Miejsce Mojego odpoczynku i miłosierdzia

Stryszawa - to tu w 1876 roku urodziła się Kundusia Siwiec i spędziła całe swoje życie. Pan Jezus wybrał sobie prostą dziewczynę i obdarzył ją licznymi łaskami, ale wybrał także to miejsce, jak sam powiedział do Swojej służebnicy: „To jest miejsce Mojego odpoczynku i Mojego miłosierdzia”. Zrządzeniem Opatrzności Bożej w tym roku odwiedziliśmy z mężem Stryszawę. Nie spodziewaliśmy się, że będzie to czas wielkiej łaski Pana.

Jadąc z Suchej Beskidzkiej, po chwili znajdujemy się w Stryszawie. Wioska jest dość mocno rozciągnięta i trochę czasu zajmuje nam dotarcie na miejsce naszego noclegu. Już na samym początku ujmuje nas życzliwość mieszkańców, później przekonujemy się, że jest to pewną cechą tej okolicy. Nie jesteśmy zmęczeni, więc od razu zrzucamy bagaże i ruszamy w stronę Siwcówki. Jest ona dzielnicą Stryszawy, położoną nieco wyżej niż pozostała część miejscowości. Pniemy się więc w górę, podziwiając piękno otaczającego nas świata. Okolica jest urzekająca. Mijamy niepozornie wyglądający klasztor Sióstr Zmartwychwstanek. Obok niego stoi drewniana kaplica, ufundowana w 1929 roku przez Kundusię. Jest zamknięta, ale przez przeszklone wejście zaglądamy do środka. Piękne drewniane wnętrze, w ołtarzu obraz patronki miejsca, św. Tereski od Dzieciątka Jezus, wielkiej duchowej przyjaciółki Kundusi. Modlimy się chwilę. Kiedy wychodzimy, zostajemy zaczepieni przez nieznajomą kobietę.

Ewa, jak się okazuje, od paru lat spędza każdy swój urlop w Siwcówce. Spontanicznie opowiada nam o okolicy. Załatwia klucz od jednej z zakonnic i prowadzi nas do izby pamięci poświęconej kardynałowi Stefanowi Wyszyńskiemu i tu odsłania się przed nami jeszcze jedna łaska związana z tym miejscem. W Siwcówce w latach 1960-1967 ks. kardynał spędzał swoje wakacje. Oglądam leżące na biurku albumy ze zdjęciami, pod każdym jest opis. Mam wrażenie, że ogarnia mnie atmosfera tamtych chwil, świąteczna atmosfera. Czarno- białe fotografie, a na nich jakby zatrzymał się czas. Ksiądz kardynał wśród sióstr, trzymający na kolanach dzieci albo tak zwyczajnie rozmawiający z ludźmi ze wsi. Zawsze uśmiechnięty. Dowiadujemy się, że lubił spędzać czas z ludźmi, był człowiekiem, który tworzył wokół siebie wspólnotę. Przeglądamy kolejne albumy. Ewa nie pospiesza, dopowiada szczegóły. Następnie proponuje nam odwiedziny u pani Franciszki.

Nie mamy oczywiście pojęcia, kim jest ta pani Franciszka. Okazuje się, że to starsza kobieta, która opiekuje się teraz domem Kundusi i mieszka w nim. Idziemy kawałeczek w górę i po chwili stoimy przed starą, góralską chatą w miodowym kolorze. Pukamy do drzwi i czekamy. Zaraz wychodzi pani Franciszka i zaprasza nas do środka. Wprowadza do dużej izby. Na ścianie wisi portret Kundusi, w rogu zaś stoi łóżko. W tym miejscu Kundusia spędziła długie lata swojego życiawypełnionego cierpieniem. Jej ciało, wyniszczone przez nowotwór kości, pod koniec życia było powykręcane i każdy ruch sprawiał jej ogromny ból. Jednak, jak wiem z jej biografii, nigdy nie traciła pogody ducha. Czas cierpienia traktowała jako czas wielkiej łaski. Siadamy w kącie pokoju, przy stole, a pani Franciszka tak naturalnie z nami rozmawia, jakbyśmy się znali od dawna. Od razu nawiązuje się relacja, a ona staje się dla nas kimś ważnym, drogim. Choć jesteśmy kolejnymi „turystami”, których przyjmuje, oprowadza po domu, dla nas to spotkanie ma szczególnywymiar. Opowiadając o sobie, mówi: „Powiedzieli mi że mam tu przyjechać, nikt mnie nie pytał o zdanie”. Mieszkała wtedy na Pomorzu, przyjechała i tak została. A my wnioskujemy z dalszej rozmowy, że to nie przypadek, ale działanie łaski.

