Wybieraj drogę dziękczynienia

Z o. Józefem Witko OFM rozmawia Tomasz Kalniuk

Boże, obmyj nas Swoją Najświętszą Krwią, a to, o czym będziemy mówić, niech stanie się znakiem Twojej miłości, Twojej obecności, abyśmy mogli powiedzieć to, co chcesz, a ci, którzy będą czytać, mogli z tego skorzystać; by żadne niepotrzebne słowa nie wtargnęły w nasze myśli. Okaż nam swoje miłosierdzie, pobłogosław. Niech ten sprzęt i my sami będziemy osłonięci Najświętszą Krwią Zbawiciela. W Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen. Nasi Aniołowie stróżowie, módlcie się za nami. 

Jesteśmy świeżo po rekolekcjach, które Ojciec prowadził w Toruniu. Brało w nich udział ponad 1000 osób. Ich motywem przewodnim były słowa z Księgi Sędziów: „Pan jest z tobą, dzielny wojowniku!”, nawiązujące do historii Gedeona. Ojcze, czego symbolem dla nas, ludzi wiary, jest Gedeon i sytuacja w Ofra, w której się znalazł? 

Szczęść Boże. Kiedy po raz pierwszy zacząłem czytać Księgę Sędziów, bardzo mocno uderzyły mnie słowa, które Gedeon usłyszał z ust anioła: „Pan jest z tobą, dzielny wojowniku!”. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego ów przywitał go akurat w ten sposób. Przecież Gedeon był zalękniony. Księga Sędziów opisuje tragiczną sytuację Izraelitów. Stali się niewolnikami Madianitów, musieli się przed nimi ukrywać. Kiedy ci przychodzili w ogromnej liczbie, niszczyli pola, zabierali zboże, wprawiali Izraelitów w ogromną nędzę. Gedeon z obawy przed nimi młócił zboże na klepisku, a w jego sercu był lęk, niepokój. W ogóle nie miał wiary. Pismo Święte wyraźnie mówi, że pytał anioła: „Gdzie jest Bóg? Dlaczego nam to się przydarza?”. Myśląc o tym, zastanawiałem się, dlaczego anioł nazywa go dzielnym wojownikiem. Dopiero po pewnym czasie zrozumiałem, że nie jest łatwo w sytuacji zagrożenia, kiedy wali się życie, kiedy ma się różnego rodzaju problemy – żyć, a mimo to człowiek żyje i ta dzielność właśnie wtedy jest widoczna. Ktoś, kto z reguły jest słaby, często się załamuje, lęka, w takich sytuacjach mimo wszystko wykazuje się męstwem. Matka, która samotnie wychowuje dziecko, boryka się z problemami finansowymi, nie ma pracy – jest dzielna na przekór tej sytuacji. Potrafi zrobić wszystko, aby żyć i aby dziecku niczego nie brakowało. Wiele osób znajduje się w podobnej sytuacji: żyją mimo trudności, nie rezygnują z życia. Ta dzielność jaśnieje wtedy w całej pełni. Są bohaterami życia. Wydaje mi się, że historia Gedeona, a szczególnie słowa, które anioł powiedział do niego, rzucają światło na nasze życie, zwłaszcza tych, którzy zapomnieli, że są dzielni, że mają w sobie moc i siłę do przezwyciężenia sytuacji, w której się znajdują. Anioł, ukazując się Gedeonowi, zwraca uwagę: „Zamiast narzekać, martwić się, lękać, oprzyj się na Panu, który jest w tobie i zmień sytuację, w której się znalazłeś”. Wydaje mi się, że po takiej lekturze, po przemyśleniu pewnych spraw, człowiek nabiera pewności, która nie płynie z pychy, ale ze świadomości, że Pan jest z nim. A skoro tak, nie musi się niczego lękać, może stanąć do walki z każdym wrogiem i zwyciężyć. 

Bardzo dobrze jest żyć bez lęku, oprzeć się na Panu, ale jeśli spojrzymy na dzisiejszy świat, moglibyśmy powiedzieć, że jest on zdominowany przez lęk. Także w Kościele wierzący są nim sparaliżowani. Są tego różne przyczyny. Mówił Ojciec wielokrotnie, że chrześcijan ma być człowiekiem, który się nie lęka. Jak z tym sobie poradzić, jak złamać lęk w sobie? 

