W życiu wszystko jest łaską

O przypadkach nieprzypadkowych, koncercie uwielbieniowym „Jednego Serca, jednego Ducha” i modlitwie różańcowej, która daje wolność z Janem Budziaszkiem rozmawia Renata Czerwińska.

Spotykamy się w przeddzień Tygodnia Kultury Chrześcijańskiej w Bydgoszczy, podczas którego będzie się Pan dzielił swoim świadectwem wiary z więźniami i uczniami. No właśnie, jak dokonało się Pańskie nawrócenie?

Musimy zacząć od tego, że każdy człowiek ma swój czas spotkania z Panem Bogiem. Jeden ma w kołysce, inny ma na łożu śmierci – każdy z nas inaczej. Dlaczego tak się dzieje – nie wiem. Podobno dowiemy się o tym 5 minut po śmierci. I musimy od razu powiedzieć, że to żadna zasługa. Natomiast ostrożnie, jeśli chodzi o „nawrócenie”, dlatego że nie ma takiego pojęcia, że można się raz nawrócić. Nawracamy się tysiąc razy dziennie. Przed każdym krokiem, który chcę zrobić, słowem, które chcę powiedzieć, nawet myślą – odwracam się od mojego ludzkiego sposobu reagowania, a nawracam się do mojego Mistrza, który wisi na Krzyżu i pytam: „Panie mój, co Ty byś teraz zrobił na moim miejscu?”. Jeżeli więc ktoś by mi powiedział, że się nawrócił 15 lat temu, to mogę powiedzieć na moją odpowiedzialność: bzdura, nie ma takiej możliwości, że można się nawrócić raz w życiu. Te wszystkie transparenty, które wiszą w kościołach w okresie Wielkiego Postu: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” nie miałyby sensu, bo ktoś ze wspólnoty modlitewnej mógłby powiedzieć: „Przepraszam bardzo, ale to mnie nie dotyczy”. Nawracamy się tysiąc razy dziennie. Natomiast spotkanie z Panem Bogiem każdy ma inne.

Mnie nie kopnął koń ani nie przeżyłem jakiegoś szoku, jak Radek Pazura, który przeszedł śmierć kliniczną, czy Rysiek Rynkowski albo Irek Dudek, którzy przeżywali szok na pogrzebie swoich dzieci. Po prostu tak zwanym przypadkiem nieprzypadkowym moja mama ponad 40 lat o to się modliła – i stało się. Poszedłem odprowadzić Niemców na Wawel, na pielgrzymkę krakowską do Częstochowy. Wyszedłem z domu w podkoszulku, w klapkach i… po sześciu dniach doszedłem do Częstochowy bez kromki chleba, bez szczoteczki do zębów. Jeszcze nic nie wskazywało na to, że coś się zmieni. Absolutnie nie wiem, jak to się stało, że tam wylądowałem. Dopiero dzisiaj, po latach, dociera do mnie ten głos: „to Ja ciebie wybrałem, jesteś dla Mnie bardzo ważny, taki, jaki jesteś”. Dlatego mówię, że nawrócenie wciąż jest przed nami. Codziennie Bóg daje nam znaki, a my wciąż szukamy zupełnie innych.

Kiedy analizuję dzisiaj wszystko, co się wydarzyło w moim życiu, wierzę, że Ktoś to bardzo dokładnie zaplanował. Pierwsza sprawa: miałem się w ogóle nie narodzić. Moja mama była w tragicznej sytuacji, ojciec był w więzieniu. Ofiarowała mnie Matce Bożej, a potem przez całe życie codziennie modliła się za mnie trzecią tajemnicą bolesną: „żeby syn nie bał się wyszydzenia z powodu Jezusa”. Później zacząłem się zastanawiać, dlaczego moja mama ofiarowała mnie Matce Bożej, a nie moją starszą siostrę czy brata, dlaczego moja babcia, będąc na wiosnę 1947 roku w Niepokalanowie, zapisała do Rycerstwa Niepokalanej mnie, a nie mojego starszego brata czy starszych kuzynów… dlaczego, dlaczego, dlaczego. Dlaczego na mojej legitymacji Rycerstwa Niepokalanej - odkryłem to mając 46 lat, już dawno jeździłem po świecie z różańcem – widnieje własnoręczny podpis jego założyciela, czyli św. Maksymiliana… Dlaczego Ojciec Święty na Watykanie w Sali Klementyńskiej robi zdjęcia, przechodząc od grupy do grupy i nagle zatrzymuje się przy mnie, chwyta za rękę, przez minutę ma zamknięte oczy i mówi: „Matka Boża wie o tym i błogosławi ci”. Ja tego nie chciałem, nie pragnąłem, a nagle zacząłem pisać Dzienniczek, i teraz już nie mam spokoju od Los Angeles do Moskwy i jeszcze gdzieś dalej. Tak więc ze słowem „nawrócenie” ostrożnie, bo to dopiero przed nami.

