Doświadczyłam miłości Matki

Żeby móc opowiedzieć o Maryi w moim życiu, muszę najpierw wrócić do swojego dzieciństwa i do mojej mamy.

Urodziłam się w rodzinie alkoholowej. Mój ojciec pił. Wpadał w ciągi, potrafił pić całymi dniami i tygodniami. Moi rodzice pobrali się, ponieważ mama zaszła w ciążę – ze mną. Kiedy jeszcze jako dziecko dowiedziałam się o tym, czułam się winna, że to przeze mnie teraz jest tak, a nie inaczej, bo mama musiała wyjść za tatę.

Mama była typem choleryka, osobą bezkompromisową – mała rzecz wystarczyła, aby wybuchła. Świat i ludzie – a szczególnie jej dzieci – musieli działać tak, jak ona chciała. Kiedy ojciec wracał do domu pijany – niezależnie od pory dnia czy nocy – to moja mama była tą stroną, która zaczynała awantury. Rzucała wtedy wszystkim, co miała pod ręką, nie patrząc, kto stoi jej na drodze. Uciekałam przed latającymi talerzami, szklankami…

Jako metodę wychowawczą za jakieś dziecięce wybryki, przy których inny rodzic co najwyżej skarci, rodzice przyjęli bicie i poniżanie. Bardzo szybko nauczyłam się ortografii, interpunkcji, tabliczki mnożenia – mama zliczała błędy, które popełniłam na sprawdzianie i biła odpowiednią ilość razy. Tak nauczyłam się też jazdy na rowerze. Za każdym razem, kiedy się przewracałam, w ruch szedł kij. Mama biła wszystkim, co było pod ręką. Kiedy nie chciałam czegoś zjeść na obiad, lądowało to na mojej głowie. Miałam może z 6 lat, kiedy podeszłam i powiedziałam do sąsiadki, która do nas zapukała i rozmawiała z mamą, że w mojej zupie z kalafiora pływają muszki. Kiedy sąsiadka poszła, mama najpierw złapała za kij, a potem wyciągnęła mnie za włosy na podwórko. Ciągnęła mnie do każdej napotkanej osoby i kazała mówić, że mam muchy w zupie. To moje dzieciństwo. Nie znam mamy przytulającej, kochającej, tłumaczącej świat, rozmawiającej o różnych sprawach. Bardzo szybko musiałam dorosnąć. Jako dziecko szukałam ojca po knajpach. Nauczyłam się milczeć (kiedyś w kłótni rodziców usłyszałam o sobie, że jestem zerem, że jestem głupia i nie powinnam się w ogóle odzywać) i płakać po cichu. Bóg w moim domu nie istniał. W wieku 10 lat stwierdziłam, że jestem osobą niewierzącą i robiłam, co mogłam, żeby omijać kościół. Maryja nie istniała dla mnie wcale.

W szkole średniej nauczyłam się doskonale nosić maskę – uchodziłam za osobę bardzo radosną i towarzyską. Na twarzy uśmiech, a w środku krzyk. To był też czas, kiedy mama wyrzuciła ojca z domu. Zostaliśmy ja i moich dwóch braci z mamą i dziadkami. Nadal nie miałam zbyt dobrych relacji z mamą – przestała bić, ale nie krzyczeć. Nie pamiętam, żebym przez całą szkołę średnią usłyszała, że jest ze mnie dumna, że robię coś dobrze (zresztą jako dziecko też tego nie słyszałam). Nie powiedziała nic, nawet kiedy podczas rozdania świadectw maturalnych odbierała list gratulacyjny, a ja nagrody i wyróżnienia. Bóg nadal w moim życiu nie istniał, podobnie Maryja.

To chyba ksiądz Tischner powiedział, że Pan Bóg ma przeogromne poczucie humoru – buntownik trafił na teologię. Miałam tam być tylko na chwilę, a skończyłam jako magister. Kiedy poszłam na te studia, chcąc nie chcąc musiałam słuchać i uczyć się na temat Matki Bożej. Mogłam się wymądrzać na Jej temat, ale to była tylko wiedza. Pamiętam, że kiedy w końcu zaczęłam otwierać swoje serce dla Pana Boga i po wielu latach poszłam do spowiedzi, mówiłam, że kompletnie nie interesuje mnie Maryja. Kapłan, który mnie spowiadał, odparł, że mam dać sobie czas.