Lęk rzeczywiście ma na nas ogromny wpływ. Można powiedzieć, że w momencie, kiedy człowiek zostanie nim opanowany, umiera, staje się niezdolny do życia. Natomiast Pan, który jest z nami, staje się źródłem naszego życia, szczęścia – i naszą mocą. To On mówi: „Nie bój się, nie lękaj się”. Ktoś obliczył, że w Piśmie Świętym słowa „nie bój się”, „nie lękaj” pojawiają się 365 razy – tak jakby każdego dnia Bóg mówił w ten sposób do człowieka. Problem leży nie w lęku, ale w tym, komu ufamy – czy Panu, który jest z nami, który zachęca: „Nie bój się, nie opuszczę cię, nie porzucę, bez względu na to, co się przydarzy”, czy też ufamy sobie. Jeżeli sobie, to będziemy się lękać, bo wobec tego świata przegramy, on z nami nie będzie się liczył. Będziemy się bać o swoje życie, zdrowie, bezpieczeństwo, rodzinę, pracę. Ale te obawy wcale nie poprawią naszego samopoczucia, bo jeśli będziemy komuś niepotrzebni, to nas wyrzuci, a wtedy nasz lęk wcale nas nie ochroni. Ale Pan – tak. 

Ojcze, w jakim stopniu wpływa na nas to, z jakich rodzin się wywodzimy? Czy przeszłość nas determinuje? Innymi słowy – jesteśmy wierzącymi, kroczymy za Panem krócej bądź dłużej, ale mamy pewne dziedzictwo naszych przodków. Jeżeli to były dramatyczne historie, złorzeczenia od najbliższych, przekleństwa, to czy wystarczy tylko, że będę prowadził życie duchowe, sakramentalne, czy jeszcze muszę zrobić coś więcej, żeby ta zła przeszłość nie miała na mnie tak dużego wpływu? 

Środowisko, w którym żyjemy, jest ogromnie ważne. Jeżeli wywodzimy się ze środowisk, rodzin, w których był lęk, niepokój, dominowało martwienie się, narzekanie, to nie ma co się dziwić, że tym nasiąknęliśmy. Nawet w sytuacji, kiedy jest dobrze, będziemy narzekać, lękać się, niepokoić, bo zostaliśmy tak ukształtowani. Kto z kim przestaje, takim się staje. Rodzina ma ogromny wpływ na nas. Nawet życie sakramentalne niewiele tutaj zmieni, bo nie działa automatycznie. Sakrament jest ważny, ale nas nie zmieni. Musimy chcieć się zmienić, zacząć inaczej myśleć. Kiedy Jezus rozpoczynał Swoją działalność, wzywał do nawrócenia: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Słowo „nawrócenie” oznacza zmianę myślenia, a więc negatywnych myśli, a wraz z nimi – negatywnych uczuć, do których człowiek się przyzwyczaił, które się rozwinęły. Zacznij inaczej myśleć i żyć. Eucharystia, sakrament pokuty, inne sakramenty, modlitwa – będą pomocne. Ale musisz też włożyć trud i wysiłek, aby przezwyciężyć myślenie, które odziedziczyłeś po swoich rodzicach czy przodkach. Uczucia, którym ulegałeś – złości, gniewu – trzeba świadomie pokonywać w sobie. Można powiedzieć, że to właśnie są ci Madianici, którzy od czasu do czasu przychodzą i nas niszczą, zabierają radość, pokój, nadzieję. Człowiek żyje w lęku. Zaczyna martwić się czymś, czego jeszcze nie ma, ale spodziewa się, że nadejdzie i nie będzie dobre i to go paraliżuje. Wtedy ani modlitwa, ani nawet sakramenty niewiele zmienią, bo człowiek potrzebuje Słowa Bożego, które odwraca jego wzrok od tragicznej sytuacji, której się przypatruje, o której myśli i pomaga zwrócić całą uwagę na Pana. Jeżeli odkryjemy Boga, naprawdę będziemy się cieszyć, nieważne, co nas spotka. Ważne, że żyjemy. Często w czasie rekolekcji zachęcam do cieszenia się życiem. Kiedy budzę się rano, abym zobaczył, jak moja klatka piersiowa podnosi się do góry i opada na dół – to znak, że żyję, jest we mnie tchnienie Boga, czyli On chce, abym żył, On się mną zainteresował i daje mi cały dzień, abym się cieszył, abym poprzez życie, które akceptuję, oddał Mu chwałę. To jest najpiękniejsze. Wtedy sakramenty bardzo pomagają, bo uświadamiam sobie, że Eucharystia czy modlitwa jest spotkaniem z Panem, to źródło doświadczenia Kogoś, kto rano daje mi tchnienie życia. Jeśli już na początku dnia wyrażam radość z tego, że żyję, to będę miał inne nastawienie w ciągu dnia. Łatwiej będzie mi przyjąć i uradować się czymś, jeśli świadomie wybiorę radość. Jeśli postanowię sobie, że teraz wybiegnę na zewnątrz, poskaczę po podwórku, przypatrzę się ptakom, zobaczę kołyszące się liście na wietrze, promień słońca, krople deszczu, wrócę do domu, dostrzegę współmałżonka, dziecko, uraduję się nimi, to otwieram się całkowicie na radość. Nieważne, że coś mnie boli, że mam taki czy inny problem – ważne, że żyję, że mam bliskie osoby, że mogę do kogoś się odezwać, z kimś się spotkać. Cieszę się tym, to staje się najważniejsze. Jeżeli zacznę to codziennie rozwijać, to z każdym dniem będzie łatwiej. Wtedy nieważne, co mnie spotka – ważne, że jest Pan, który daje mi życie. I tym się cieszę, a sytuacje zewnętrzne, nawet jeśli się nie zmienią, nawet jeśli nie potoczą się po mojej myśli, nie będą już miały znaczenia. Ważne, że wewnętrznie czuję radość i pokój, a dzięki temu sobie poradzę. Jest ze mną Pan, więc rozwiążę ten problem, przejdę przez tę chorobę, uporam się z tym nieszczęściem. I zamiast skupiać się na tym, co zabija, kradnie radość, skupiam się na Tym, który ją daje. 

