Uschła ręka

W Ewangelii wg św. Marka jest perykopa, która opowiada, jak Jezus w szabat uzdrawia człowieka z uschłą ręką (3,1-6). Czytając ten fragment, zawsze zastanawiałam się, dlaczego Jezus kazał mu stanąć na środku synagogi i wyciągnąć przed wszystkimi chorą rękę.

Rozważałam to Słowo, odnosząc je do siebie i ta chora ręka kojarzyła mi się z moją słabością, z tym, czego w sobie nie akceptuję, z walką duchową, która się we mnie toczy. Myślałam o tym i byłam zła na Jezusa, że tak tego człowieka z jego słabością wystawił na pokaz. Byłam zła, bo mi samej zawsze bardzo trudno się mówiło – szczególnie we wspólnocie – o tym, co we mnie jest tą uschniętą ręką. Kojarzyło mi się to z upokorzeniem, wstydem, że są sprawy, z którymi sobie nie radzę, lękiem przed byciem ocenioną. Do pewnego momentu. Mój ojciec duchowy zawsze tłumaczył, że aby przeciwdziałać złemu, trzeba go demaskować. Jeśli zacznie w jakikolwiek sposób dręczyć, trzeba o tym powiedzieć komuś zaufanemu, poprosić o modlitwę. Dla mnie było to trudne. Wiązało się z odkrywaniem siebie. Widziałam tego człowieka w synagodze, stawiałam się na jego miejscu, myśląc o wspólnocie i zamykałam się jeszcze bardziej, dając złemu działać, zamiast go demaskować. Ostatnio jednak, będąc już mocno zmęczona i obciążona walką, która się we mnie toczyła – m.in. myśli o odejściu ze wspólnoty – ostatkiem sił napisałam do osób ze wspólnoty prośbę o modlitwę, w ten sposób demaskując złego i jego działanie. Dręczenie po tym ustało. Wyciągnęłam swoją uschłą rękę do wspólnoty, a Pan przez modlitwę osób w niej będących zadziałał z mocą jak w Ewangelii.

Co, kiedy nie masz sił, by pokazać rękę, a jesteś we wspólnocie? Przeczytaj sam: Mk 2,1-12.

Agnieszka  

 Świadectwo z "Posłania" 6/2017