Pójdź za Mną!

Zastanawiające i budzące zdziwienie jest to, jakich ludzi powołał Jezus na dwunastu Apostołów. Jakim kluczem się kierował?

Nie tak dawno rozmawiałem z pewnym człowiekiem, który pracuje w firmie na stanowisku kierowniczym, zajmuje się też rekrutacją pracowników. Opowiadał, jacy ludzie przychodzą szukać pracy i czego od nich wymaga. Nie są to wygórowane oczekiwania – przede wszystkim szuka u tych ludzi chęci do pracy, oddania serca firmie, aby mogła dalej prosperować. Jak wiemy, w innych miejscach jest podobnie. Pracodawca, zatrudniając ludzi, ma swoje kryteria, szuka konkretnych osób do pewnych zadań. To normalne i logiczne. Nikt nie zatrudnia tych, którzy czegoś nie będą w stanie wykonać. Optyka Boża tymczasem jest zadziwiająca. Jezus wybiera dwunastu Apostołów w nieznanym nam kluczu. Czym się kierował? Z pewnością znał ich serca. Nikt nie przysłał do Niego cv, nie było naboru. Nieraz, kiedy patrzymy na ministrantów, łatwo oceniamy, który z nich nadawałby się na księdza: ten, który jest pobożny, ładnie śpiewa, czyta, modli się, jest grzeczny i spokojny. Dziewczyna, która dużo się modli, mogłaby być zakonnicą. Ale to są nasze, ludzkie kryteria i kalkulacje.

Dziś w Ewangelii (por. Mt 9,36-10,18) słyszeliśmy imiona dwunastu konkretnych ludzi. Jezus posyła ich, aby dokonywali nadzwyczajnych rzeczy: uzdrawiali chorych, wskrzeszali umarłych i głosili Ewangelię na całym świecie. Wybrał Szymona Piotra i jego brata, Andrzeja, a także Jana i Jakuba – ci czterej byli rybakami. Zajmowali się rybołówstwem, a zostali posłani do robienia rzeczy nadzwyczajnych. Powołał też Mateusza, który był celnikiem. Ludzie wykonujący ten zawód współpracowali z rzymskim okupantem, byli znienawidzeni przez Żydów. Postrzegano ich jako złych ludzi. Nikt nie chciał mieć z nimi nic do czynienia. Żyd, który spotkał się z celnikiem i z nim rozmawiał, zaciągał na siebie nieczystość rytualną i musiał przejść pewne procedury, aby się oczyścić. Jezus tymczasem powołał Mateusza, aby robił te same nadzwyczajne rzeczy: wskrzeszał umarłych, wyrzucał złe duchy, uzdrawiał chorych i głosił Ewangelię. Żeby było jeszcze ciekawiej, do tej grupy ewangelizacyjnej Jezus wybrał także Szymona z przydomkiem Gorliwy – zelotę. Istnieje taka hipoteza, że był on jedną z osób, które należały do ówczesnego zbrojnego ruchu oporu i walczyły z okupantem. W czasach Jezusa wielu ludzi gorliwie wypełniało przepisy Prawa, a więc przeciwstawiali się Rzymianom i tym, którzy z nimi współpracowali. Widzimy więc kontrast między Mateuszem-celnikiem a Szymonem Gorliwym. Pan jednak powołał ich, aby głosili Ewangelię, uzdrawiali, wskrzeszali. Po ludzku patrząc, byli to więc ludzie, którzy się kompletnie do tego nie nadawali. Jezus stworzył z nich jedną wspólnotę, a podczas Ostatniej Wieczerzy powiedział im jeszcze, że mają się wzajemnie miłować. Jak widzimy, Bóg powołuje różne osoby i uzdalnia je do tego zadania, które im wyznaczył. Sami by tego nie zrobili, ale Pan daje im ku temu władzę i moc. Otrzymują ów dar darmo i mają się nim za darmo dzielić.

Chciałbym się w tym miejscu podzielić osobistym doświadczeniem spotkania Jezusa, który mnie powołał. Ja, prosty człowiek, mam tak samo jak Apostołowie głosić Ewangelię na krańce ziemi. Gdy byłem małych chłopcem, zawsze chciałem walczyć. Odkąd pamiętam, wciąż mnie to interesowało. Myślałem, że to jest normalne, że każdego chłopaka to jakoś angażuje. Oglądałem filmy karate (Bruce Lee był moim szczególnym idolem) i to, co widziałem, naśladowałem też na podwórku, zresztą koledzy podzielali moje zainteresowania. To chciałem w życiu robić. Kiedy podrosłem, zapisałem się na kickboxing (boks połączony z nogami). Chodziłem na treningi, ale chciałem zobaczyć, jak to jest walczyć naprawdę, bez sędziego, rękawic, określonego czasu. Jeździłem z kolegami, którzy są kibicami. Dawali mi znać, kiedy będzie rozgrywany jakiś mecz, w którym prawdopodobnie dojdzie do kontaktu z kibicami drużyny przeciwnej. Piłka nożna do dzisiaj mnie nie interesuje. Na trybunach stałem plecami do murawy. Czekałem jednak, kiedy będzie zwarcie, kontakt z drugą drużyną kibiców, aby wypróbować to, czego się nauczyłem na treningu.