Nie używając w takim razie słowa nawrócenie… Po tym wydarzeniu został pan w środowisku muzyków. Jak oni na to reagują?

To jest bardzo rozległy temat. Z jednej strony gram z muzykami bardzo mocno będącymi na drodze Bożej, a z drugiej strony z takimi, którzy nie są na niej. Gdyby moi koledzy muzycy zobaczyli we mnie najpierw człowieka pobożnego, skreśliliby mnie natychmiast. Oni muszą zobaczyć faceta, z którym jest przyjemnie zjeść kolację, pobiesiadować, a przede wszystkim człowieka, na którym mogą polegać 24 godziny na dobę, o każdej porze dnia i nocy. Zawsze w czasie moich rekolekcji piątą tajemnicę radosną – odnalezienie Pana Jezusa w świątyni – kończę takim zdaniem: „Gdyby ktokolwiek z was zobaczył we mnie więcej pobożności niż miłosiernej miłości, proszę odstrzelić mnie w pierwszej kolejności”.

„Zaduszki jazzowe” można nazwać darem dla środowiska muzycznego – to przede wszystkim modlitwa za dusze czyśćcowe…

Zawsze mówię, że cokolwiek się stało w moim życiu, nie jestem tego autorem. Zaduszki jazzowe – akurat mamy listopad – ich początek był taki: pisałem kartkę na wypominki, wpisałem babcie, ciotki i zostało mi trochę miejsca. Pomyślałem, że szkoda by zostawiać to miejsce i nagle mi się wpisało Luis Armstrong, Duke Ellington… Chciałem ją złożyć u mnie w kościele, ale pomyślałem, że ci muzycy tak mocno wpłynęli na moją edukację muzyczną – bo nie spędziłem w szkole muzycznej pięciu minut – że im trzeba zamówić mszę świętą. Nie mogłem zamówić jej u mnie w parafii, wiec zrobiłem to u dominikanów. O. Rafał Skibiński, który celebrował tę pierwszą mszę, powiedział po niej, że wydarzyło się coś wielkiego i że spotykamy się za rok, by dalej modlić za zmarłych. Ta msza miała być tylko raz, a jest sprawowana już 24 lata – a od kilku lat nawet w Gdańsku, w Warszawie, we Wrocławiu, w Częstochowie…

To było akurat po śmierci Andrzeja Zauchy i biegłem na tę mszę do dominikanów. Wtedy sobie uświadomiłem, że to nie ja wymyśliłem, tylko że duszom moich kolegów – muzyków łatwiej było dotrzeć do mnie niż do innych muzyków, żeby tę modlitwę zorganizować. Podobnie było z koncertem Jednego Serca w Rzeszowie. Co najmniej kilkanaście lat chodziłem po wszystkich duszpasterstwach akademickich w Polsce, żeby zorganizować koncert samych hitów. Stawiałem tylko warunek, że to wszystko, czyli technika, scena, nagłośnienie, światło, scenografia, musi być na najwyższym światowym poziomie. To nie może być przypadkowy zespolik z jedną gitarką, tylko pełna orkiestra symfoniczna, dobra sekcja rytmiczna no i chór, a przede wszystkim ludzie, którzy się modlą. Wszyscy mądrze kiwali głowami, że dobry pomysł, tylko trzeba uzbierać pieniądze, bo to wszystko kosztuje… W święto Bożego Ciała nie było jeszcze w Polsce w ogóle koncertów. Modliłem się: „Panie Boże, jeśli pozwolisz mi zorganizować ten koncert, to na drugi dzień będziesz mnie mógł zabrać z tego świata”. Pan Bóg mnie wysłuchał połowicznie, bo już 8 lat to trwa i końca nie widać. Proszę nie mówić, że ja coś tu znaczę. Ktoś się mną posługuje jako człowiekiem, którego posyła do wykonania konkretnego dzieła.

