Nic nie muszę!

Na I tygodniu ćwiczeń ignacjańskich Pan uświadomił mi, że miałam Jego fałszywy obraz. To było dla mnie wielkie odkrycie, bo nie byłam tego świadoma. Bóg pokazał mi na konkretnych przykładach, w czym tkwi mój problem.

Od początku mojej drogi za Panem źle pojmowałam, czym jest wola Boża i jej wypełnianie. Musiałam, że muszę robić to, czego Pan ode mnie wymaga, bo inaczej będę nieszczęśliwa, mam szukać Jego woli i ją wypełniać co do szczegółu, bo inaczej będzie źle, nie będę mu się podobać itp. Kiedyś, przez "przypadek", w rozmowie ze spowiednikiem wyszedł ten problem. Kapłan wytłumaczył mi, na czym rzecz polega. Myślałam, że go w tedy zrozumiałam, ale w mojej psychice coś zostało. Czułam, że muszę postępować na drodze nawrócenia, bo inaczej Pan przestanie mnie kochać, że muszę jechać na rekolekcje, żeby wzrastać, bo jak nie, to Pan będzie miał mi to za złe i nie będę szczęśliwa.

Zastanawiałam się, jak to jest z tą naszą wolną wolą. Niby ją mamy, ale nie możemy samodzielnie wybierać. Czułam się ograniczona przez Boga i martwiłam się, że nie umiem się przełamać, oddać Mu się w stu procentach. Na tych rekolekcjach Pan powiedział mi, że mojej postawie brakuje wolności, że On nie chce, by iść za Nim z rozsądku, obowiązku czy przymusu. On chce mojego wolnego wyboru Jego i Jego miłości. Myślę, że na moją postawę miało wpływ to, co wyniosłam z domu. Zakodowałam sobie w psychice, że na miłość trzeba sobie zasłużyć, więc skoro Bóg mnie ukochał, to też pewnie czegoś chce ode mnie w zamian. Po przejściu Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym nie chciałam chodzić na spotkania animatorów naszej wspólnoty. Dlaczego tak się działo? To też zrozumiałam podczas rekolekcji: myślałam, że muszę na nie chodzić, bo znowu Bóg przestanie mnie kochać. Rodził się we mnie bunt, bo chciałam sama zdecydować, a nie mogłam. Po rekolekcjach Pan zaczął proces leczenia tego zranienia i wiem, że będzie mnie nadal uczyć dobrze korzystać z daru wolności. 

Podczas rekolekcji zobaczyłam też, że Pan bardzo namacalnie przemawia do nas w Swoim Słowie. Zawsze wielką trudność sprawiało mi odnoszenie słów z Pisma Świętego do własnego życia, nie potrafiłam się w nich odnaleźć. Zobaczyłam, że Panu trzeba dać trochę czasu, aby do nas przemówił. Nade wszystko trzeba się wyciszyć i słuchać tego, co chce nam powiedzieć. Na początku było to trudne, ale ćwiczenia duchowe przyniosły efekt. To tak samo jak z ćwiczeniami fizycznymi: gdy robimy coś za pierwszym razem, rzadko to wychodzi, ale wytrwałe powtarzanie przynosi rezultat. Tak samo jest z próbą usłyszenia tego, co Pan chce nam powiedzieć przez Swoje Słowo. 

Chwała Panu!

Agnieszka 

Świadectwo z "Posłania" 4/2005