Jezu, Ty się tym zajmij!

Przypuszczalnie choroba taty zaczęła się przynajmniej rok temu, bo to w zeszłoroczne wakacje zobaczyłam, że czarna plama na jego ramieniu, którą pamiętam od zawsze, znacznie się powiększyła.

Kiedy jednak powiedziałam mu o tej obserwacji (której on z pewnością też musiał wcześniej dokonać), zbagatelizował moją uwagę. I tak to na długi czas przycichło, a że tata nie nosi raczej odzieży odsłaniającej ramiona, nie widziałam tej czarnej zmiany na co dzień, w związku z czym z czasem o niej zapomniałam.

Jakieś pół roku później na rękawie wiszącej na krześle koszuli taty zobaczyłam wyblakłą plamę – jakby od nie do końca spranej krwi. Do razu skojarzyłam, że jest to miejsce znamienia i podzieliłam się z nim obserwacją, że chyba tam coś się dzieje. Tata stwierdził, że się skaleczył i tak mnie zwodził jeszcze przez kilka dni, twierdząc, że się goi. Odpuściłam, bo co było robić. Pod plastrem i tak nic nie zobaczę. Po miesiącu jednak, gdy znów na koszulce taty zobaczyłam krew, zrozumiałam, że on nic z tym nie zrobi, a sytuacja jest poważna i powiadomiłam mamę o tym, co się dzieje. Ta natychmiast zaczęła suszyć mu głowę o wizytę u lekarza. W końcu dał się namówić. Nasza lekarka rodzinna, gdy zobaczyła cieknący, cuchnący płyn z rany na ramieniu, która bardzo się powiększyła, natychmiast uruchomiła kontakty i tata szybko został przyjęty do onkologa. Tam skóra na ramieniu ze zmianą została wycięta i skierowana do badań. Rozpoznanie (wszyscy się tego spodziewaliśmy, bo lekarze mówili o tym otwarcie) – czerniak złośliwy. Tata został więc skierowany na szerszą diagnostykę do bydgoskiego Centrum Onkologii (dziękujemy Bogu, że tam, gdyż personel i warunki są tam wspaniałe). Od momentu wiadomości o chorobie taty rodzina, znajomi i wszyscy, którzy zostali o to poproszeni, ruszyli do modlitewnego boju, za co będziemy dozgonnie wdzięczni. To wsparcie naprawdę się czuło.

Tata zawsze był człowiekiem głęboko religijnym, więc jego codzienna obecność na mszy świętej i zawierzenie się opiece Matki Bożej Nieustającej Pomocy z pewnością pomogły zachować mu nadspodziewanie dobry stan psychiczny. Ja również po sobie samej dawniej nie spodziewałabym się tak spokojnego podejścia do tematu nowotworu, a wtedy bardzo mocno doświadczyłam Bożej obecności, która nie pozwalała się bać. Widziałam też Bożą mądrość w tym, że dzięki wcześniejszej lekturze wszystkich książek ks. Kaczkowskiego (większość z nich zresztą dostawałam od taty na różne okazje) czułam się merytorycznie i emocjonalnie przygotowana do starcia ze śmiertelną chorobą bliskiej osoby. Duchową równowagę zapewniła mi zaś polecona mi przez moją przyjaciółkę, Dorotę modlitwa: „Panie Jezu, Ty się tym zajmij”. Wystarczyło, że odmówiłam ją tylko raz, wieczorem, przy blasku świecy i od tamtego momentu naprawdę poczułam, że COKOLWIEK się stanie, tak ma być i jesteśmy w tym bezpieczni. Dotknęła mnie niesamowita łaska zawierzenia.

W zeszłym miesiącu tata przeszedł operację wycięcia węzłów chłonnych oraz poszerzono zakres wyciętego czerniaka. Cały czas czuje się dobrze i, co najważniejsze, dalsze badania nie wykazały żadnych przerzutów, co – zważywszy, że choroba trwać musiała od dłuższego czasu – uważam za cud. Oczywiście, po ludzku mamy w tyle głowy, że to może nie być ostateczny happy end, bo teraz już dożywotnio tata musi jeździć do Bydgoszczy na kontrolę, ale cieszymy się chwilą i tym, że na ten moment jest on zdrowy. Dziękujemy Bogu za ten dar, a także wam wszystkim, którzy w tej intencji się modliliście. Polecamy się nadal. Chwała Panu!

Ewa  

Świadectwo z "Posłania" 4/2018