Teraz żyję w pełni

Jest taki slogan „żyć pełnią życia”. Często czytamy np. w poradnikach kobiecych, blogach lifestylowych lub słyszymy od trenerów personalnych: „skończ z zamartwianiem się”, „zacznij żyć dla siebie”, „wyznaczaj cele, marzenia i spełniaj je”, „rób to, co ci dyktuje głos serca” itp.

Mam na imię Paulina. Mam 34 lata. Jestem żoną od 11 lat i mamą 3 synków. Większą część życia szukałam pełni, ale nie tam, gdzie powinnam. Mądre słowa św. Augustyna: „Niespokojne serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu” potwierdzają się w moim życiu.

Wychowałam się w domu rodzinnym jako jedyne dziecko kochających rodziców. Nieślubne dziecko. Tata jest muzułmanem, mama „niepraktykującą” katoliczką. Żyliśmy bez Pana Boga, zajęci naszymi ziemskimi sprawami. Żadnych problemów zdrowotnych, materialnych, niczego nam z pozoru nie brakowało. Miałam beztroskie dzieciństwo i dorastanie, jednak, odkąd pamiętam, zawsze czułam w głębi serca wewnętrzny brak akceptacji siebie. Pamiętam z tamtego okresu ciągłe porównywanie się do koleżanek, nieuzasadnione poczucie niższości, lęk przed odrzuceniem i smutek. Pamiętam, że nawet obcy ludzie na ulicy zwracali mi uwagę, że jestem smutna i prosili, żebym się uśmiechnęła. To tłumaczy moje nastoletnie wybryki, które miały miejsce nieco później, tj. częste wyjścia do nocnych klubów, oszpecanie ciała (własnoręcznie zrobiłam sobie kolczyk w nosie), wagary, papierosy, alkohol, niestosowne słownictwo i wygląd. Robiłam wszystko, aby udowodnić sobie i innym, że jestem interesująca, ciekawa, warta uwagi. O Bogu nie myślałam wcale. Szukałam potwierdzenia wartości w ludziach i pokładałam w nich nadzieję. W tamtym czasie uwaga chłopców czy szacunek koleżanek kształtowały moją samoocenę. Pamiętam ważny szczegół z tamtego okresu. Jeden, jedyny raz szczerze zwróciłam się do Boga. Było to po zawodzie miłosnym. Poprosiłam Go wtedy o dobrego męża. Wysłuchał.

Męża poznałam w wakacje. Czuliśmy oboje, że będziemy razem. Po trzech latach wzięliśmy ślub. Oboje podjęliśmy pracę, cieszyliśmy się dobrym zdrowiem, były plany o wspólnie wybudowanym bliźniaczym domu z moimi rodzicami. Wszystko układało się idealnie. Oczekiwaliśmy pierwszego syna, później kolejnego. Teoretycznie osiągnęliśmy pełnię szczęścia. Niestety, na tym etapie życia miejsca dla Boga również zabrakło. Skutkowało to tym, że podjęliśmy z mężem błędne decyzje życiowe, które zaważyły na naszej przyszłości. Mieszkanie z rodzicami pod wspólnym dachem, choćby byli najwspanialszymi ludźmi na świecie, nie jest dobre dla młodego małżeństwa.

Niezmiennie – ciągłe poczucie niskiej wartości, porównywanie się z innymi, niedosyt dóbr tego świata, niespełnione oczekiwania, niezrozumienie i brak miłości do samej siebie, zmęczenie i nieustanna frustracja spowodowały, że postanowiłam odejść od męża w poszukiwaniu szczęścia, „zawalczyć o siebie” – jak mówi duch tego świata. Myślę o sobie z tamtego czasu jako o nieszczęśliwym, zagubionym, zniewolonym dziecku. Ale jak mogło być inaczej, skoro nie było w moim życiu Boga? A to On przecież jest Drogą i Światłem rozpraszającym ciemność. To On nadaje sens, wartość, tożsamość. Wypełnia pustkę. Daje wolność. Mówi się, że jak nie ma miejsca dla Boga, to robi się przestrzeń dla nieprzyjaciela. Zły korzystał i robił swoje. Siał spustoszenie w mojej rodzinie. Rany i ból były nieuniknione, ale zapoczątkowały nowe życie. Bóg przekuł je w dobro. Nie byłoby dziś mojej rodziny, gdyby nie miłosierdzie Boże.

