Trzeba iść w głąb

Miałam to szczęście, że podstawy wiary wyniosłam z domu rodzinnego. Od najmłodszych lat byłam blisko Kościoła. Pan stawiał na mojej drodze osoby, przez które zaprowadził mnie do siebie. Niestety, mój zapał był zazwyczaj krótkotrwały, a owoce rekolekcji i pielgrzymek rozmywały się w szarej codzienności, w której dla Pana Boga nie było zbyt wiele miejsca. Pozornie wszystko zostawało po staremu, jednak gdzieś głęboko w sercu każde takie wydarzenie zostawiało swój ślad – coraz silniejsze pragnienie Boga, życia w przyjaźni z Nim na co dzień.

Będąc na studiach zaczynałam rozumieć, że moja dotychczasowa wiara to zaledwie pływanie po powierzchni, że nie wystarczy jej, by oprzeć się temu wszystkiemu, co proponuje dzisiejszy świat. Zaczynałam dostrzegać, że nie można jednocześnie żyć jak wszyscy i być w zgodzie  z dotychczasowymi przekonaniami, bałam się jednak zawierzyć Bogu swoje życie do końca. Tkwiło we mnie irracjonalne przekonanie, że muszę z czegoś zrezygnować, że jak pójdę za Panem Bogiem, to On zrobi w moim życiu jakaś totalna rewolucję, że stracę kontrolę nad swoim życiem (tak jakbym do tej pory ją miała). Buntowałam się i odrzucałam zaproszenia do większego zaangażowania, w tym kolejne propozycje przyjścia Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym. Jednak pływanie po powierzchni coraz bardziej przestawało mi wystarczać. 

W maju zeszłego roku za namową przyjaciół wzięłam udział w czuwaniu przed niedzielą zesłania Ducha Świętego. Dopiero na miejscu dowiedziałam się, że przewidziana jest także modlitwa o uzdrowienie. Przestraszyłam się na samą myśl, że ja także miałabym wziąć w niej udział, od razu wykluczyłam taką możliwość. Jednak gdy rozpoczęła się modlitwa, zaczęłam bić się z myślami. Nie mieściło mi się w głowie, że mogłabym prosić o modlitwę i do tego jeszcze wypowiedzieć swoje lęki i obawy; wydawało mi się to zupełnie bez sensu. Jednakże za każdym razem, gdy padały słowa Pisma Świętego, mój opór słabł, aż w końcu przestałam się opierać. W czasie modlitwy o uzdrowieni coś we mnie pękło, jakby puściła tama, którą postawiłam w swoim sercu. Rozpłakałam się jak dziecko. Doświadczenie to jednak było zaledwie początkiem. W ciągu następnych tygodni dojrzewała myśl o przejściu seminarium. Ta propozycja nie dawała mi spokoju, jednak powracał lęk przed zaufaniem Bogu i skorzystaniem z tej szansy. Mimo to po głowie kołatały mi słowa: „Nie wystarczy przekroczyć próg, trzeba iść w głąb”. W tym czasie bardzo pomogli mi przyjaciele, którzy już byli zaangażowani we wspólnocie. Bardziej jednak niż to, co mówili (choć rozmowy bywały burzliwe), przekonało mnie to, jak zmieniło się (pozytywnie) ich życie od czasu, gdy przeszli seminarium.

Rozpoczęło się seminarium, a każdy kolejny tydzień powoli otwierał mi oczy. Pan pokazywał mi to wszystko, co jest we mnie i oddziela mnie od Niego, nie pozwala Jemu zaufać. Modlitwa o uzdrowienie przyniosła mi spokój i pozwoliła wybaczyć. Niektóre tygodnie były trudne. Wciąż próbowałam brać wszystko na rozum , który – oczywiście - nie dawał wszystkich odpowiedzi. Szczególnie dar języków wydawał mi się zupełnie irracjonalny. Chciałam go zrozumieć. W czasie modlitwy o chrzest w Duchu Świętym Pan wysłuchał tej prośby w sposób nieoczekiwany – zamiast zrozumieć, pozwolił mi doświadczyć daru języków. Ukorzył mój umysł, by wiara mogła wzrastać.

W czasie seminarium zobaczyłam, że życie z Jezusem na co dzień jest możliwe, jeśli tylko się Mu na to pozwoli. Znalazłam odpowiedź, której tak długo szukałam. Zrozumiałam, że to ja sama stawiam barykady, że ode mnie zależy, na ile pozwolę Panu wejść w moją codzienność, że wystarczy pozwolić Mu działać. Powoli, wręcz niedostrzegalnie zaczęła się zmieniać także moja modlitwa, wcześniej bardzo zaniedbywana. Różaniec przestał się wydawać długi i nudny, wieczorny rachunek sumienia okazał się wykonalny, zniknęło gdzieś poczucie modlitwy jako obowiązku. Eucharystia też w coraz większym stopniu staje się częścią mojej codzienności. Wszystko zmienia się tak subtelnie, że ciężko to zauważyć, szczególnie jeśli idzie o zmianę sposobu myślenia. Widzę coraz bardziej, że wszystko, co robię, każda drobna decyzja czy działanie, nie pozostają bez znaczenia. Niestety, czasem dostrzegam to dopiero po fakcie. Zdając sobie sprawę ze swoich słabości i słabej woli, uczę się nie być samowystarczalna, pozwalać, by Jezus mnie uzdrawiał, podnosił z upadków, dawał siłę, by dalej iść za Nim. Zaczynam rozumieć, że nie wystarczy raz powiedzieć Bogu „Tak”, że trzeba to powtarzać każdego dnia na nowo. Wiem, że to dopiero początek drogi. Jednak słowa, które kiedyś wzbudzały we mnie lęk, dziś są drogowskazem: „Nie wystarczy przekroczyć próg, trzeba iść w głąb”.

Chwała Panu!

Agnieszka

Świadectwo z "Posłania" 5/2005