Podobno każdy z koncertów Jednego Serca, Jednego Ducha to historia zawierzenia Bożej Opatrzności. Proszę opowiedzieć coś więcej na ten temat.

Na dziesięciolecie mam napisać całą historię wszystkich koncertów, ale powiem tylko taki jeden przykład. W 2007 roku, po koncercie codziennie w czasie Eucharystii, kiedy kapłan unosił Pana Jezusa do góry, mówiłem: „Jesteś tak blisko, tylu ludzi przyjeżdża z całego świata na tę modlitwę… możesz spowodować, żeby była pogoda, żeby nie stali w tym deszczu i wodzie”. I tak codziennie modliłem się w czasie Eucharystii, przez cały rok. W 2008 roku mieliśmy o 2 metry za krótki dach i nie tylko ludzie byli zmoczeni, ale i my, cały przód sceny. Takiej ulewy świat nie widział, jaka była na tym koncercie. Kilkanaście tysięcy ludzi, bez parasoli, bez niczego, w ścianie wody. Ale to był najlepszy koncert ze wszystkich. Tylu uzdrowień fizycznych i duchowych nie było na żadnym koncercie. Jeden Rosjanin, prawosławny – kilka lat temu miałem rekolekcje w katedrze moskiewskiej i od tego czasu przyjeżdżają zawsze Rosjanie, pełen autobus, prawosławni i protestanci, bo tam wśród ludu Bożego nie robią różnic miedzy sobą – przez 15 lat miał problemy z artretyzmem, w ogóle nie ruszał kolanem. Był bardzo zamożny, leczył się w najwspanialszych klinikach w Rosji, i nic. W czasie tego koncertu został uzdrowiony. Skakał trzy godziny w błocie, w deszczu, a na drugi dzień przeszedł na kolanach dookoła obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.

Powiedział Pan kiedyś o zaufaniu: „Odnoszę wrażenie, jakbym brał udział w genialnej sztuce teatralnej, nad którą czuwa fenomenalny reżyser, który mówi do mnie codziennie: »Janku, będziesz szczęśliwy tylko wtedy, kiedy rozegrasz dzień dzisiejszy z takimi aktorami — z takimi ludźmi — których Ja postawię na twojej drodze. Ty niczego nie wymyślaj”. Czy to łatwe dochować tutaj wierności, żyć w całkowitym zaufaniu? Nie chce się Panu czasem ponarzekać?

Często chciałbym zupełnie inaczej, niż to się odbywa, ale kiedy już zawiodą mnie wszystkie ludzkie metody, idę przed Najświętszy Sakrament i natychmiast słyszę głos: „I po co żeś się chłopie tak męczył? Nie trzeba było od razu przyjść?”. Jak ważne jest to w życiu, jeśli się uda żyć tym rytem. W ostatniej książce opisuję spotkanie z dziewczyną z domu opieki społecznej, która nie miała rąk ani nóg. Nie powiedziała do mnie ani słowa, a przeżyłem najpiękniejsze rekolekcje w moim życiu. Moja idea, z którą jeżdżę po więzieniach, po domach opieki społecznej czy ośrodkach dla narkomanów, jest taka, że każdy człowiek, dopóki chodzi swoimi butami na tej planecie, jest w czymś najlepszy na świecie. Mało że lepszy ode mnie, to w czymś jedynym, niepowtarzalnym jest najwspanialszy na całej kuli ziemskiej. Tu jest też kwestia nawrócenia. Ile razy uda mi się nawrócić, tzn. zatrzymać się przed konkretnym człowiekiem czy sytuacją i zapytać: „Panie Boże, czego chcesz ode mnie teraz?”, w tym momencie zaczynają się dziać cuda. A kiedy zaczynam działać po ludzku, nic wielkiego się nie wydarzy. Tylko wtedy, kiedy jestem słaby, kiedy czegoś nie wiem, dopiero wtedy zaczynają się dziać cuda. Tylko jeden warunek: „Teraz Ty, Panie ”.