Myślę jednak, że niełatwo jest wejść na drogę dziękczynienia i uwielbienia, które, tak jak Ojciec mówił, jest niedoceniane, zapominane, mało praktykowane w naszym życiu duchowym, choć właśnie przez nie możemy doświadczyć uwolnienia. Skąd biorą się te problemy, że tak trudno jest nam Panu Bogu dziękować i uwielbiać Go, skoro jest to tak ważne? 

Odpowiem na własnym przykładzie: na początku, podobnie jak inni, martwiłem się czy popadałem w smutek, złość i modliłem się: „Panie Boże, pomóż mi jakoś się z tym uporać, zmień to, bo nie chcę być zły, chodzić smutny, ponury, zmień mnie”. Ale taka czy inna modlitwa wcale nie działała. Prosiłem, a uczucia robiły swoje. Sytuacje też nie były sprzyjające, jakaś reprymenda od przełożonego, decyzja nie po mojej myśli, dołujące sprawy – to wszystko sprawiało, że chodziłem smutny, czasem zły, brałem sobie do głowy, co będzie, martwiłem się. Ale kiedy wybierałem nie smutek, martwienie się, złość czy gniew, ale radość, pokój, wdzięczność za taką sytuację, nawet za przykre słowa, kiedy zaczynałem Bogu dziękować, ta sama modlitwa nagle zaczynała działać. Pojawiała się radość, pokój, chęć życia, wdzięczność, mało tego – nie czułem urazy do kogoś, kto mnie zranił czy powiedział przykre słowo. To się nie liczy, ważne, że jest ten człowiek. Dzisiaj mi powiedział przykre słowa rano, a wieczorem się spotykamy, rozmawiamy i cieszymy się, że jesteśmy razem. Taki czy inny problem nie jest wart tego, aby nim się zamartwiać. Zacząłem świadomie wybierać drogę radości, pokoju, dziękczynienia. Nie oczekiwałem, że to przyjdzie samo, że będę się modlił i nagle poczuję radość, pokój, szczęście. Próbowałem mimo trudności uśmiechać się, cieszyć się jak dziecko, dziękować Panu Bogu, nie rozumiejąc, co się dzieje i dlaczego. Wtedy wszystko zaczęło się zmieniać. Nagle doświadczyłem, jakbym wszedł na inną drogę – już nie smutku, martwienia się, złości, gniewu, negatywnych uczuć, ale drogę, na której jest wszystko to, co najlepsze. Wtedy zacząłem odkrywać, że Bóg się do mnie uśmiecha. Promień słońca, ciepło, które czuję na twarzy, to dotyk Boga: „Dzięki Ci! Tylu jest ludzi na świecie, a Ty akurat teraz mnie dotknąłeś”. Wszystko zaczyna się zmieniać w umyśle, sercu, pojawiają się ciepłe uczucia. Widzę człowieka, podchodzę do niego, uściskam go, witam się, uśmiecham i nagle widzę, że on zmienia swój stosunek do mnie. Im więcej się uśmiecham, im więcej wylewam z siebie dobroci na innych, tym więcej jej do mnie wraca. Okazuje się, że co sieję, to też zbieram. Kiedy siało się złość, gniew, urazę, one wracały – ktoś był zły na mnie, niechętny, złośliwy, a teraz wszystko się zmienia. Uśmiechnąłem się, więc i ten człowiek się uśmiechnął, podałem mu rękę, podszedłem do niego, uściskałem, więc odwzajemnił serdeczność. Wrogość zamienia się w przyjaźń, wszystko zaczyna się zmieniać. A to sprawia, że w sercu pojawia się odczucie ogromnej mocy Boga, człowiek nabiera pewności, że gdyby stanął przed jakimś potężnym nieprzyjacielem, to by się nie przeraził, bo moc Boga, którą odczuwa, pokona go natychmiast. Nie ma lęku. Tam, gdzie jestem, staram się mówić o tym, żeby nie czekać, aż przyjdzie radość, pokój, szczęście, tylko świadomie wejść na ich drogę. Krocz szczęściem, dawaj je innym – ono wróci do ciebie. Krocz drogą miłości, dawaj ją innym – ona wróci do ciebie. Nie narzucaj się – po prostu ciesz się drugą osobą. Przytul, zaakceptuj, nie zmieniaj jej. Twoja obecność, miłość, radość, szczęście udzielane innym będą działać i wrócą do ciebie. 