Samotne życie w Stryszawie nie jest łatwe, ale pani Franciszka kocha książki i czyta je w wielkich ilościach. Uderza nas jej jasność umysłu i dobra pamięć pomimo upływu lat. Jak sama mówi: „Jest to łaską, to dar, Pan daje i Pan może zabrać”. Opowiada nam o Kundusi, o opiece, jakiej od niej doświadcza, mieszkając w tym miejscu. Opowiada też o swoim bracie, ks. Bartkowskim, który był kierownikiem duchowym Kundusi i spisał jej objawienia wewnętrzne. I tu porusza mnie bardzo fakt, o którym mówi nam pani Franciszka, że jej brat wiele lat bardzo cierpiał z powodu zapalenia nerwu trójdzielnego. Jak konkluduje pani Franciszka, „przez 46 lat nie przeżył dnia bez bólu głowy”. Wielkie wybranie często splata się z wielkim cierpieniem. Wiele lat przyjaźnił się z ks. kardynałem Wyszyńskim. Wymieniali między sobą korespondencję i to za aprobatą ks. kardynała wydane zostały zapiski z przeżyć wewnętrznych Kundusi. Na ścianie w sąsiedniej izbie wiszą zdjęcia pani Franciszki w towarzystwie Prymasa. Gospodyni wspomina go bardzo serdecznie, z miłością: „To był wspaniały człowiek, bardzo pogodny, otwarty i przystojny” - dodaje z uśmiechem. Opowiada nam kilka anegdot związanych z pobytem ks. kardynała w Stryszawie,m.in. jak to po pewnej nocy, podczas której była burza, ks. Bartkowski zastał ks. Prymasa na kolanach ze szmatą w ręku sprzątającego wodę, która wlała się w nocy przez otwarte okno. Kiedy ks. Bartkowski, trochę zmieszany, zapytał kardynała, dlaczego nie powiedział siostrom, aby to posprzątały, usłyszał: „Jeszcze czego, drogi księże, żeby pomyślały, że coś mi się przydarzyło”. Taki właśnie był. Żal nam odchodzić, ale wiek ma swoje prawa…

Na odchodne pani Franciszka pyta nas, czy idziemy do kapliczki. Słyszeliśmy już o tej kapliczce, ale nie wiemy, co jest w niej takiego nadzwyczajnego. Pani Franciszka opowiada, że figurka Pana Jezusa z odsłoniętym Najświętszym Sercem stanowi wotum wdzięczności od mieszkańców Stryszawy. Podczas okupacji cała wieś miała być wysiedlona i zajęta przez Niemców. Mieszkańcy przyszli do swojej „świętej”, prosząc, by wstawiła się za nimi do Jezusa. Kundusia modliła się i prosiła Pana o ocalenie wsi. Jezus obiecał jej, że nie tylko Siwcówka, ale i Stryszawa zostanie ocalona oraz że do końca wojny nie dotkną jej działania wojenne. W dniu, na który zaplanowano wysiedlenie, mieszkańcy Stryszawy, zabrawszy najpotrzebniejsze rzeczy, wyszli przed swoje domy, czekając na niemiecki oddział, który miał ich wywieść do obozów pracy. Parę godzin później z radością mogli wrócić do swoich domów. Niemcy, jadąc do Stryszawy, przeprawiali się przez most, który „z niewyjaśnionych przyczyn” zawalił się pod nimi. Przestraszeni, wycofali się i już nie wrócili… Żegnamy się z panią Franciszką, zapewniając o wzajemnej modlitwie. Idziemy do kapliczki, by tam się chwilę pomodlić.

Spędzamy w Stryszawie następne kilka dni, wędrujemy po górach i mamy wrażenie, że jest to miejsce szczególnie przez Pana umiłowane. Codziennie rano idziemy do Siwcówki na mszę świętą, do kaplicy św. Tereski. Kiedy przybywamy tam w środku dnia, siostry specjalnie otwierają nam kaplicę, byśmy mogli się pomodlić. Ciężko wstać z kolan, modlitwa sama wypływa z serca. Jak bardzo jesteśmy wdzięczni, że możemy tu być. Ostatniego dnia udajemy się na sławną ławeczkę dwóch wielkich Polaków. Podczas pobytu kard. Wyszyńskiego w Stryszawie odwiedzał go Karol Wojtyła, wtedy biskup krakowski, i tu, na tej ławeczce często siadywali, omawiając sprawy Kościoła. Siedzimy więc i „nasiąkamy” świętością.

Miejsce Mojego miłosierdzia i odpoczynku… I tu Pan udzielił mi Swego miłosierdzia, dał odpocząć w Swoim Sercu. To miejsce zawsze będzie dla mnie szczególne, bo doświadczyłam tu wielkiej łaski pokrzepienia. Mam za sobą kilka trudnych lat, które pełne były doświadczeń, ale z tego miejsca wyjechałam przemieniona. Pan udzielił mi wiele światła i zrozumienia tego, jak mnie prowadzi. Z wdzięcznością i wielkim wzruszeniem myślę o tych wszystkich łaskach, które otrzymałam. Myślę, że zawdzięczam to wstawiennictwu Kundusi, której objawienia wewnętrzne towarzyszyły mi przez ostatnie lata i ciągle do nich powracam. Jak dobry jest Pan!!!  

Marta Kalniuk

Świadectwo z "Posłania" 5/2012. Na zdjęciu dom Sł. Bożej Kunegundy Siwiec