O tajemnicy cierpienia

A kto by jedno takie dziecko przyjął w imię moje, Mnie przyjmuje (Mt 18,5). 

Kilka tygodni temu po raz pierwszy pojechałam z moim niepełnosprawnym synkiem na turnus rehabilitacyjny. Ten trzytygodniowy pobyt w szpitalu zaowocował wieloma doświadczeniami i refleksjami.

Na miejscu ukazało się, że dane nam będzie spędzić ten czas razem z kilkunastoma innymi dziećmi i ich rodzicami w jednym budynku z pokojami gościnnymi i wspólną kuchnią. Wprawdzie różne drogi zaprowadziły nas w to miejsce, ale łączyło nas wszystkich jedno – doświadczenie choroby własnego dziecka. Dzieci były w różnym wieku. Mój dwuletni Kuba należał do najmłodszych, najstarsze miało 15 lat. Różne też były historie choroby naszych pociech. Jedne przyjechały tu po to jedynie, by korygować wadę postawy, inne miały za sobą kilkanaście operacji, miesiące spędzone w szpitalu i ogrom cierpienia przeżytego w tamtym czasie. Nie chodziły, nie mówiły, z niektórymi trudno było nawiązać jakikolwiek kontakt. Zobaczyłam różne stopnie dziecięcego porażenia mózgowego, padaczek, zaniku mięśni czy wodogłowia – cierpienie nie tylko dzieci, ale ich rodziców. To był ból związany z bezradnością wobec choroby kogoś tak bliskiego, ból bezsilności wobec cierpienia, wreszcie ból związany z brakiem akceptacji swojego życia, podporządkowanego nieustannej trosce o chore dziecko. Czasami było to też wewnętrzne niepogodzenie się z tym, że ich dziecko jest inne. 

Przez pierwszych kilka dni pobytu na turnusie podczas wieczornych spotkań w kuchni przy herbacie poznawaliśmy swoje zawikłane drogi życiowe i historie naszych dzieci. Były one tak zawiłe i pełne trudnych, czasem nawet krytycznych momentów, że słuchając ich zastanawiałam się, czy ja byłabym w stanie aż tyle znieść. Oni to przeżyli, czasami wydarzenia te zostawiły w ich wnętrzu tak głębokie rany, że miało się wrażenie, ze jeszcze po tylu latach krwawią i nie chcą się zabliźnić. Było w tych ludziach poczucie krzywdy, odrzucenia przez najbliższych, były rany zadane przez obcych, spotkanych kiedyś przypadkowo na ulicy czy w sklepie. Były pretensje wobec siebie i swoje niemocy. Był też żal do Boga za to, że dopuścił tyle cierpienia. Pojawiały się pytania, dlaczego Bóg pozwala na cierpienie tych najmniejszych, niewinnych: czy to jest kara za nasze – rodziców – grzechy? Wiele trudnych pytań, na które nie mogli znaleźć odpowiedzi, a które ukoiłyby ich skołatane, bolące serca. 

Podczas jednego wieczoru w kuchni rozmawialiśmy na temat sensu takiego cierpienia. Ktoś powiedział, że chore dziecko jest wielkim darem, który człowiek otrzymuje od Boga. Pojawiła się riposta: „A ja mam gdzieś taki dar!”. 

Niełatwo jest przyjąć dar cierpienia. Po ludzku jest to niemożliwe, bo zawsze coś wewnątrz będzie krzyczało, buntowało się, chciało uciec. Nie muszę wyobrażać sobie, co czują rodzice chorego dziecka, bo nie jest mi obce to doświadczenie bólu, bezsilności i przykrości, którego doznaje się od bliskich, ale też od obcych osób. Ludzie spotykani na ulicy potrafią być bezmyślnie okrutni w swoim słowie albo spojrzeniu. To może boleć. Jan Paweł II w liście apostolskim Salvifici doloris napisał, że cierpienie jest częścią doczesnego doświadczenia człowieka, który musi nauczyć się je akceptować i przezwyciężać. Jakże jednak byłoby to możliwe – pisze dalej w Orędziu na XII Światowy Dzień Choregojeśli nie mocą Chrystusowego Krzyża? (…) Z paradoksu krzyża rodzi się odpowiedź na najbardziej niepokojące nas pytania. Chrystus cierpi za nas: bierze na siebie cierpienie wszystkich i je odkupia. Chrystus cierpi z nami, pozwalając nam dzielić z Nim nasze cierpienie. Zjednoczone z cierpieniem Chrystusa ludzkie cierpienie staje się środkiem zbawienia. Wiara jest odpowiedzią, modlitwa i Eucharystia jest ratunkiem w trudnych chwilach. Napisałam kiedyś w liście do przyjaciółki, że gdybym nie widziała cierpienia w świetle zmartwychwstania Chrystusa, nie miałoby ono dla mnie jakiegokolwiek sensu i zniszczyłoby mnie. Jezus powiedział: A kto by jedno takie dziecko przyjął w imię moje, Mnie przyjmuje (Mt 18,5). Kto odrzuca dziecko, odrzuca cierpiącego w nim Chrystusa. Nie wszystko możemy zrozumieć i wytłumaczyć teraz, kiedyś poznamy to jasno, ale już dziś wiem jedno że gdyby nie dar Kubusia, nie wydarzyłoby się tak wiele dobra w moim życiu, w moim małżeństwie.