Miałem rekolekcje w miejscowości, w której był dom opieki społecznej, a potem siostry prowadzące go zaprosiły mnie na obiad, a przełożona powiedziała: „Panie Janeczku, zechciałby pan odwiedzić nasze skarby?”. Zgodziłem się. Otworzyły się pierwsze drzwi, kilkanaście łóżek i… totalnie mnie zamurowało. Kiedy ktoś nie ma rąk ani nóg, to jeszcze nic. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem, że głowa może być pięć razy większa od tułowia. Był tam taki chłopaczek około 5 lat, nie miał rąk, z jednego ramienia sterczały mu cztery paluszki. Miał normalną buźkę, natomiast głowę ponad 5 razy większą od tułowia… Kiedy stanąłem przed tymi pacjentami, ponieważ jestem raptus, od razu zacząłem się kłócić z Panem Bogiem: „Podobno niektórzy mówią, że jesteś doskonałą miłością, tak?! I że jesteś wszechmogący, tak?! To dlaczego dopuściłeś do tego, że ci ludzie w takiej formie, w takim kształcie…”. I nagle ni stad, ni zowąd, pojawiła mi się taka myśl: „I tak się tego tutaj na ziemi nie dowiesz, bo kto wie, czy ktoś z trzeciego czy czwartego pokolenia tego pacjenta nie potrzebuje takiej ofiary”. I od razu pojawiła się druga myśl, z którą jeżdżę po świecie, że każdy człowiek, którego spotykam – nieważne, czy ma dwa lata, czy 70, w jakim jest stanie – jest w czymś lepszy ode mnie i w czymś jedyny i niepowtarzalny na całej kuli ziemskiej, nie ma drugiego takiego człowieka. Zrozumiałem, że tej soboty dostałem łaskę, że mogłem się z tymi ludźmi spotkać. Wchodzę więc na salę, idę od łóżka do łóżka, i każdego z tych pacjentów staram się pogłaskać po twarzy. Nie było z nimi żadnego kontaktu, czasem ktoś wydał jakiś nieartykułowany dźwięk, czasem nie. W końcu zatrzymałem się przy dziewczynie około dwudziestoletniej, która miała tak nieprawdopodobnie piękną twarz, że mnie zamurowało i pomyślałem sobie: „Myślałem, że moja żona jest najpiękniejsza na świecie, ale…”. Niebiańska twarz, anioł, miała spięty długi, czarny warkocz, oczy czarne, nieruchomo wbite w sufit. Zatkało mnie, nie mogłem złapać oddechu. Patrzę na nią – nie miała rąk ani nóg, leżał tylko kadłubek. Zacząłem jej machać ręką przed oczami – najmniejszej reakcji. Ale położyłem jej rękę na twarzy i zacząłem ją głaskać. I w tym momencie ta nieruchoma przed chwileczką głowa tak nieprawdopodobnie mocno zaczęła naciskać na moją rękę, że nie mogłem jej utrzymać. Przyszła mi myśl: „To nie ma najmniejszego znaczenia, czy mnie zakopią jutro czy pojutrze do ziemi z rękami i nogami, a tę dziewczynę bez rąk i bez nóg”.

