Załucz: dzieci i Bóg - Bóg i dzieci

Bóg przychodzi do naszego życia z propozycjami, zaproszeniami. Ma dla nas plan. Czy łatwo go odkryć? Czy Bóg daje jakieś znaki? W listopadzie ubiegłego roku przeżyłam niezwykłe wydarzenie, które nadal zajmuje ważne miejsce w mym sercu i ma ciąg dalszy w obecnej rzeczywistości mego życia.

Jestem lekarzem pediatrą, neonatologiem, osobą świecką konsekrowaną, staram się żyć w Bogu, pełnić Jego wolę. Niespodziewanie otrzymałam propozycję wyjazdu na Ukrainę, by ofiarować medyczną pomoc dzieciom z sierocińca w Załuczu. Najpierw pojawiły się we mnie myśli ludzkie: „Ukraina! Wojna! Niebezpieczeństwo! Strach…”, ale potem pytanie: „Boże, czy to Twoja wola?”. Przez kilka dni prosiłam Go z całego serca o znak. Przyszedł ten znak, był bardzo oczywisty. Otóż znajoma osoba, która nie wiedziała o otrzymanej przeze mnie propozycji, ofiarowała mi ikonę Chrystusa, namalowaną na Ukrainie. Gdy modliłam się przed tą ikoną, w mym sercu pojawiło się słowo: „Pragnę, byś odnalazła Moje oblicze w tych dzieciach chorych i opuszczonych”. Wtedy już nie miałam wątpliwości. Po dwóch tygodniach wyruszyliśmy ekipą składającą się z pięciu lekarzy (pediatrów, neonatologa, onkohematologa, radiologa), trzech studentów medycyny, tzw. studenciaków, magistra rehabilitacji i wolontariuszki – pani prezes fundacji „Świt Życia”. Bóg działał w różnych miejscach Polski – w Łodzi, Warszawie, Rzeszowie, Tomaszowie Mazowieckim, by nas zebrać i posłać.

Posłał nas do Załucza – małej wioski, leżącej w południowo-zachodniej Ukrainie blisko granicy z Rumunią (obwód iwanofrankowski). Tam znajduje się sierociniec dla dzieci z najwyższym stopniem upośledzenia umysłowego i fizycznego (IV stopień w skali I-IV). Pod opieką personelu ośrodka i wolontariuszy pozostaje 130 dzieci. Większość z nich się nie porusza, wymaga przewijania, karmienia, mycia… Jako lekarz byłam do głębi poruszona tym, że mogłam w Załucz: jednym miejscu zobaczyć tak wiele dzieci dotkniętych chorobami genetycznymi, bardzo rzadkimi, o których, na szczęście, mogłam czytać tylko w podręcznikach medycyny… Ich ciała były bardzo zniekształcone (także z braku rehabilitacji), niektóre cierpiały z powodu przykurczy, zaników mięśniowych, niedożywienia, przewlekłych zaparć… Dlaczego te dzieci znalazły się w sierocińcu? Niektóre z nich rzeczywiście nie mają rodziców i tutaj znalazły swój dom. Większości z nich rodzice żyją, ale nie mają środków finansowych na opiekowanie się tak chorym dzieckiem. Jest też jeszcze jedna przyczyna. Na Ukrainie pokutuje opinia, że narodziny niepełnosprawnego dziecka w rodzinie są karą Boga…

W takim oto kontekście sytuacyjnym zjawiliśmy się w Załuczu. Pierwsze wrażenia były porażające. Dotkliwy zapach moczu (dziecko miało jednego pampersa, na którego nakładano kolejne warstwy ubrań, podartych prześcieradeł, by starczyło do wieczora…), kilkunastoletnie dzieci pijące mleko z butelki po winie ze smoczkiem, jedzenie przynoszone w blaszanych, dużych miskach. To tylko dzięki obecności Ducha Świętego w sercu można było się niejako przedrzeć przez tę warstwę zewnętrzną, by spojrzeć na dzieci głębiej – przez pryzmat sensu, jakie życiu nadaje Bóg. „Chwałą Boga – człowiek żyjący…”, jak mówił św. Ireneusz. Zrozumiałam wtedy, że Bóg jest bardzo blisko tych dzieci, jest w nich. Mogłam Go dotykać przez dotyk im ofiarowany. Przez dotyk lekarza – by ocenić ich stan fizyczny i zaproponować leczenie, i przez dotyk siostry w Panu, która chce podzielić się cząstką miłości ofiarowanej mi przez Boga. A dzieci na dotyk pełen ciepła bardzo czekają. Mam żywo w pamięci obraz dwuletniej niewidomej dziewczynki, która, spędzając cały dzień w swoim łóżeczku, uderzała głową w metalowe pręty. Ktoś z nas podczas obchodu położył rękę na łóżeczku. Dziewczynka zaczęła najpierw główką uderzać w to coś miękkiego i ciepłego… Potem zaczęła dłoń głaskać, do niej się tulić i na koniec całować… Wszyscy byliśmy bardzo wzruszeni.

