Kawa z Jezusem

„Panie Jezu, w poranek zmartwychwstania zachowaj mnie od lęku, braku wiary i od rozpaczy. Daj mi pewność Twojej obecności, wyraźne jej odczucie, ufność i radość – zjedz ze mną śniadanie, a przy kawie pomóż mi określić na nowo moją tożsamość: gdzie jestem i po co? Pozwól mi spojrzeć na siebie z boku (tak jak Ty mnie widzisz). Przypomnij mi godność, z jaką mam wstać i iść głosić Twoją miłość”.

Słowami tej modlitwy zakończyłem czwarty tydzień ćwiczeń duchownych według św. Ignacego z Loyoli, w których mogłem uczestniczyć w ostatnim czasie. W Porszewicach, bo tam odbywają się tego typu rekolekcje kilka razy do roku, układanie tej modlitwy jest już tradycją. Po każdej sesji rekolekcyjnej uczestnicy czynią to jako pewnego rodzaju podsumowanie owoców trwania w ciszy przed Panem. Jest ona bardzo osobistym zapisem spotkań ze Zmartwychwstałym i może dla każdego brzmieć inaczej, ale de facto zawiera esencję, która zabarwia każdy nowy dzień kolorami miłości. Bez niej dni są ponure, niebo zachmurzone, a serce jakby przygniecione kamieniem.

W takiej kondycji duchowej stanąłem przy pustym grobie Jezusa, z wielkim kamieniem na sercu i na skraju rozpaczy. Jak Maria Magdalena, która szukała umarłego (por. J 20,11-18), jak człowiek, który nie ma wiary. Zobaczyłem, że bardzo niebezpieczny to stan, bo w nim nie zauważam działania Bożego w swoim życiu. Nie widzę cudów, które co dzień tylko dla mnie czyni. A to dlatego, że polegam w przeważającej mierze na swoich zmysłach, które wprawdzie pomagają w życiu światowym i uprzyjemniają je, ale bardzo skutecznie zniekształcają rzeczywistość duchową, której przecież tym bardziej jestem uczestnikiem. I tak jak Maria zaabsorbowana sobą i swoimi zranieniami nie widzi aniołów, chociaż z nimi rozmawia, a Jezusa uznaje za ogrodnika, tak ja sobie często relatywizuję mój świat. Taka postawa na pewno nie sprzyja wzrostowi w wierze, a nawet – można powiedzieć – jest jego przeciwieństwem, jest jakby kontemplacją siebie: swoich zranień, pragnień, planów, marzeń… Polegając na uczuciach, polegam na sobie. Efektem tego są decyzje podejmowane w afektywnym pocieszeniu lub strapieniu. Widać to doskonale podczas drogi uczniów do Emaus (zob. Łk 24,13-35). W czasie modlitwy odkryłem, że decyzja uczniów była spowodowana smutkiem i brakiem wiary. Niejako zawiedli się na Jezusie, który miał wyzwolić Izraela, a został potraktowany jak najgorszy przestępca. Rozgoryczeni, z ciężarem na sercu i z kamiennymi twarzami ruszyli w dół, z Jerozolimy do Emaus. W czasie drogi co prawda próbowali głosić Ewangelię przypadkowo napotkanemu człowiekowi, ale ze względu na swój stan emocjonalny nie byli w tym przekonujący. Mało tego, oni próbowali głosić Ewangelię samemu Jezusowi. O, nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! (Łk 24,25) - powiedział w efekcie Pan.

Tak właśnie wygląda droga wiary bez wiary, w skupieniu na sobie. Dlatego bardzo ważne jest, aby się zatrzymać, wziąć głęboki oddech i odnaleźć w sobie tę odrobinę ciszy, w której mówi do nas Pan. W mojej modlitwie jest to spotkanie przy kawie, ale nie każdy przecież pija kawę z Jezusem. Ważny jest ten moment wytchnienia, zrobienia dobrego użytku z daru rozumu, który otrzymałem na bierzmowaniu. Oczywiście, bardzo trudno jest stanąć w oderwaniu od burzy uczuć czy namiętności w sercu, ale pożyteczne okazuje się przynajmniej ich nazwanie. Święci ojcowie pustyni radzili, aby nie podążać od razu za myślą czy uczuciem, ale stanąć niejako obok i przyglądając się ze spokojem, nazwać je, a następnie spojrzeć na siebie, pytając: „Gdzie jesteś? Po co tu jesteś?”. To bardzo pomaga w każdej chwili i na pewno ułatwia takie rozeznanie duchowe w pośpiechu. Pozwala odróżnić afektywne pocieszenie od duchowego, ale i afektywne strapienie od tego duchowego. Stawia człowieka do pionu – parafrazując słowa Psalmu 121, kieruje jego spojrzenie ku górze, skąd przyjdzie mu pomoc. I pomoc przychodzi od Pana, który stworzył niebo i ziemię (Ps 121,2). Rodzi to we mnie wdzięczność i radość, podnosi mnie do godności dziecka Bożego.

W takiej postawie serca już dużo łatwiej wstać i nieść miłość Jezusa innym oraz kontynuować ćwiczenia duchowne, których kolejnym krokiem był dość nietypowy sylwester, bo spędzany w ciszy kontemplacji ad amorem. Ogromną niespodziankę Pan mi tu przygotował. 16 lat temu w tym samym czasie, jednak w zupełnie innym miejscu, zacząłem, choć nieświadomie, swoje rekolekcje w milczeniu. Byłem wówczas zamknięty w wojskowej izolatce dla chorych. Do dyspozycji miałem tydzień samotności, a że lubiłem czytać, przypadkowo miałem akurat Pismo Święte jako lekturę. I tak zupełnie nieświadomy rzeczywistości poruszeń duchowych czytałem Ewangelię ot tak, z ciekawości. Doświadczyłem wówczas bardzo osobistego spotkania z miłością Pana, jednak zupełnie nie rozumiałem tego doświadczenia. Było nowe, bardzo intensywne i prawie fizycznie namacalne. W czasie ostatnich rekolekcji Jezus przypomniał mi o nim. Miało ono miejsce dokładnie 16 lat temu, tego samego dnia, czyli 1 stycznia 2001 roku, o tej samej porze dnia. Nie wiem, co Bóg mi chciał przez to powiedzieć, ale wiem jedno: Jego wszechmoc jest tak niewyobrażalna, że nie jestem w stanie w jakikolwiek sposób z nią dyskutować. Pozostaje mi jedynie wdzięczność i zachęcenie do odbywania rekolekcji w ciszy. Dziękuję Ci [Boże], że mnie stworzyłeś tak cudownie, godne podziwu są Twoje dzieła (Ps 139,14).

Jarek  

Świadectwo z "Posłania" 2/2017