Ponieważ wszystko, na czym polegaliśmy i budowaliśmy, zawiodło, mąż – chcąc ratować nasze małżeństwo – zwrócił się ku Bogu. Za namową swojej siostry zaproponował wyjazd do Torunia na rekolekcje z ks. Piotrem Glasem organizowane przez wspólnotę Posłanie. Zgodziłam się. Niewiele pamiętam z tego, co się tam działo. To, co utkwiło mi w pamięci, to widok uniesionych w górze rąk podczas uwielbienia Pana Jezusa. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką formą modlitwy. Wydawało mi się to egzotyczne, ale takie autentyczne, szczere, niewymuszone. Myślę, że zapragnęłam wtedy w sercu, aby też tak ręce wyciągnąć, ale miałam je „przyklejone do ciała” i do końca wyjazdu odliczałam godziny. Mąż się nawrócił, rozkochał niesamowicie w Bogu. Na początku zaczęłam się o niego martwić, gdy ciągle mówił tylko o Nim. Z czasem zniknął jego smutek, stał się radosny, pełen zrozumienia dla mnie i dla dzieci. Dużo się modlił. Zaczęliśmy z dziećmi chodzić do kościoła, modlić przed jedzeniem, snem, przed rozpoczęciem dnia. Oglądaliśmy bajki chrześcijańskie, świadectwa, konferencje z rekolekcji. Widząc jego pokój i radość w oczach, podjęłam próbę modlitwy. Odkryłam, że gdy tylko chciałam odmówić w myślach Pozdrowienie Anielskie, coś mnie blokowało. Określiłabym to jako wewnętrzne zacinanie się czy jąkanie. Na głos wychodziło, w myślach nie. Zdziwiłam się i dało mi to obraz mojej duszy. Jak bardzo potrzebowała oczyszczenia,jak była zawłaszczona przez nieprzyjaciela, skoro nie mogę powiedzieć w myślach kilku słów. Niezrażona odmawiałam więc na głos, z różańcem w ręku. Owocem tego była pierwsza, szczera spowiedź święta. Potem następne. Zaczęłam chodzić na msze święte codziennie. Poczułam, jak Ktoś zdjął z moich oczu i uszu zasłonę dymną. Zobaczyłam świat nowymi oczami. Teraz wiem, że oczami ukochanego dziecka Boga-Ojca. Całe otaczające mnie stworzenie, roślinność, ptactwo mówiły mi, że to wszystko jest dla mnie, z miłości. Patrzyłam w niebo i płakałam ze wzruszenia. Płakałam, gdy biły dzwony kościelne, podczas Eucharystii, podczas różańca świętego, śpiewów uwielbienia, innych świadectw. Modliłam się o potrzebne dla mnie łaski, aby zmienić swoje życie, uratować małżeństwo. Znowu wysłuchał.

Dzięki Jego łasce i dobroci odkryłam, że tylko przez Jezusa Chrystusa i tylko w Nim jest możliwa prawdziwa relacja z drugim człowiekiem. „Tkanie” – jak to pięknie ujął ks. Krzysztof Grzywocz – czyli budowanie więzi, powoduje, że wzrastamy, rozwijamy się. Potrafimy prawdziwie kochać, przyjmować miłość i tym samym żyć w pełni. Nie ma tu miejsca na wzajemne oczekiwania, jest codzienna próba pracy nad sobą, tworzenia lepszej wersji samej siebie. Cieszę się i akceptuję życie takim, jakie jest. To dar dany mi z miłości mojego Stwórcy. Jestem wystarczająca, bo On mnie stworzył tak, jak chciał. Nie chcę już nic nikomu udowadniać. Z dnia na dzień uczę się odkrywać w sobie piękno, wartość samą w sobie. W wolności podejmuję decyzję o codziennej walce ze słabościami i dbam o relację ze Stwórcą, bo wiem, że to daje mi prawdziwe „życie w pełni”. Przyjmując Jego miłość, mogę nią obdarzać innych. Warto się zastanowić nad sensem tych wyrażeń, bo źle zrozumiane mogą zaszkodzić. Ślepy pęd „za pełnią życia” może stać się pułapką, drogą do upadku, a decyzja, by żyć „pełnią życia” bez Boga, to śmierć.

Paulina  

Świadectwo z "Posłania" 3/2018