Pewnego dnia musiałam zostawić Kubę pod opieką innych rodziców na turnusie i wyjechać ze szpitala na dwie godziny. Kuba przez ten czas spał, więc nie sprawiał kłopotu. Na krótko przed moim powrotem obudził się, a gdy dotarłam z powrotem do pokoju, był noszony na rękach przez pewnego tatę. Wieczorem w kuchni przy herbatce przyznał mi się, że zobaczył na stoliku przy moim łóżku Modlitewnik o. Pio i że kiedyś też gorliwie modlił się z żoną do tego świętego o cud uzdrowienia swojej córeczki. Potem przestał prosić, bo Bóg nie uczynił cudu. Sylwia ma kilkanaście lat i bardzo głębokie upośledzenie umysłowe i fizyczne. 

- Cuda się zdarzają – powiedziałam do niego.

- Cuda się zdarzają – odparł – ale bardzo rzadko.

Czasami Bóg jawi się niektórym ludziom jako ktoś, kto jest od spełniania naszych pragnień, marzeń, realizowania naszych żądań. Jeśli modlitwy, prośby, błagania nie przynoszą oczekiwanych rezultatów, obrażamy się na Boga, odwracamy, odchodzimy. Bóg ma działać w naszym życiu, ale na naszych warunkach, bo tylko my wiemy, co jest dla nas najlepsze. Bóg jednak nie jest marionetką ani skrzynką dobrych życzeń. Bóg jest mądrością i wie znacznie lepiej, jacy jesteśmy i co przyniesie nam szczęście. Słyszy nasze modlitwy, zna ich intencje i czyni z nich dobry pożytek. Wie, że bardziej potrzebujemy uzdrowienia duszy niż ciała, bardziej potrzebujemy spotkać żywego Jezusa niż mieć zdrowe ręce czy nogi. Jakże często nasze drogi rozmijają się z drogami Bożymi, bo nie chcemy przyjąć tej prawdy o nas.

Innego wieczora siedzieliśmy przy herbatce w kuchni i rozmawialiśmy na temat rehabilitacji i leczenia, dzieliliśmy się doświadczeniami wypróbowanych metod. W którymś momencie jedna z mam z wielkim zaangażowaniem zaczęła polecać wszystkim usługi pewnego biozielarza, który „leczy” rozpraszając złe energie, z oczu lub zdjęcia odkrywa u ludzi choroby, czyta w myślach i zaleca kuracje ziołowe. Jest bardzo skuteczny, a do tego – bardzo pobożny… Wszyscy słuchali z zainteresowaniem, jak pomógł temu i owemu. Chcieli się z nim kontaktować. Kiedy wypowiedziałam się wobec tego krytycznie, w kuchni zawrzało. Zobaczyłam ze smutkiem, że ludzie czasami tak panicznie uciekają od cierpienia, że są gotowi zrobić wszystko, byleby tylko pozbyć się tego ciężaru. Nie zadają sobie zbędnych pytań, ważny jest osiągnięty efekt. W ten sposób łatwo wpaść w pułapkę znacznie poważniejszą. Katechizm Kościoła Katolickiego jednoznacznie mówi: Wszystkie praktyki magii i czarów, przez które dąży się do pozyskania tajemnych sił, by posługiwać się nimi i osiągnąć nadnaturalną władzę nad bliźnim – nawet w celu zapewnienia mu zdrowia – są w poważnej sprzeczności z cnotą religijności. Praktyki te należy potępić tym bardziej wtedy, gdy towarzyszy im intencja zaszkodzenia drugiemu człowiekowi lub uciekania się do interwencji demonów (p. 2117), natomiast w punkcie 2116 KKK czytamy: Korzystanie z horoskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśniania przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa, posługiwanie się medium są przejawami chęci panowania nad czasem, nad historią i wreszcie nad ludźmi, a jednocześnie pragnieniem zjednania sobie ukrytych mocy. Praktyki te są sprzeczne z czcią i szacunkiem – połączonym z miłującą bojaźnią – które należą się jedynie Bogu. 