Ojcze, czy postawa dziękczynienia, uwielbienia oznacza, że mamy zgadzać się bezkrytycznie na wszelkie zło, trudną sytuację, cierpienie, które nas spotykają? 

Na zło nie możemy się zgadzać, trzeba je natychmiast odrzucać. Ale zgadzam się na wolę Boga, który, dopuszczając to zło – choć nie jest jego autorem – wyprowadzi z niego dobro. Przyjmuję to i dziękuję, że Bóg jest, więc nie muszę się martwić, ale mogę już ucieszyć się tym dobrem. Skupiam się na dobru, którego jeszcze nie widać. Nie wiem, co to będzie, ale wiem, że skoro jest Bóg, to będzie dobrze. A ze złem walczę. Jeżeli ktoś powie mi przykre słowo, jest to złe, nie godzę się na to. Ale wiem, że przyjdzie z tego jakieś dobro. Nie wiem, jakie. Może mam być cierpliwszy, łagodniejszy? Dziękuję więc Bogu za to, że uczy mnie łagodności, otwarcia na przebaczenie. Skupiam się na tym, że jest to okazja do ćwiczenia się – bądź to w cierpliwości, bądź to w miłości, w przebaczeniu, w przyjmowaniu z poddaniem woli Bożej czegoś, czego nie rozumiem. Często jesteśmy bezradni wobec zła. Mamy np. firmę, a sytuacja ekonomiczna jest niesprzyjająca i ona upada. Nie godzimy się na to zło, które niszczy dorobek naszego życia, ale nie popadamy w rozpacz. Ufamy Bogu, że z sytuacji dla nas złej wyprowadzi dobro. Zamiast rozpaczać, przeklinać siebie, Boga i całe społeczeństwo, zaczynamy Go uwielbiać: „Boże, uwielbiamy Cię. Nie rozumiemy tego, ale uwielbiamy Cię, bo z tego zła Ty wyprowadzisz dobro. A skoro tak, to już się tym cieszymy, bo będzie o wiele lepiej po stracie tej firmy niż przedtem”. Tak samo jest ze zdrowiem czy innymi rzeczami. Bóg działa poprzez nas, więc jeśli zaczynamy otwierać się na życie, to ono zaczyna się w nas rozwijać. Często jest tak, że ktoś zamyka się na życie: „Nie chce mi się żyć, mam dość takiego życia, nienawidzę go”. A potem wychodzi za mąż i… nie może zajść w ciąże. Bo było zamknięcie się na życie. Często po wielu latach taki człowiek nie pamięta sytuacji, kiedy zamknął się na życie, ale nie wiadomo, dlaczego teraz nie może mieć dzieci. Przychodzi na modlitwę o uzdrowienie, uwolnienie i nie ma efektu – bo jest zamknięcie na życie. Najpierw osoba musi sama otworzyć się na życie, które Bóg jej dał, ucieszyć się nim, aby docenić dar nowego życia, o jakie prosi Pana Boga. Bo jeśli nie cieszysz się swoim życiem, w jaki sposób ucieszysz się życiem innego człowieka? Jeśli znienawidziłeś swoje życie, możesz też znienawidzić życie tego, którego Bóg ci da. Najpierw trzeba uporządkować swoje wewnętrzne sprawy, które nas na życie zamknęły. Tak jest z wieloma sytuacjami. Ta przestrzeń – Ofra – w której dokonuje się zło, jest ogromnie ważna. Trzeba zrozumieć, że zło ma wpływ na różne przestrzenie naszego życia, przede wszystkim brak miłości i akceptacji. Tutaj nie ma mocnych – ktoś, kto był niekochany, nieakceptowany, nieceniony będzie z tego powodu bardzo cierpiał. Jeśli te rany nie zostaną uzdrowione, w dorosłym życiu nadal będzie ofiarą, będzie łaknął miłości, akceptacji, nie uzdrowienia, tylko przytulenia, zwrócenia na siebie uwagi, żeby ktoś go docenił, zaakceptował, pogłaskał. Będzie spragniony uczuć, ciepła, miłości. Druga przestrzeń to grzech, który też wkrada się w nasze życie przez naśladownictwo. Kiedy obserwujemy grzeszne życie naszych rodziców, zaczynamy je naśladować: kłamiemy, oszukujemy, wchodzimy w pornografię, wpadamy w gniew, chowamy urazę. Tego też się w jakiś sposób uczymy od naszych bliskich. Jeśli wejdziemy w grzech i z jakiegoś powodu – np. wstydu czy lęku, że ktoś będzie źle na nas patrzył – zataimy go w sakramencie pokuty, to będzie mocno kuleć w naszym życiu i może doprowadzić do poważnych dręczeń. Później, nawet po paru latach człowiek może odkryć, że ma myśli bluźniercze i nie będzie wiedział, dlaczego. Chodzi do kościoła, modli się, spowiada, a ma takie myśli? Bo są sprawy niezałatwione, grzechy zatajone w spowiedzi, pornografia, która mocno wniknęła w jego serce i nie zostało to oczyszczone, stąd pewne konsekwencje. Gwałtowne uczucia to też jest kolejna przestrzeń. Jeśli ciągle się denerwuję, złoszczę, lękam, niepokoję, martwię, to te emocje się rozwijają i w pewnym momencie nie potrafię się inaczej zachować. Do tego mogą przyjść demony, które jeszcze bardziej niszczą w tych przestrzeniach. Jednak właśnie Ofra jest miejscem, do którego przychodzi Pan i mówi: „Jesteś dzielny, bo nie targnąłeś się na życie. Wybrałeś życie. Nie powiedziałeś »koniec, kończę ze sobą«, trwasz mimo tego umęczenia, udręczenia. Jesteś dzielny”. Z tobą jest Pan. Odkryj Go teraz i pokonaj zło, które cię niszczy, mocą Pana, który jest z tobą. Jeśli w to uwierzymy, naprawdę zaczniemy się zmieniać. Najlepsza modlitwa najlepszego charyzmatyka nic nie zmieni, jeśli sam nie wejdę mocą Boga w wewnętrzną walkę z tymi ranami, grzechami, negatywnymi uczuciami. Jeśli uwierzę w Jego obecność i zacznę walkę, może nie od razu, ale wraz z upływem czasu naprawdę zacznie się wszystko zmieniać. U opętanych możemy zaobserwować, że zamykają się na życie, demony dążą do śmierci i robią wszystko, żeby te osoby wybrały śmierć, popełniły samobójstwo, były smutne, przygnębione, udręczone, mówiły: „mam tego dość”. Natomiast tam, gdzie działa Duch Boży, nawet jeśli jakaś osoba jest sparaliżowana, na wózku, choruje czy przeżywa trudną sytuację, i tak jest radosna, otwarta na życie, mimo wszystko cieszy się nim, widzi radość w tym, w czym inni jej nie widzą. Niedawno słyszałem opowieść osoby, która miała raka jelita grubego i chodziła z woreczkiem, bo nie mogła się wypróżniać. Kiedy została uzdrowiona i nagle nie musiała już tego robić, powiedziała: „Boże, jak Ci dziękuję, jakie to fajne, jakie to cudowne, że… mogę usiąść i spokojnie się wypróżnić. Nie dostrzegałem tego wcześniej – dziękuję Ci”. Ta osoba mogła iść do ubikacji, umyć się, wstać z łóżka i zaczęła dostrzegać szczęście w tym, w czym go wcześniej nie widziała, a wydawało jej się, że jest najnieszczęśliwszą osobą, bo tu problemy w firmie, tu choroba, problemy w rodzinie, z dziećmi, same nieszczęścia. Nagle przez tę chorobę odkryła, że ma o wiele więcej powodów do radości niż smutku i zaczęła cieszyć się wszystkim: że widzi żonę, że może z nią wypić kawę, porozmawiać, iść do pracy, a nie wszyscy tak mają. Pojawia się inne myślenie. To jest właśnie nawrócenie. 

Zupełnie inne myślenie. Jednak bez łaski nie jest to wykonalne, żeby tak zmienić swoje myślenie, żeby – kiedy pojawia się sytuacja jakiegoś trudu, uciemiężenia, cierpienia – móc pozytywnie na nie zareagować. Wkroczyliśmy w teren walki duchowej – jak nie upaść na duchu, tylko ciągle wzrastać w radości życia? 