Był to akurat koniec listopada i zaczął padać śnieg. W wyobraźni pojawiły mi się wycieraczki w moim samochodzie i przypomniało mi się, jak ściągają płatki śniegu z szyby. Wtedy pomyślałem: „Nasze życie na ziemi to jest taki płatek śniegu”. Każdy z nich jest w doskonały W formie i kształcie, ale nie ma dwóch takich samych. Tak samo jest z nami, ludźmi. Jeden płatek śniegu żyje kilka minut, są takie, które nie dolatują do ziemi. Niedawno byłem na Syberii – tam śnieg leży cały rok. Podobnie jest z ludźmi: ktoś żyje kilka godzin, moja starsza siostra – dwa tygodnie, ktoś inny żyje ponad 90 lat, a biorąc pod uwagę czas wszechświata, to jest wszystko ułamek sekundy, mgnienie oka. Zostaliśmy spuszczeni na tę planetę przez Miłość doskonałą do wykonania jakiegoś dzieła miłości. Wykonamy je – ktoś szybciej, ktoś dłużej – potem się zestarzejemy, zakopią nas półtora metra pod ziemią, robaki będą miały uciechę, A polecimy dalej. Zrodziła się we mnie jeszcze jedna myśl podczas tego spotkania – rzuciła mnie ona na nowe tory. Zacząłem sobie uświadamiać, że ile razy do tej pory rozpatrywałem problem człowieka, zawsze robiłem to tylko dwuwymiarowo, albo fizycznie, albo intelektualnie: albo ktoś jest ładny, albo ktoś jest mądry. I nagle tak bardzo mocno mi zagrało, że o mało mi głowy nie rozsadziło, że to, co najważniejsze we mnie, to, co powoduje, że widzę, słyszę, czuję, to było, jest i będzie, i to jest nieśmiertelne. Proszę mi wierzyć, przeczytałem parę książek w moim życiu, odbyłem niejedne rekolekcje, ale żadne z nich nie uświadomiły mi tego aż tak bardzo.

Jest Pan autorem rozważań różańcowych, powiedział też Pan kiedyś, że różaniec jest drogą wolności. Co to oznacza?

Człowiek jest prawdziwie wolny dopiero wtedy, kiedy nie ma nic do stracenia. Mam taką świadomość, że we wszystkim, cokolwiek dostałem w życiu, jest zero mojej zasługi. Nie spędziłem ani pięciu minut w szkole muzycznej, a objechałem kulę ziemską, wiele lat grałem z największymi muzykami jazzowymi świata na wszystkich kontynentach. Nie studiowałem polonistyki, żadnej filologii, a napisałem dziesięć książek, które są tłumaczone na różne języki. Nie uczyłem się filozofii, teologii, a głoszę rekolekcje w seminariach duchownych i na całym świecie. Mam świadomość, że wszytko, co mam, dostałem. Zawsze się modlę w ostatniej tajemnicy chwalebnej: „Gdybyś mi wszystko zabierała, to proszę cię, nie zważaj na moje protesty”. Wiadomo, że reagujemy po ludzku i dopóki się człowiek nie nawróci – wracając do pierwszego pytania z naszej rozmowy –zawsze będzie błądzić. Nie odważyłbym się pójść do jakiegokolwiek wydawnictwa, żeby wydać jakąkolwiek moją książkę. Nie odważyłbym się pójść do zespołu muzycznego, żeby mnie ktoś zaprosił do współpracy jako perkusistę. Nie odważyłbym się pójść do jakiegokolwiek duszpasterza, żeby mnie zaprosił na konferencję czy na całe rekolekcje, a bez przerwy ktoś mnie zaprasza. Można być prawdziwie wolnym człowiekiem nawet na środku Placu Czerwonego w czasach największego reżimu komunistycznego, można być najbardziej wolnym człowiekiem w każdym więzieniu. Musimy wiedzieć, że chrześcijanin musi jeszcze doświadczyć wielu rzeczy. Na świecie co dwie minuty ginie chrześcijanin. W Polsce jeszcze nie giniemy, ale jesteśmy na dobrej drodze do tego. Pan Jezus mówił: „Jak Mnie prześladowali, tak i was prześladować będą”. Chrześcijaństwo jest mocne na grobach męczenników. Musimy się spodziewać, że będą nas zabijać. W wolności nie jestem więc przywiązany przez żadną rzecz. Polecam przy okazji wszystkim do nauczenia się na pamięć rosyjskiego filmu Wyspa. Trzeba go zobaczyć 20 razy. Wiesz, że Mamonow – grający głównego bohatera - po filmie zwariował? O mało się nie zapił na śmierć, na szczęście jego żona tak zwanym „przypadkiem nieprzypadkowym” poznała kapłana prawosławnego i teraz Mamonow od dwóch lat jest na pustelni na kolanach. Mówię: „Zapraszacie Budziaszka do Rosji, a tam macie człowieka, Mamonowa, który sto razy lepiej głosi Chrystusa ode mnie”. Był kultowym aktorem i muzykiem bluesowym – to, co można o nim znaleźć w internecie, jest przerażające. Dostał łaskę zagrania w filmie i teraz taka jest jego droga. W środowisku muzyków w Polsce jedyny temat to Wyspa. Kiedy tylko jest ciężko – od razu wraca się doWyspy. A propos wolności - kiedy nam się otwierają drzwi do nieba? Doświadczył tego Dobry Łotr – Dyzmas, który wisiał na krzyżu obok Pana Jezusa, uderzając się we własne piersi, a nie w piersi sąsiada. Spowiadamy się czasem: „pogrzeszyłem, narobiłem dziadostwa, ale gdyby nie ten czy ta, to bym tego nie zrobił”. Dyzmas powiedział: „To, że wiszę na tym krzyżu, to moja wina, ale wspomnij na mnie w Swoim królestwie”. Pan Jezus go nie pytał, ile tych morderstw popełnił, tylko od razu mu powiedział: „Dzisiaj ze Mną będziesz w raju!” Dlaczego Anatol z Wyspy dostaje dary? Dlatego, że całe jego życie jest wołaniem: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga Żywego, ulituj się nade mną, grzesznikiem”.