Jak można połączyć pobożność z jawnym łamaniem pierwszego przykazania Bożego?

- Każdy ma prawo do swojego zdania na ten temat – odparła jedna z mam widząc, że nie przekonują mnie historie „cudownych” uzdrowień, dokonanych przez słynnego zielarza. 

Żeby, niestety, chodziło tu tylko o prawo do wyrażania własnego zdania, nie byłoby o co się bić. Tu chodzi jednak o coś znacznie poważniejszego, bo o świadome lub nieświadome (nie ma to znaczenia dla samego faktu) wchodzenie w przestrzeń oddziaływań duchowych i otwierania się na nieznane siły, które zaczynają interweniować wewnątrz człowieka. Jakie to są siły? Jaka to energia, którą ów zielarz przekazuje? Czy on ma władzę nad tą energią? Czy uleczenie ciała to jedyny skutek tego oddziaływani sił niewiadomego pochodzenia? Skąd u tych ludzi – dziwnym trafem – pojawiają się nerwice, bezsenność, apatie, rozchwianie emocjonalne, z taką częstotliwością i nasileniem? Skąd niechęć do sakramentów?

Na niedzielna Eucharystię poszłam jako jedyna z budynku gościnnego, budząc przy tym powszechne poruszenie. Jezus w czasie każdej mszy św. mówi do człowieka przygniecionego ciężarem własnego krzyża: „Nie jesteś sam. Ja jestem. Wiem, co znaczy cierpienie. Przyjąłem je za ciebie i dla ciebie”. Kiedy chleb i wino przemieniają się w Ciało i Krew Jezusa, Bóg przemienia też serce człowieka. Ale to nie koniec Jego dobroci – Bóg daje nam siebie za pokarm, byśmy nie umarli, ale by było w nas Życie. Kapłan sprawujący Najświętszą Ofiarę w kaplicy szpitalnej powiedział któregoś razu do nas zebranych, byśmy wychodząc z tego miejsca mieli dziś świadomość, że Bóg nas przemienia, że jesteśmy promieniujący Nim samym. I niech inni to w nas zobaczą. Bóg przyjąwszy za nas cierpienie, dał nam dowód Swojej miłości. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście – powiedział – a Ja was pokrzepię. Paradoksem ludzi ciepiących jest często to, że nie chcą, by ktokolwiek ich pokrzepił. Niektórzy przywykli do cierpienia i chlubią się nim, chcąc budzić powszechną litość i podziw, jak dzielnie znoszą trudy życia. Ich sposób na życie to cierpiętnictwo, swoiste obnoszenie się swoim doświadczeniem. Takim Bóg też nie jest potrzebny, bo cierpienie staje się ich bożkiem. To było zaskakujące dla mnie odkrycie w czasie tego turnusu. 

Cierpienie to tajemnica. To historia życia każdego człowieka. Nie można od niej uciec ani zapewnić sobie zabezpieczenia przed cierpieniem. Sztuką jest tylko odkryć ten krzyż w swoim życiu i przyjąć go – czego uczynić się nie da, jeśli nie ma się odniesienia do tajemnicy Męki i Zmartwychwstania Jezusa. Jan Paweł II pisał w Orędziu na XII Światowy Dzień Chorego: Cierpienie przyjmowane z wiarą staje się jakby bramą wprowadzającą w tajemnicę odkupieńczego cierpienia Chrystusa. Takie cierpienie nie odbiera już pokoju i szczęścia, bo opromienia je blask zmartwychwstania.

Agnieszka Kozłowska

Świadectwo z "Posłania" 1/2005