Jezus powiedział: „Beze Mnie nic uczynić nie możecie” (por. J 15,5), święty Paweł zaś napisał, że wszystko jest łaską. Wszystko, a więc nie tylko to, co jest dobre, ale również to, co jest złe. Święty Jakub pisał: „Zbliżcie się do Boga, przeciwstawiajcie się natomiast diabłu, a ucieknie od was” (por. Jk 4,7-8). Oznacza to, że kiedy zbliżamy się do Boga, wszystko zaczyna się zmieniać. Wchodzimy w głęboką, zażyłą relację z Nim i wtedy Jego obecność ma pozytywny wpływ na nas, bo przecież od Niego wyszliśmy i do Niego musimy zdążać. Jeśli odchodzimy od Boga, to zewnętrznie może nie dzieje się źle, ale wewnętrznie – na pewno zaczynamy cierpieć. Kiedy zbliżamy się do Boga, zewnętrznie może dalej dziać się źle, ale wewnętrznie wszystko zaczyna się zmieniać. Nagle człowiek czuje, że to, co się liczy w tym życiu, to właśnie obecność Boga i życie, które On daje. Tak naprawdę zostaliśmy stworzeni do życia. Jeśli to odkryjemy, nic innego nie będzie nam już potrzeba. A życiem jest dla nas Bóg. Nawet będąc dorosłym mogę żyć tak, jak dziecko, ciesząc się i niczym się nie martwiąc. Dziecko, zwłaszcza to małe, nie pracuje, ale się nie martwi, czy w coś się ubierze, czy będzie miało gdzie mieszkać. Wie, że ma rodziców, a oni się zatroszczą. Nawet jeśli zachoruje, jest mama i tata. Dziecko więc biega, skacze, bawi się i cieszy. Bóg chce, abyśmy byli jak dzieci, całkowicie Mu ufali, robili to, co do nas należy, tyle, ile potrafimy, a resztę zostawili Jemu. To jest właśnie zbliżanie się do Boga, ufanie Mu. A jeśli atakują nas demony, np. atakują naszą seksualność czy wiarę, trzeba powiedzieć: „W Imię Jezusa Chrystusa nakazuję wam, demony nieczystości, demony niewiary, pychy – idźcie precz ode mnie!”. I przepędzamy je od razu. 

Powiem szczerze, że byłem zdumiony, kiedy usłyszałem w jednej z konferencji Ojca, że sytuacje krańcowo trudne, beznadziejne są dla Pana Boga zachętą do tego, żeby rozpocząć coś nowego, żeby to, co wydaje się po ludzku już skończone, stało się wspaniałym początkiem, że to, co jest jakimś przekleństwem, może stać się skarbnicą Bożego błogosławieństwa. Czy Ojciec może rozwinąć ten temat? 

Tam, gdzie wkracza Bóg, wszystko się zmienia. Popatrzmy na krzyż Jezusa. Zanim stał się znakiem zwycięstwa, był znakiem klęski. Zanim stał się znakiem błogosławieństwa, był znakiem przekleństwa. Zanim został znakiem życia, był znakiem śmierci. Do czasu, aż zawisł na nim Jezus. Od tego momentu wszystko się zmieniło. Przekleństwo zamieniło się w błogosławieństwo, śmierć – w życie, klęska – w zwycięstwo. Wszędzie tam, gdzie wchodzi Bóg, wszystko się odwraca. Koniec staje się początkiem czegoś nowego, śmierć obfituje nowym życiem. 

Ale nie bez naszego udziału? 

Nie bez naszego udziału. To tak jak z ziarnem – aby obumarło i wydało życie, ktoś musi wrzucić je do ziemi. Pan Bóg zawarł w nim wszystko, co jest potrzebne do wzrostu. Ale człowiek musi je rzucić. Tak samo jak nasze słowa. Jeśli chcemy, żeby nasza wiara, miłość, radość wydały plon obfity, musimy się nimi posłużyć. Nie użyjemy ich – nic się nie stanie. Bóg, tak jak czytamy u św. Pawła, z góry przygotował dobro, abyśmy je pełnili (por. Ef 2,10). Wszelkie dobro, które może zaistnieć na świecie, już jest przygotowane, ale nie zaistnieje, jeśli człowiek się nie zaangażuje. Wydaje mi się, choć nie wiem, czy dobrze myślę, ale wszystkie dzieci nienarodzone, które zostały uśmiercone, mogły uczynić dobro, które Bóg przygotował. Ale nie uczynią go, bo ich nie ma. To dobro nie będzie udziałem ludzkości, bo ludzkość pozbawiła życia tych, którzy mogli je urzeczywistnić. Dlatego jeśli chcemy w swoim życiu doświadczać czegoś niezwykłego, zbliżmy się do Boga. A On już przygotował dobro, które stanie się w naszym życiu niezwykłe. Nikt za nas tego dobra nie zrobi, nie spełni, nie urzeczywistni – tylko my. Jesteśmy tak bardzo wartościowi. Bóg tak nas ceni, bo wie, jakie dobro poprzez nas zaistnieje w tym świecie dla całej ludzkości, nie tylko dla nas. Dlatego tak bardzo szanuje życie, troszczy się o nie. Diabeł, który wie o tym, robi wszystko, aby życie zabić, zniszczyć. Jeśli odkrywamy Boga, zbliżamy się do Niego, wystarczy, że się złemu przeciwstawimy. Nie musimy walczyć. Jeśli się przeciwstawimy, on ucieknie, bo będziemy jaśnieć Bogiem, będziemy mocni Jego mocą, silni Jego świętością, obecnością. 