A jak się ta wolność ma do różańca?

Mówię, że Pan Jezus jest wolnością, a Maryja - jedyną drogą do Jezusa. Dlaczego te tajemnice są tak podyktowane? Dlatego że dzieją się dzisiaj w naszym życiu. Ludzie zapomnieli, że mają anioła stróża, który jest po to postawiony, żeby nas prowadził. Potem druga tajemnica – chrześcijanie przyszli na świat nie po to, aby im służono, ale żeby służyć. Jeżeli chcesz zobaczyć, ile masz Boga w sercu, zobacz najpierw, jakim jesteś sługą. I dlatego też piękne hasło drugiej tajemnicy radosnej brzmi: „biada mi, aby ktokolwiek po spotkaniu ze mną zapamiętał mnie, a nie Ciebie, Panie mój i biada mi, aby ktokolwiek po spotkaniu ze mną nie odczuł obecności Żywego Boga”. Zobaczcie: przychodzi do ciotki Eli piętnastoletnia dziewczyna, po to, żeby sprzątać, prać, gotować, a ta staje jak wryta i mówi: „A skądże mi to, że Matka Boga mojego przychodzi do mnie?”. Dzisiaj wszyscy wiemy, kto to jest Matka Najświętsza, a ciotka Ela, mama Jana Chrzciciela, nie wiedziała. Trzecia tajemnica: „Dlaczego nie chcesz się narodzić w moim domu? Bo nigdy nie narodzę się w domu, w którym jedynym bogiem jest pieniądz”. Podczas pewnej audycji w Radio Maryja, którą prowadził ks. Antoni Balcerzak, powiedział on: „Panie Janku, już się audycja radiowa zaczęła, my tu puścimy taką piosenkę, a pan się do niej ustosunkuje”. To była Litania do mamony Edyty Górniak. Zastąpiono tam imię Maryi słowem „mamona” i „módl się za nami, módl się za nami”. Po piosence ksiądz mówi „No, to Panie Janku, niech pan coś powie o tym”. Czułem, że mu zależy na tym, żebym coś zarzucił tej mojej młodszej koleżance, ale odpowiedziałem inaczej: „Niech każdy z nas – i my tutaj, w studio, i wy na całym świecie, którzy słuchacie tej audycji, stanie przed lustrem i zapyta samego siebie: bez kogo naprawdę nie mógłbym żyć? Bez Boga czy bez pieniędzy? Gdybyś miał dwie szale: na jednej masz górę złota (możesz zbudować 70 kościołów, zorganizować pielgrzymki po wszystkich sanktuariach świata), a na drugiej – nie masz nic, tylko Boga. Co wybierzesz?”. Żyjemy w takich czasach, że cywilizacja techniczna nieprawdopodobnie odsunęła ludzi od Pana Boga i odcięła od przyrody. Potem mamy ofiarowanie Pana Jezusa– każdy w swoim sercu nosi na dnie jakiś skarb, marzenie. A Pan Bóg mówi: „Ja to wstrzymuję, ale dla twojego dobra. Połóż to na ołtarzu, oddaj Mi, a to cię wyzwoli. Nie wymagam od ciebie takiej ofiary, jak od Abrahama – Abraham dostał Izaaka dopiero wtedy, kiedy go położył na ołtarzu”. Potem jest odnalezienie Pana Jezusa w świątyni – najgenialniejsza uczelnia świata, z której mogą korzystać wszyscy: analfabeci, paralitycy, głuchoniemi, wystarczy przyjść przed Najświętszy Sakrament i nic nie mówić. Błąd, jaki popełniamy: przychodzimy często, ale po to, aby On spełniał naszą wolę. A mało kto przychodzi, żeby posłuchać. Czasem trzeba czekać 5 minut, czasem godzinę, ale nie zdarzyło się jeszcze, żeby nie spłynęła na mnie jakaś informacja, która jest mi najbardziej potrzebna teraz. Bardzo dużo ludzi kojarzy sobie różaniec wyłącznie z odmawianiem Pozdrowienia Anielskiego. Oczywiście, jest to bardzo ważne, dlatego Matka Boża wiele razy powtórzyła: kochane dzieci, w momencie, kiedy na ziemi mówicie Pozdrowienie Anielskie, stoję przed Bożym tronem i załatwiam wasze sprawy, a demony nie mogą was dosięgnąć, jesteście jakbyście byli za zasłoną dymną. Jeżeli byś chciał komukolwiek coś ofiarować, a nie możesz mu dać zdrowia, pieniędzy, zawsze możesz dać pięć minut swojego życia – tyle mniej więcej trwa dziesiątka różańca z krótkim rozważaniem. W tym momencie sama Matka Najświętsza modli się za niego. Ona to obiecała, nie ja. To jest czysty interes. Takimi pięciominutówkami – jedziesz samochodem, stoisz w kolejce, na poczcie - można załatwić mnóstwo.

