice je tak traktowali, wysłali na ulicę, stoi za tą biedą, którą one cierpią, ale to jest właśnie gniew. Bardzo trudno jest być księdzem w Ugandzie. Polscy księża, którzy pracują w mojej diecezji, doświadczają tych samych rzeczy. Mówią mi: „Ojcze, ty masz specjalną łaskę, my tego byśmy nie mogli robić”. Tyle jest tej biedy. Jesteśmy przez tę sytuację zmuszeni do tego, że w klasach mamy po 140-150 dzieci. Czasami śpią one po cztery w jednym łóżku. Byłem bardzo szczęśliwy, że ostatniej nocy spałem tutaj na tym łóżku. Mógłbym na nim zmieścić dziesięcioro swoich dzieci. Apeluję do stolarzy, którzy są w Polsce i umieją taką pracę wykonywać: przyjedźcie do Ugandy - macie czas wolny w wakacje - żeby nauczyć nas robić takie łóżka, nauczyć nas stolarki! Moje dzieci by się potem nauczyły tej pracy i mogłyby ja wykonywać. 

Przypuszczamy, że potrzeby dzieci, którymi się Ksiądz opiekuje, są bardzo duże. W jaki sposób możemy wesprzeć tę działalność? 

Największym problemem jest to, gdzie dzieci mają spać, czyli stworzenie hosteli. Druga sprawa to klasy – robimy czasem takie konstrukcje na zewnątrz, tymczasowe, ale kiedy pada, nie ma gdzie się schronić. Potrzebujemy też butów – ludzie bardzo często wyrzucają dobre buty. One też by mogły być przydatne. Czasami macie komputery, które już nie są nowoczesne, a ja na taką liczbę dzieci mam ich tylko trzy. Macie może jakieś stare telefony – te dzieciaki, które teraz są już na uniwersytetach, też pewnie by chciały mieć telefony jak inni. Czasami mogą próbować zdobyć je w nieodpowiedni sposób. Maszyny do szycia, książki, podręczniki do matematyki, fizyki. Wyobrażacie sobie, że u mnie piątka dzieci korzysta z jednej książki? Mydło – dziewczęta nawet w tym szczególnym wieku dojrzewania nie mają odpowiednich środków higienicznych. To bardzo trudne. Tym możecie je wesprzeć. A te osoby, które mogłyby wspomóc nas pieniędzmi: jeśli zapłacą jedno euro dziennie, to dziecko w szkole będzie miało zapewnioną opłatę za cały rok szkolny, ubrania i wszystko, co mu potrzebne na cały rok. A za półtorej euro dziennie pokryjecie wszelkie opłaty szkolne dla osoby, która jest na uniwersytecie. A jeśli mniej niż euro, to wystarczy na szklankę mleka dla dziecka. Wyobrażacie sobie dziecko, które ma 5 lat i je tylko jeden posiłek dziennie - jakiś kawałek banana i trochę fasoli przez okrągły rok? Dzieci te nie otrzymują wystarczającej ilości protein, dlatego nie mogą się rozwijać intelektualnie, szybko popadają w różne choroby. Pomyślcie o tym wszystkim. Woda też jest problemem. Narody Zjednoczone mają teraz ustanowione prawo odnośnie pracy dzieci. Z powodu tego prawa my, Afrykańczycy, pewnie pójdziemy pierwsi do więzienia, bo nasze dzieci w niektórych częściach Ugandy już w wieku 3 lat muszą zacząć nosić wodę, muszą iść kilometr i czekać w swojej kolejce aż przyjdzie ich kolej, żeby jej nabrały. Wyobraźcie sobie, dzieci, że jest sobota, dzień wolny wasz, odpoczynek, a wy idziecie i cały dzień czekacie w kolejce na dwa galony wody, żeby jej nabrać i przynieść do domu. Musicie ją dobrze wydzielać, żeby mieć i wodę do picia, i na prysznic. Dzieci, módlcie się za swoich przyjaciół w Afryce i nie płaczcie, jak nie ma lodów. Możecie jeść lody, ale chodźcie też do kościoła i dziękujcie Panu Bogu za te dary, które otrzymujecie. Kiedy patrzycie na swoje drogi, na elektryczność, na wszystko, co macie, też dziękujcie Bogu za to, co wam dał. Dziękujcie za to, że mieszkacie w raju. Mówią nam, że Polska jest jednym z najbiedniejszych krajów w Europie – ale jesteście najbogatszym krajem w Afryce! Niech was Bóg błogosławi! Dziękuję, że kochacie Matkę Jezusa, że kochacie Chrystusa. Dziękuję wszystkim kapłanom, wszystkim siostrom zakonnym, świeckim ewangelizatorom. Dzięki za to, że jesteście świętymi ludźmi. Bardzo dobrze jest być w Polsce. Dziękuję też wszystkim młodym ludziom: jesteście dumą Kościoła katolickiego, to dla mnie radość widzieć was wszystkich młodych w Kościele. Kiedy na was patrzymy, widzimy, że Kościół będzie przez was, młodych, odnowiony. Jesteście szczególnym narodem w całym świecie. To jest radość widzieć, jak jesteście zaangażowani w głoszenie i świadczenie o Jezusie Chrystusie. Kocham was, niech was Bóg błogosławi! 

Toruń 24 sierpnia 2009 roku.

Tłum. Tomasz Książczak

Wywiad z "Posłania" 4/2009