Otrzymałam pokój i siłę

Dużo czasu zajęło mi podzielenie się z innymi moją historią – zbyt długo. Działo się tak, ponieważ chciałam bardzo dokładnie opisać to, co mnie spotkało. Dotarło do mnie jednak, że długość tekstu i jego forma nie mają żadnego znaczenia.

Po raz pierwszy spodziewałam się dziecka w 2010 roku. Niestety, w 13. tygodniu ciąży, podczas badania USG razem z mężem usłyszeliśmy od lekarza, że serce naszego dziecka przestało bić.

Załamałam się, nie mogłam zrozumieć, czemu mnie to spotkało. Miałam do Boga dużo żalu. Przez kolejny rok nosiłam w sercu złość – do czasu, kiedy ponownie okazało się, że spodziewam się narodzin dziecka. W 18. tygodniu ciąży dowiedzieliśmy się, że nasza córka nie rozwija się prawidłowo, ma szereg wad wrodzonych i prawdopodobnie nie dożyje do dnia porodu. Sugerowano mi usunięcie ciąży. Przedstawiono wizję, że jeśli zdecyduję się urodzić, córka umrze w cierpieniach.

Zdecydowałam się ciążę usunąć. Jednak gdy jechałam na zabieg, prosiłam Boga o to, by dał mi chociaż cień nadziei, bo bez niej nie dam rady urodzić. Tak też się stało – podczas badania lekarz nie był już pewien, czy wady są śmiertelne, a ja postanowiłam urodzić córkę. Przyszła na świat w 32. tygodniu ciąży i zmarła 15 godzin po porodzie. Tego, co czułam, nie da się opisać słowami.

Gdy wszystkie możliwe badania wykazały, że jesteśmy z mężem zdrowi i możemy mieć zdrowe dzieci, zdecydowaliśmy się spróbować ponownie. W 2013 r., w 8. tygodniu ciąży straciliśmy jednak kolejne dziecko.

Kilka miesięcy później spodziewaliśmy się czwartego dziecka. Ze względu na to, jak zakończyły się moje poprzednie ciąże, zalecono nam amniopunkcję. W 18. tygodniu ciąży dostaliśmy informację, że nasza córka jest śmiertelnie chora i nie ma żadnych szans na przeżycie. Myślałam, że tej sytuacji już nie udźwignę.

Gdy leżałam w domu załamana, zadzwoniła do mnie koleżanka, która powiedziała, że są właśnie w Toruniu rekolekcje z ks. Johnem Bashoborą. Wsiedliśmy z mężem w samochód i przyjechaliśmy. Na miejscu okazało się, że nie będziemy mieli okazji spotkać się z nim osobiście. Straciłam resztkę nadziei, z którą przyjechałam. Błagałam Boga, by mnie nie opuszczał, a sytuacja odmieniła się natychmiast. Spotkanie okazało się możliwe. Nie pamiętam z niego zbyt wiele, ale ks. Bashobora modlił się nade mną i powiedział, że jestem już zdrowa. Przyszłam na to spotkanie, by ratować życie mojej córki, jednak otrzymałam inny dar. Od tamtego dnia czułam ogromny pokój i siłę. Niewytłumaczalną. Stan ten utrzymał się nawet w momencie, gdy w 32. tygodniu ciąży nasza córka zmarła, a także potem.

Rok później przyszedł na świat nasz syn. Cały i zdrowy. Teraz ma już rok i mogliśmy być razem z nim na rekolekcjach z ks. Bashoborą.

Katarzyna  

Świadectwo z "Posłania" 4/2016