Kiedy byłem starszy, chodziłem na dyskoteki. Rodzice wiedzą, że kiedy młody człowiek gdzieś idzie, stroi się przed lustrem, żeby jakoś wyglądać. W takich momentach ja z kolei rozpoczynałem trening, żeby się rozgrzać. Oglądaliśmy z kolegami filmiki z walkami w klatkach, żeby stworzyć odpowiednią atmosferę. Bywało tak, że dyskotekę traktowałem jako formę treningu. Zazwyczaj zdarzała się tam jakaś awantura. Co ciekawe, uważałem się wtedy za człowieka religijnego, co tydzień chodziłem do kościoła, modliłem się, odprawiałem różne nabożeństwa. Myślałem, że mam dobry kontakt z Jezusem, a tak naprawdę byłem sercem daleko od Pana Boga. Można przychodzić do kościoła całe życie, modlić się różnymi modlitwami, ale nie spotkać nigdy Boga, minąć się z Nim. Można przyjść tutaj, wyjść i nie pamiętać, o czym było czytanie, Ewangelia, kazanie. Bywa, że przychodzimy tutaj, a jednak nie widzimy żadnej zmiany w naszym życiu. Co więcej, wydaje się nam, że wszystko jest w porządku. Jezus nieustannie chce, abyśmy wchodzili z Nim w głębszą relację. Jeśli ktoś myśli, że wszystko jest dobrze, jest porządnym katolikiem, bo nie zabija, nie kradnie, tak naprawdę musi się poważnie nad sobą zastanowić. Jezus mówił do mojego serca, do mojego sumienia, że robię źle, ale zagłuszałem to w sobie.

Pewnego razu, gdy byłem na dyskotece, o czwartej czy piątej rano wydarzyła się bójka. Pobiłem się z innymi chłopakami. Po całej tej zadymie podszedł do mnie jakiś młody człowiek z pękniętym łukiem brwiowym, z twarzą zalaną krwią. Stanął naprzeciwko mnie i nagle w tym momencie przypomniały mi się słowa z Ewangelii – być może usłyszałem je kiedyś w kościele lub w jakimś filmie: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (por. Mt 25,40). Te słowa cały czas przychodziły mi do głowy. Nie słyszałem, co ten chłopak do mnie mówi, tylko to jedno, powracające wciąż zdanie. W paru sekundach dokonałem takiej refleksji i zdałem sobie sprawę z tego, że cokolwiek zrobiłem drugiemu – okradłem, okłamałem, obgadałem – to tak, jakbym skrzywdził Jezusa. Wtedy powiedziałem do tego chłopaka: „Jezu, to ja Cię przepraszam” – i poszedłem. Od tego momentu miałem mocne postanowienie – i nadal w nim trwam – żeby nikogo w życiu nie skrzywdzić, nie wdawać się w bójki.

Jednak to pragnienie walki było cały czas we mnie. Dalej chciałem trenować, z tym wiązałem przyszłość. Znowu zaczęły się treningi, więc tylko w sporcie pokładałem wówczas swoją nadzieję. Poszedłem też do wojska, żeby się nad sobą zastanowić. Myślałem, że może tam zostanę. Potem jednak wyjechałem do Warszawy na studia – kierunek wychowanie fizyczne. Tam też rozpocząłem treningi w jednym z najlepszych klubów, żeby walczyć na ringach – skoro już nie mogłem robić tego na ulicy, bo to nie podobało się Jezusowi. Udało mi się zdobyć mistrzostwo Polski w kick-boxingu. Jako młody człowiek miałem to, co na tym etapie było jakimś spełnieniem – studia, sukcesy w sporcie, pracę. Można powiedzieć, że się realizowałem. Cały czas jednak czułem brak, pustkę, przekonanie, że to nie było to. W głębi serca nie uważałem się za w pełni szczęśliwego. Zacząłem częściej się modlić, chodzić do spowiedzi, czytać Pismo Święte. Szukałem tego szczęścia. Pewnego razu poprosiłem Boga: „Powiedz mi, co mam w życiu robić, gdzie mam iść. Daj mi jakiś list, jakąś kartkę.” I nagle zaświtała mi myśl, że listem Pana Boga do nas jest Pismo Święte. Pomodliłem się więc do Ducha Świętego i powiedziałem: „Jezu, mów do mnie, co mam w życiu robić”. Otworzyłem Słowo Boże i przeczytałem: „Pójdź za Mną!”. To był mocny strzał – czułem, że On rzeczywiście mnie woła. Początkowo to odrzuciłem, bo myślałem, że się nie nadaję. Nie lubię występować publicznie. Na ringu robi się swoje i wychodzi. Zawsze wydawało mi się, że ksiądz to jest ktoś mądry, wykształcony – i tak jest, ale Jezus powołuje różnych ludzi i uzdalnia do wykonania tego zadania.