Byłam już po studiach, zostałam żoną i świeżo upieczoną mamą, kiedy Maryja upomniała się o siebie w sposób, którego nie zapomnę. Prowadziliśmy przy parafii przygotowanie młodzieży do sakramentu bierzmowania. W ramach spotkania ksiądz puścił nam krótki film, Most nadziei. Nie mogłam go obejrzeć w całości. Większość przepłakałam, siedziałam z zamkniętymi oczami. I choć w tym filmie pokazany jest ojciec – ja zobaczyłam sercem Maryję. Maryję, która też była mamą, taką jak ja. Ogromnie mnie to uderzyło. Pomyślałam, że Ona troszczyła się i martwiła o Jezusa, tak jak ja o Franka. Prawie fizycznie czułam Jej ból z Golgoty. Od tego momentu Maryja, choć jeszcze nie bardzo blisko, ale zaczęła istnieć w moim świecie. Nadal miałam kłopot z modlitwą do Niej, ale istniała. Wciąż też relacja z moją mamą była trudna. W moim małżeństwie pojawił się kryzys – mój mąż wpadł w alkohol – a mama nastawała na mnie, żebyśmy się rozwiedli. Kiedy powiedziałam, że tego nie zrobię i zaczęłam walczyć o swoją rodzinę, mama odwróciła się od nas, nastawiła przeciwko nam całą moją rodzinę, w tym jednego z moich braci. Ponad rok członkowie rodziny z mamą na czele nie odzywali się do nas. Było to dla nas bardzo trudne. Mąż przestał pić, ale nie miał pracy, były długi. Bywały dni, gdy zastanawiałam się, co do garnka włożyć – mieliśmy już wtedy dwoje dzieci, ale Pan troszczył się o nas przez ręce obcych ludzi. W czasie, kiedy mama odwróciła się od nas, to oni przynosili nam chleb. Bardzo długo miałam o to do niej żal.

Kiedy Maryja stała się dla mnie Matką? Matulą? Mamusią? W ubiegłym roku. Najpierw uczestniczyłam w rekolekcjach z ks. Arturem Szymczykiem poświęconych Matce Bożej – żadne treści nie docierały do mnie, totalny beton, mur. Byłam zdystansowana wobec wszystkiego, co tam się działo. W pewnym momencie, gdy trwało uwielbienie w duchu fatimskim, mogliśmy podejść do figury Maryi. Czułam się przyspawana do ławki, nie byłam w stanie wykonać tego kroku. Zastanawiałam się, o co chodzi. Dlaczego tak jest? I dostałam odpowiedź: nie potrafię zbliżyć się do Maryi, bo wciąż nie wybaczyłam mojej mamie. Zaczęłam więc modlić się o łaskę przebaczenia.

Pod koniec września zeszłego roku jechałam jako opiekun z maturzystami do Częstochowy. Myśli i serce miałam zajęte wszystkimi sprawami związanymi z organizacją. Dochodził niepokój o to, co zrobią moi 18-letni uczniowie (mieli w planach niekoniecznie modlitwę i skupienie...). Program na Jasnej Górze zaczynał się od różańca w kaplicy Cudownego Obrazu. Weszłam tam, usiadłam na krześle i spojrzałam na obraz. Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, była taka, że wizerunek Maryi nie podoba mi się, odrzuca mnie, mam ochotę uciec z kaplicy i przeczekać różaniec na dworze. Oczywiście nie mogłam tak zrobić – jako opiekun musiałam świecić przykładem. Nie byłam w stanie się modlić, miałam mnóstwo złych myśli. W pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się, jak mam przeżyć ten czas, jak mam mówić do Matki Bożej, kiedy nawet nie mogę na Nią spojrzeć. To było trudne doświadczenie. Modlitwa różańcowa prowadzona była w ten sposób, że młodzież po każdej dziesiątce śpiewała piosenki. Kiedy siedziałam tak ze swoją walką, nagle usłyszałam słowa pieśni: „Nic nie musisz mówić, nic, odpocznij we Mnie, czuj się bezpiecznie. Pozwól kochać się!”. Matka Boża dała mi odpowiedź na mój stan i pytania. Prawie zrzuciła mnie z krzesła. Zalała mnie fala miłości, ukochania, poczułam się wręcz fizycznie przytulona przez Maryję. Tego się nie da opisać. Cała walka, niepokój – to wszystko odeszło. Zostałam z poczuciem ukochania i przytulenia – takiego, gdy matka kocha i przytula swoje dziecko. Poczułam tę matczyną miłość po raz pierwszy w życiu. Jako dorosła, 35-letnia kobieta dostałam doświadczenie dziecka, które bezpiecznie może schować się w ramiona Mamy. Ten stan i świadomość bycia ukochaną córką wciąż trwają. Kiedy przychodzą trudne chwile, czuję to przytulenie. To daje radość, powoduje wzruszenie. Dostałam łaskę przebaczenia mojej mamie oraz spojrzenia na nią inaczej – jak na osobę bardzo poranioną, cierpiącą i nie radzącą sobie tak naprawdę z tym, co działo się, kiedy byłam dzieckiem. Można powiedzieć, że role trochę się odwróciły – to dzięki miłości Maryi zaczęłam patrzeć na moją mamę jak na poranione dziecko – nie czuję już złości, gniewu, żalu – tylko czułość.

Na koniec chcę powiedzieć, że to jest cudowne być ukochanym dzieckiem!

Agnieszka  

Świadectwo z "Posłania" 1/2018