Podczas naszych pierwszych odwiedzin w listopadzie ubiegłego roku zbadaliśmy wszystkie dzieci, niektórym z nich wykonaliśmy podstawowe badania biochemiczne (miejscowe, prywatne laboratorium zrealizowało je bezpłatnie), każde z nich miało USG jamy brzusznej i tarczycy. Owocem naszej pracy diagnostycznej było postawienie rozpoznań i zaproponowanie leczenia. Niektóre z dzieci wymagały pomocy niemal natychmiastowej. Nie mogę nie wspomnieć Andrieja,13-letniego chłopca, który ważył 13 kg! Duże, smutne oczy, bez chęci nawiązania kontaktu z otoczeniem, układ kostny powleczony skórą. Zobaczyliśmy go w łóżeczku ze związanymi rękoma (co miało swoje uzasadnienie), bo prowokował wymioty, potem pochylał się i zjadał swoje wymiociny… To był szokujący widok. Potem w toku diagnostyki okazało się, że Andriej ma refluks żołądkowo-przełykowy, a prowokowanie wymiotów to wyraz choroby sierocej. Mamy przekonanie, że poprzez zlecenie kroplówek, karmienie specjalnymi batonami wysokokalorycznymi, podawanie leków zmniejszających objawy refluksu uratowaliśmy życie temu dziecku. Kiedy powtórnie zawitaliśmy w Załuczu przed Świętami Wielkanocnymi, by ocenić owoce naszego wcześniejszego pobytu, zobaczyliśmy widok będący największą dla nas radością – Andriej uśmiechnął się do nas, był zainteresowany nami, postawiony na ziemi zaczął chodzić na swych cieniutkich nóżkach.

Historia sierocińca w Załuczu jest dla mnie dowodem tego, jak Bóg troszczy się o najsłabszych. Osiem lat temu trafił do tego ośrodka kapłan z Polski. Zobaczył wielką biedę materialną, duchową, ludzką… To stało się inspiracją do organizowania konkretnej pomocy. Obecnie wszystkie dzieci są ochrzczone, te bardziej sprawne intelektualnie przygotowuje się i przyjmują sakramenty. Kiedy któreś z nich umiera, a dzieje się to nieporównywalnie rzadziej, ma swoje miejsce na cmentarzu, małą tabliczkę ze swym imieniem i nazwiskiem. Tak polscy kapłani realizują w życiu słowa świętego Jana Pawła II, który powiedział, że „każde życie ma wartość wieczną”.

Podopieczni sierocińca otrzymują pomoc wolontariuszy na stałe i doraźnie w okresie wakacyjnym. Przez kontakt z organizacjami zagranicznymi i dzięki ofiarności pojedynczych ludzi otrzymują niezbędne leki, środki higieny, mogą choć raz w roku wyjechać poza Załucz, np. w góry.

W trakcie tych kilku dni i podczas ponownej wizyty w kwietniu br. doświadczyłam, jak dobrze jest przyjąć wolę Boga i ją wypełnić. Nasza ekipa doznawała codziennie radości, jedności, wspólnoty w planowaniu, przygotowywaniu posiłków, a także w trakcie modlitwy na mszy świętej. Spotkaliśmy na Ukrainie wspaniałych, oddanych posługiwaniu kapłanów z Polski, doświadczyliśmy tego, że parafia jest rodziną.

Mam przekonanie, że nasze działania w Załuczu są wyraźnym znakiem nadziei dla osób pracujących w ośrodku, że w każdej sytuacji można bardziej, więcej, że ciągle trzeba szukać metod rozwiązywania problemów. Jestem pełna dla nich podziwu i uznania za ich codzienną pracę w skromnych warunkach. Dziękuję Panu Bogu za to, że mnie wezwał i nadal prowadzi. Niech Imię Pana będzie błogosławione na wieki.

Julita Raczyńska

Konto Fundacji „Świt Życia”: Bank BGŻ PLN 39 2030 0045 1110 0000 0389 5020 z dopiskiem: „dla dzieci z Załucza”  

Świadectwo z "Posłania" 3/2015