O. Pio mówił, że modlitwa różańcowa składa się jakby z dwóch torów. Pierwszy to Pozdrowienie Anielskie, a drugi – rozważanie tajemnic różańcowych. Wydarzenia te dzieją się tu i teraz, nie 2000 lat temu. Codziennie przychodzi do ciebie twój anioł stróż na pobudkę i stajesz przed trudnym zadaniem w pierwszej tajemnicy bolesnej. Matka Teresa z Kalkuty mawiała, że jeżeli nie wiesz, jaką decyzję podjąć w życiu, spędź noc przed Przenajświętszym Sakramentem i gwarantuję ci, że rano podejmiesz dobrą decyzję, nawet gdybyś przespał ją jak Mała Tereska. Zauważmy, że gdy Pan Jezus miał coś ważnego do wykonania – uciszenie burzy, rozmnożenie chleba – zawsze usuwał się na nocną modlitwę sam. To trzeba praktykować.

Prosimy jeszcze o jakieś przesłanie dla naszych Czytelników.

Każdego dnia spotykam kogoś, kto jest w czymś lepszy ode mnie i mało, że lepszy, to w czymś jedyny, niepowtarzalny. Na całej kuli ziemskiej nie ma drugiego takiego człowieka. Czy to moja wina, że jestem takim szczęściarzem? To jest łaska. Musimy wiedzieć, że wszystko w życiu jest łaską, począwszy od tego, że pozwolono nam się urodzić. Także łaska spotkania z wami, z tobą. Nikt z nas – ani ty, ani ja – nie wie, czy się jeszcze jutro obudzimy. Być może dostaliśmy ostatnią łaskę w naszym życiu, ostatnią szansę, żeby dobrze przeżyć ten czas. Rozejdziemy się do swoich zajęć, ty do swoich, ja do swoich i powiemy sobie: wszystko w życiu jest łaską. Nie ma przypadków na świecie, a wszystko, co najlepsze, dopiero przed nami.

Toruń, 3 listopada 2010 r.

Wywiad z „Posłania” 6/2010

Zdjęcie ze strony: www.jednegoserca.pl