Ojciec powiedział ciekawą rzecz – odnośnie walki duchowej – na temat czytania Słowa Bożego: „dopóki czytasz Słowo Boże, demon nie ma do ciebie dostępu, jesteś pod ochroną systemu obronnego, który mu to uniemożliwia”. Myślę, że lektura Słowa Bożego to wśród chrześcijan, katolików ciągle temat, który nie został dobrze przerobiony – zwłaszcza w kontekście tego, czego Ojciec naucza, że demon naprawdę nie znosi, kiedy rozważamy Słowo Boże. Może Ojciec ku zachęcie powie coś na ten temat? 

Słowo Boże jest to szczególny dar, szczególna łaska dla człowieka. Kiedy Adam zgrzeszył, ukrył się przed Bogiem. Nazwałbym to, że wpadł w ciemność. Nagle relacja z Bogiem została zerwana przez człowieka, utracił Go. Nie dlatego, że Bóg go porzucił, ale to człowiek Go porzucił. Wiemy, że grzech pierworodny to sytuacja, która sprawia, że ludzie sami, o własnych siłach nie mogą wrócić do Boga, odnaleźć Go, doświadczyć. Dlatego Bóg woła Adama: „Adamie, gdzie jesteś?”. To jest Słowo Boże, które sprawia, że w tych ciemnościach mimo wszystko człowiek znajduje drogę do Boga. Wie, gdzie On jest. Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas (J 1,14). Kiedy pochylam się nad Słowem Bożym, w mojej duszy, która może być ogarnięta ciemnością grzechu, zwątpienia, niewiary, zamartwiania się, przykrych doświadczeń, nagle to Słowo wpada jak promień światła i rozprasza ciemności, one wychodzą na zewnątrz. W tym momencie diabeł jest bezsilny, bo światło ogarnia miejsce, gdzie była ciemność. Kiedy w pomieszczeniu zapalimy światło, ciemność jest na zewnątrz, nie może wejść, bo tu panuje światło. Dopóki ono jest, ona nie wejdzie. Jeśli ktoś je wyłączy, wtedy ciemność momentalnie zaleje dane pomieszczenie. Tak samo jest ze Słowem Bożym – ono ogarnia nas i dopóki tak się dzieje, ciemność jest na zewnątrz, zło jest bezsilne. Czeka jednak, kiedy człowiek przestanie go słuchać, czytać. Jeśli zaczynamy żyć Słowem Bożym, to jesteśmy w świetle, jakby zanurzeni w Słowie, a więc chronieni. Ono jest jak miecz obosieczny – oddziela we mnie to, co jest ciemnością, czyli grzech, moje złe skłonności, wady, negatywne uczucia, złe myślenie, a z drugiej strony pokonuje demony, które wykorzystywały mój lęk, nałogi, uzależnienia. Moc Słowa Bożego jest tak ogromna, że jeśli człowiek wprowadza je w życie, jeśli nim się kieruje w codzienności, okazuje się, że ono jest skuteczne. Słowem Bożym mogę pokonać każdego demona, jak Jezus na pustyni. To nie jest tylko takie czy inne mądre zdanie, lecz żywa obecność Jezusa. Słowo stało się ciałem. Kiedy go słuchamy, tak naprawdę otwieramy się na Jezusa, On wchodzi w nas i rozświetla to, co jest w ciemnościach. Dzięki Słowu zbliżam się do Boga, więc mogę później przeciwstawić się diabłu. Nie wynika to z tego, że jestem lepszy od demona, ale z tego, że Pan jest ze mną. Kiedy na przykład dziecko idzie z ojcem i nagle warknie jakiś pies, malec krzyczy na niego: „Idź precz! Odejdź!”. Pies posłucha, bo… jest ojciec, ktoś większy. On nie boi się dziecka, tylko osoby, która z nim jest. Podobnie demony – jeśli im rozkazujemy, a widzą, że jesteśmy sami, to nie posłuchają, ale jeśli widzą w nas Jezusa, od razu wiedzą, kto to jest. 

