Nie rozpaczaj!

Kiedy byłam już dłuższy czas we wspólnocie „Posłanie” i rozwijałam się duchowo, odczułam silne uderzenie ducha złego w moje pragnienie miłości.

Duch zły usilnie starał się skoncentrować całą moją uwagę na uczuciu do pewnej osoby, czyniąc tym samym zamęt w moim życiu, wprowadzając wiele niepokoju. Zastanawiałam się, czy ta osoba patrzy na mnie i rozpamiętywałam każdą rozmowę z nią. Duch zły utrudniał poprzez to uwielbienie Boga za wszelkie dobro, które stało się moim udziałem. Coraz bardziej byłam niespokojna, a codzienny rachunek sumienia i osobistą modlitwę spychałam na dalszy plan. Nieprzyjaciel duszy uderzył bardzo gwałtownie, chciał odwrócić moją uwagę od Jezusa, abym zajmowała się sobą i nie postępowała w życiu duchowym. Rozwiązaniem tej sytuacji było rozpoznanie, dzięki kierownikowi duchowemu, że były to nieuporządkowane uczucia, podstęp złego. Po spowiedzi, w której przedstawiłam ten problem, przyszedł pokój. Zły jednak nie dał za wygraną.

Kolejne silne uderzenie ducha złego dotyczyło moich planów na wakacje. Niespodziewanie rodzice zaczęli wywierać presję, abym koniecznie pojechała do pracy za granicę. Nie chcieli słyszeć o innej możliwości. Namowy rodziców były tak usilne, że zgodziłam się na wyjazd, mając na uwadze dobre zarobki i zapewnienie utrzymania przez kolejny rok na studiach w Toruniu. Duch Święty poprzez delikatne poruszenia chciał mnie odwieść od tego podstępnego planu. Pamiętam rozmowę z osobą ze wspólnoty, która dzieliła się, że w ostatnim czasie dokonała złego wyboru i przytoczyła fragment Pisma Świętego: Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swojej duszy szkodę poniósł (Mt 16,26). Zapytała mnie, czy zastanowiłam się nad tym, czy jest wolą Bożą, abym jechała za granicę. Pojawiła się wtedy myśl, żeby pojechać z ludźmi ze wspólnoty na pielgrzymkę do Medjugorie. Jednak nie poszłam za tym natchnieniem Ducha Świętego.

Jadąc do pracy za granicę pragnęłam uczestniczyć w Eucharystii. Ucieszyłam się na wiadomość, że w pobliskim mieście są msze św. w języku polskim. Na miejscu jednak okazało się, że nikt z pracowników, poza mną, nie jest zainteresowany, aby jechać samochodem do Kościoła (mieszkaliśmy na wsi). A ja, pomimo wielkiego pragnienia spotkania z Jezusem w Eucharystii, uległam naciskom towarzystwa. Nie brałam pod uwagę możliwości, że mogę sama wybrać się na mszę, bo nie chciano mnie podwieźć. Przez dwa miesiące będąc pozbawiona pokarmu eucharystycznego odczuwałam głęboki smutek... Nie zgadzałam się z poglądami i czynami współpracowników, ale - zachowując milczenie -  przyzwalałam na zło. 

Po powrocie do domu cieszyłam się, że ten koszmar się skończył. Wszyscy naokoło pytali, jak tam było w pracy, a ja nie chciałam opowiadać o moich wakacjach. Nawet po odbytej spowiedzi miałam trudności, aby przebaczyć sobie, że zatraciłam czujność, zaniedbałam modlitwę i nie rozpoznałam podszeptów szatana. Duch zły wciąż podsuwał fałszywe racje, które nie pozwalały na przyjęcie Miłosierdzia Bożego. Bóg jednak nie chciał, żebym tkwiła w marazmie duchowym, dlatego też wyprowadzał mnie z tego przygnębienia. Poprzez codzienne spotkanie z Nim w Eucharystii, modlitwę osobistą i wspólnotową, kierownictwo duchowe na nowo przywracał mi godność dziecka Bożego. Uzdrawiająca i uwalniająca okazała się posługa w grupie teatralnej, kiedy przedstawialiśmy scenkę o Miłosierdziu Bożym, a ja grałam osobę pogrążoną w ciemnościach. Dotknęły mnie słowa, które wypowiadał Jezus podczas przedstawienia: „Duszo w ciemnościach pogrążona, nie rozpaczaj, nie wszystko stracone, wejdź w rozmowę z Bogiem, który jest Miłością i Miłosierdziem samym!”. Odczytałam je bardzo osobiście i dzięki temu odzyskałam głęboki pokój serca i radość. 

Grażyna

Świadectwo z "Posłania" 5/2005