Radość posługiwania

Na początku Czuwania przeżyłem po raz kolejny dar wspólnoty. W trakcie Seminarium to poczułem, a teraz zapomniałem trochę.

Siedzę z boku, pełniąc tę swoją posługę w grupie porządkowej i tak patrzę: Michał jest tam, gdzie ma być, Adam z Tomkiem także, każdy coś robi tak, jak należy. Udzieliła mi się radość z posługiwania we wspólnocie, zwieńczenie tych przygotowań. Chciałem się też podzielić tym, że miałem ogromną walkę duchową w trakcie tego Czuwania, taką, z jaką się nie spotkałem w swoim rozeznawaniu, walkę, z którą sam bym sobie nie poradził. Zły duch od dwóch tygodni nade mną pracował, cały czas – przez oskarżanie. O wszystko mnie oskarżał. Jak coś robiłem dobrego, to mi wytykał, że robię to z powodów niekoniecznie dobrych. To oskarżanie było jeszcze stonowane, dopiero w trakcie Czuwania doświadczyłem wielkiego uderzenia. Mam ogromną radość, gdy się mogę w czyjejś intencji modlić. Kiedy trwała modlitwa wstawiennicza, miałem pragnienie, aby właśnie też to robić. Pojawiło się jednak zaraz oskarżenie: „bo ty chcesz”, „bo ci się tak podoba”. Kiedy się szczersze modliłem w jakiejś intencji: „a, bo ty to robisz dla tego przeżycia”. Co bym nie zrobił, wszystko się sypało, a przede mną było świadectwo i przedstawienie teatralne… I dopiero proroctwo, żeby wzywać Imienia Jezusa, które z dzisiejszym Słowem koresponduje, było konkretnie do mnie skierowane. Walka była ogromna. Dopiero wczoraj usiadłem i zacząłem to wszystko rozeznawać. Dzień, choć krótki, zszedł cały na rozeznawaniu. Udało się to jakoś pozbierać, a ile jeszcze innych rzeczy wyszło na jaw! 

Pisanie świadectwa na Czuwanie wyglądało tak, że pół niedzieli się modliłem, żeby to nie było moje, tylko właśnie od Ducha Świętego. Próbowałem pisać. Zacząłem jedno, no, ładne, myślę – ale moje! Do wywalenia! Drugie… nie najgorsze, ale też moje! W końcu usiadłem wieczorem przy stole nad tym świadectwem i napisałem je tak, od ręki. Napisałem, patrzę – szału nie ma. Pomyślałem – no, jeżeli Duch Święty chce, żeby takie było, to niech takie będzie, ale ja nie wiem, czy ja kogoś tym poruszę. Z drugiej strony miałem takie przeświadczenie, że nie było to moje. I gdy było tak dużo ataków złego ducha przed tym świadectwem, to mówiłem: przecież nie robię tego dla siebie, dla własnej chwały, bo w życiu bym nie wyszedł i tego nie powiedział. Jezus chciał takiego wydania ode mnie. Przez to zdarzenie i inne wcześniejsze sytuacje dał okazję, bym pokazał, że naprawdę chcę posługiwać. Jak wyszedłem mówić świadectwo, to już wtedy Duch Święty działał. Niektórzy mówią – to robiłeś, tamto… Nic o tym nie wiem. Świadectwa próbowałem nauczyć się na pamięć przez pół soboty, żeby dobrze je powiedzieć, a później i tak większość czytałem z kartki, bo mi nie szło. Chciałem patrzeć na ludzi i „złapać kontakt”, tak powiedzieć, żeby oni jakoś to poczuli. Patrzę w ludzi – nic nie widzę. „Masakra". Pokój był, ale nie taki, jakiego się spodziewałem. Myślę jednak, że dopiero ta posługa dała mi radość. Gdy już powiedziałem to świadectwo, to usiadłem na początku, przy ołtarzu, zacząłem się modlić, śpiewać… Zapomniałem, że powinienem stać przy tylnych drzwiach! Cieszę się z owoców tego Czuwania, z tego, że mogłem to rozeznać. Bóg już dziś przychodzi do mnie z następnymi propozycjami i cieszę się, że mogę podejmować kolejne posługi. Chwała Panu!

Rafał

Świadectwo z "Posłania" 6/2005