Demonom nie podoba się słuchanie Słowa Bożego, mieliśmy też okazję dowiedzieć się, że możemy wielokrotnie uczestniczyć we mszy świętej, spotkaniach modlitewnych, a jednak mieć uszy zamknięte. To problem, z którym trzeba się uporać, żeby Słowo Boże rzeczywiście do nas docierało, a nie obijało się o uszy. Jezus mówi: „Mają uszy, a nie słyszą”. 

Można słuchać, ale nie słyszeć, czyli nie przyjmować do swojego życia, nie odbierać Słowa jako skierowanego bezpośrednio do siebie, nie pozwalać, aby to Słowo nas przemieniało. Tymczasem jeśli ono mówi: „nie bój się, nie lękaj, bo jestem z tobą”, to muszę to przyjąć i rzeczywiście przestać się bać. To Słowo nie sprawi, że przestanę się lękać, ale muszę je przyjąć i zrobić to, do czego ono wzywa. Święty – chyba Franciszek Ksawery – nieraz odczuwał lęk, bał się ciemności i prosił Pana, aby ten lęk od niego zabrał. Ale modlitwa nie działała. W pewnym momencie jednak usłyszał w sercu: „Jeśli chcesz pozbyć się tego lęku, zmierz się z nim. Wyjdź i stań w ciemności”. Zaczął to robić i… przestał się jej lękać. Doszedł do takiej odwagi, że demony zaczęły się go bać. Później każda jego modlitwa o uwolnienie była skuteczna, bo się nie bał, nie uciekał od zagrożeń, tylko wychodził im naprzeciw, mówiąc: „Pan jest ze mną, nie będę się bał tej ciemności”. W czasie egzorcyzmów zresztą widać, jaka jest ogromna złość i nienawiść do egzorcystów czy kapłanów, którzy pomagają, a jednak złe duchy nic nie mogą zrobić. Mówią: „Zabiłbym cię, gdyby nie Jezus, gdyby nie Bóg, który mi nie pozwala, który cię chroni”. To niezwykłe, że jeśli uwierzymy, że Pan jest z nami, nic złego nam się nie stanie. Wiele jest takich świadectw osób, które wychodzą z największych opresji, bo zaufały Panu. 

Może skończymy modlitwą za osoby, które będą odbiorcami tego wywiadu, a znajdują się właśnie w takiej sytuacji, jak Gedeon, czyli mają swoją Ofrę i wydaje się im, że to życie już do niczego dobrego doprowadzić nie może, są na skraju wytrzymałości psychicznej, finansowej czy duchowej. 

Panie Jezu, wejrzyj na wszystkie osoby, które będą czytać te słowa i okaż im Swoje miłosierdzie. Niech każda z nich, która stanie z odwagą przy Tobie, a sprzeciwi się złemu, doświadczy łaski Twego miłosierdzia. Niech od tej osoby odejdą wszelkie demony, niech bicz, którym się posługują, zadając ludziom ból i cierpienie, zostanie skierowany przeciwko nim samym. Niech mocą Twojego Świętego Ducha doświadczą uzdrowienia i uwolnienia. Niech odejdzie od nich lęk i niepokój, a spłynie radość, niech doświadczą Twojej świętej obecności. Polecam Ci każdą osobę, która jest udręczona psychicznie, nie tylko fizycznie, której trudno jest uwierzyć, że Ty jesteś z nią. Spraw, aby jej nawet maleńki wysiłek otworzył jej serce na Twoje światło. A ono niech rozproszy wszelkie ciemności i sprawi, że poczuje w sercu radość i pokój, Twoją świętą obecność. Niech wszelkie demony odejdą od tych osób, które tego tak bardzo potrzebują i o to proszą. A wszystkie sytuacje zewnętrzne, które są niesprzyjające, które napełniają serce lękiem, zmartwieniem, złością i gniewem, niech już nie mają na nie żadnego wpływu. Niech ich serce całkowicie się odmieni i wypełni miłością, radością i pokojem. Niech zmierzą się z tymi sytuacjami z odwagą, wierząc i ufając całkowicie Tobie. Niech Twoja obecność, moc z wysoka, nieustannie im towarzyszy, a ja ich błogosławię w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen. 

Bardzo dziękujemy, Ojcze. 

 

Toruń, 15 lutego 2015 r. Wywiad został autoryzowany. 

Artykuł z "Posłania" 3/2015