Pewnej niedzieli chciałem iść wieczorem na mszę świętą. Na Krakowskim Przedmieściu jest dużo kościołów, więc chodziłem od jednego do drugiego. Wszedłem do jednego – tu już się msza skończyła, inny kościół był zamknięty, w jeszcze innym – już trwała, a chciałem być na całej mszy. Dopiero na samym końcu ulicy był kościół, w którym msza miała być sprawowana za pięć minut. Ucieszyłem się, wszedłem do środka i jak nigdy dotąd nie pamiętałem, o czym była Ewangelia, tak tamtą pamiętam do dziś: Jezus przyszedł do miasta, zawołał ślepca, a on zostawił swój płaszcz, czyli wszystko, co miał i poszedł do Niego. Jezus uzdrowił go. Dał mu największe szczęście. Kapłan mówiący wówczas homilię powiedział: „Jeśli czujesz gdzieś w sercu, że Jezus cię woła, to pozostaw wszystko, co masz i idź do Niego. On da ci największe szczęście, jakie możesz sobie wyobrazić. On ma dla ciebie najlepszy plan”. Poczułem, że te słowa są do mnie. Postanowiłem: „Jezu, idę za Tobą, chociaż wiem, że się kompletnie do tego zewnętrznie nie nadaję. Jeszcze nie wiem, czego ode mnie chcesz, ale idę za Tobą”.

Pojawił się kolejny kłopot, bo nie wiedziałem, gdzie mam iść, kim mam być. Nigdy nie byłem ministrantem, nie znałem żadnego księdza ani pobożnych chłopaków, nie miałem więc z kim o tym porozmawiać. Czułem się w tym samotny. Prosiłem o kolejny list od Pana. Wtedy już znałem sposób, więc czytałem Pismo Święte, modliłem się, coraz częściej korzystałem z sakramentów. Trwanie w stanie łaski uświęcającej jest bardzo potrzebne, żeby rozeznać wolę Bożą. Pewnego razu, wychodząc z kościoła, spojrzałem na stojącą tam figurkę św. Antoniego i zdałem sobie sprawę, że ten święty jest wszędzie, w każdej świątyni. Kim on jest? Wróciłem do domu, wpisałem w wyszukiwarkę: „chleb św. Antoniego, brązowy habit…”, znalazłem jego życiorys, przeczytałem i czułem, że moje serce pała. Chciałem żyć tak, jak on i tam, gdzie on; zapragnąłem robić to samo. Skontaktowałem się z ojcem, który jest odpowiedzialny za powołania w prowincji franciszkanów i pojechałem do Osiecznej na rozeznanie w ciszy. Tam zobaczyłem młodych zakonników i poczułem pokój. Chciałem żyć jak oni. Kiedy wstępowałem do postulatu, ze spakowaną torbą przekroczyłem furtę klasztorną, znów odczułem pokój i przeświadczenie, że to jest właściwe miejsce. Zostawiłem wszystko – i sport, i być może przyszłą karierę. Dziś jestem diakonem. 17 maja przyszłego roku będę miał święcenia kapłańskie. W naszym zakonie też się wybiera nowe imię. Podaje się propozycje i przełożeni dokonują wyboru. Otrzymałem imię Antoni. To był dla mnie kolejny znak, że Jezus naprawdę mnie powołał – bo wątpliwości przychodzą. Święty Antoni jest patronem rzeczy zagubionych, a mi pomógł odnaleźć drogę do Kościoła i mojego powołania. Za to jestem mu wdzięczny. Dziś nie chcę już walczyć z drugim człowiekiem, krzywdzić go, ale chcę być – tak jak mój patron – Bożym wojownikiem i walczyć ze złem dla Boga.

Chwała Panu.

Brat Antoni

Homilia wygłoszona 18 czerwca 2017 r. w kościele oo. Franciszkanów w Toruniu, opublikowana w "Posłaniu" 4/2017.