Wstań, moja przyjaciółko, moja śliczna, i przyjdź!

Wstań, moja przyjaciółko, moja śliczna, i przyjdź! (Pnp 2,10) – odpowiadając na to wezwanie, usłyszane w czasie modlitwy wstawienniczej, pragnę napisać kilka słów o swoim nawróceniu.

Urodziłam się w religijnej, zakorzenionej w tradycji rodzinie. Co niedzielę bywaliśmy w kościele. Wieczorami wspólnie z tatą klękaliśmy do modlitwy (czasami dołączała do nas mama), a po przyjęciu przeze mnie Pierwszej Komunii Świętej wspólnie chodziliśmy do spowiedzi w pierwsze piątki miesiąca. Gdy byłam dzieckiem, więcej czasu spędzałam z moim tatą, jemu mogłam o wszystkim powiedzieć. Mama pracowała dużo, mniej uwagi poświęcała mojemu wychowaniu (także religijnemu). Mieszkaliśmy razem z moją o 10 lat starszą siostrą (córką mamy), z którą relacje, odkąd pamiętam, układały się bardzo źle. Nie umiałyśmy ze sobą rozmawiać, ciągle się kłóciłyśmy, wyzywałyśmy. Rodzice nie potrafili załagodzić naszego konfliktu, co więcej, sami zaczęli się kłócić, czyją winą jest to, że nie potrafimy się dogadać. Początkowo obecność mojej siostry napełniała mnie strachem (była starsza i silniejsza), a potem także agresją, którą nauczyłam się tłumić. Rodzice niespecjalnie próbowali temu zaradzić. Uznałam wtedy, że to nie jest takie złe, tak po prostu musi być. Sytuacja w rodzinie pogarszała się, to siostra zaczęła rządzić całym domem, a rodzice byli bezsilni. Nie było już wspólnych modlitw, tylko ciągłe kłótnie, alkohol w nadmiernych ilościach. Pozostała jedynie niedzielna msza święta, na którą chodziłam z moimi rodzicami, traktowana jako obowiązek, który należy spełnić. Tę sytuację w domu bardzo źle znosiłam, więc w wieku 17 lat zamieszkałam z moją babcią. Wtedy nie zastanawiałam się nad tym, jaki jest Bóg, nie próbowałam Go poznać, a wszelkie powinności religijne pełniłam z poczucia obowiązku i szacunku do tradycji, w której zostałam wychowana.

Dopiero kiedy opuściłam dom rodzinny i wyjechałam na studia, Bóg postawił na mojej drodze koleżankę, z którą zamieszkałam w jednym pokoju w akademiku. Wtedy coś zaczęło się zmieniać w mojej postawie wobec Boga, chociaż nie od razu. Z jednej strony Agnieszka wyprowadzała mnie z tradycji, w której ślepo trwałam, pokazując mi Boga i to, na czym polega ufność w Bożą moc i miłosierdzie. Z drugiej jednak strony korzystałam z radości studenckiego życia, bo z alkoholem tak łatwo było łamać opory w relacjach z drugim człowiekiem. Po trzech latach nasze drogi z Agnieszką rozdzieliły się, lecz ciągle poszukiwałam Boga. Próbowałam Go pojąć rozumem, a nie sercem. Izolowałam się od ludzi, ignorowałam drugiego człowieka. Chciałam być tylko ja, moje życie i mój Bóg. Po kolejnych dwóch latach ponownie spotkałyśmy się z Agnieszką. Wówczas opowiedziała mi ona o Odnowie Charyzmatycznej. Wyszukałam wtedy informacje o grupach działających w Toruniu i znalazłam stronę z zapisami na rekolekcje z ojcem Józefem Witko. Zarejestrowałam się i poszłam. Pamiętam, że po pierwszych 15 minutach przebywania tam chciałam uciekać, wracać do domu, ale życzliwość ludzi i radość, która z nich emanowała, przełamała moje opory. W czasie tych trzech dni Bóg częściowo rozłupał łupinę, w której przez te wszystkie lata żyłam, więc kiedy na koniec rekolekcji zachęcano do wzięcia udziału w Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym, podjęłam decyzję (oczywiście kalkulując wszystkie za i przeciw), że pragnę poznać Ducha Świętego i Tego, przez którego został posłany – Ojca i Syna.

Nawróciłam się, chociaż wcześniej wydawało mi się, że nawrócić to się może zatwardziały grzesznik, a ja przecież nie muszę, bo – choć z małymi odejściami – przez większość życia wypełniałam „prawo” (chodziłam na msze, modliłam się, spowiadałam w miarę systematycznie). Seminarium to czas, w którym Pan pokazał mi, jak bardzo jestem egoistyczna i pełna pychy, chociaż wcześniej uważałam, że te grzechy są mi obce. Dostrzegłam Bożą Obecność i bliźniego w swoim życiu. Dzięki seminarium zmieniłam swoją modlitwę. Teraz każdego wieczoru pragnę uwielbiać Boga za dzień, który mi dał i za ludzi, których spotkałam. Zrozumiałam też, że grzechu nie mogę tłumaczyć swoją słabością i rezygnować z walki, bo Bóg jest ze mną, a On jest najpotężniejszy. Już nie boję się tak bardzo wchodzić w relację z drugim człowiekiem. Pan burzy ten mur, który przez wiele lat pieczołowicie budowałam. Oczywiście, zdarza mi się pochylić głowę, podkulić ogon i uciec, ale Pan mnie napomina i… uwalnia od ciężaru moich grzechów. A kiedy jest mi bardzo źle, czuję zniechęcenie, wtedy chwytam za różaniec, bo Maryi nigdy nie zwiódł anioł ciemności. Ona jest moją Matką, wzorem pokory i ufności.

To dopiero początek mojej drogi nawrócenia i zdaję sobie sprawę z tego, że nie będzie ona prosta na ludzki sposób. Ale wiem również, że Pan obdarzy mnie potrzebnymi łaskami, że jest i będzie przy mnie. Dlatego pragnę powtarzać słowa zawierzenia: „Jezu Chryste, jesteś moim Panem, moim Zbawicielem! Kocham Cię!”.

Joanna  

Świadectwo z "Posłania" 3/2014