Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych

Moje pierwsze spotkanie z żywym Jezusem - a nie z postacią historyczną, jak myślałam do tamtego czasu - miało miejsce na rekolekcjach z o. Jamesem Manjackalem we wrześniu 2008 roku. Znalazłam się tam, nie mając świadomości co to są za rekolekcje.

Koleżanka zapytała mnie, czy nie chciałabym iść na spotkanie z charyzmatykiem, który "ma moc uzdrawiania". Tak naprawdę nie wiedziałam, co znaczy słowo „charyzmatyk”, ani nie byłam świadoma tego, że w dzisiejszych czasach mają miejsca jakieś uzdrowienia. W związku z tym, że miałam ciężko chorego męża, stwierdziłam, że skoro taka propozycja padła, to mogę się na nią zgodzić. Zdecydowałam się jednak bez wielkiego entuzjazmu. Wtedy wydawało mi się, że jestem dobrą chrześcijanką. Chodziłam co niedzielę do kościoła, zdarzało się, że nawet w tygodniu poszłam na mszę świętą. Było wtedy jedno „ale”, które nie dawało mi do końca spokoju, ale wydawało mi się, że jakoś sobie z tym radzę: nie wyspowiadałam się z jednego ciężkiego grzechu i bez jakiejkolwiek świadomości, że popełniam kolejny grzech, przyjmowałam komunię świętą. Patrząc z perspektywy czasu dostrzegam, że za każdym razem, kiedy szłam do spowiedzi, „ten grzech” cały czas nie dawał mi spokoju. Pan zawsze przypominał mi o nim, jednak spychałam go w podświadomość. Strasznie bałam się wyspowiadać z tego grzechu. Bałam się reakcji spowiednika, wydawało mi się, że grzech i tak nie zostanie mi przebaczony, a ksiądz wygoni mnie z konfesjonału. Tak naprawdę nigdy nie słyszałam, by podobna sytuacja kogokolwiek spotkała, pomimo to trwałam w tym przekonaniu. Teraz widzę, jak zły duch może być podstępny i skutecznie odciągać nas od Miłosierdzia Bożego. 

Już pierwszego dnia na rekolekcjach z o. Jamesem Manjackalem podczas modlitwy o uzdrowienie coś zaczęło dziać się w moim sercu. Kiedy ojciec zaczął modlitwę, poczułam, że Jezus nie jest żadną postacią historyczną, tylko Osobą obecną wśród nas. Było to niesamowite odkrycie. Nie mogłam przestać płakać. Drugiego dnia ojciec podczas konferencji mówił na temat mszy świętej, komunii, spowiedzi. Wtedy otworzyły się moje oczy na to, co robiłam do tej pory. Uświadomiłam sobie, jak ciężkie grzechy popełniam. W moim sercu zrodziła się potrzeba wyspowiadania się ze wszystkich win. Bałam się tej spowiedzi, ale potrzeba oczyszczenia się z „tego grzechu” była silniejsza. Dziękuję Panu za to. Spowiadając się doznałam ogromnego szoku. Nie mogłam uwierzyć, że nie zostałam skrytykowana, że spowiednik z taką łatwością odpuścił mi moje grzechy. Było to dla mnie ogromne przeżycie i cały czas nie mogłam uwierzyć, że Pan obdarza mnie takim miłosierdziem, że kocha mnie nawet z moimi grzechami, wadami. Po moim całkowitym oczyszczeniu komunia święta była dla mnie prawdziwym przyjęciem Pana Jezusa do mojego serca. Pierwszy raz w życiu poczułam, że jestem szczęśliwym człowiekiem i jestem nim do dzisiaj, dzięki Jezusowi Chrystusowi, dzięki Jego niesamowitej miłości do mnie. 

 

Po zakończeniu rekolekcji moje życie całkowicie się odmieniło. Poszukiwałam osób, wspólnot, w których mogłabym dowiedzieć się jak najwięcej o życiu w zgodzie z Chrystusem, gdzie mogłabym uczestniczyć we wspólnej modlitwie, wychwalać Pana śpiewem. W moich poszukiwaniach natknęłam się na organizowane przez Wspólnotę „Posłanie” Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym. Spotkania otworzyły mi oczy na szereg różnych spraw. Dowiedziałam się szczególnie, jak podstępny może być zły duch, aby odciągnąć mnie od miłości Chrystusa. Poznałam różne sposoby odpierania ataków nieprzyjaciela. Szczególnie cenne są dla mnie poznane reguły św. Ignacego o rozeznawaniu duchowym. Utwierdziłam się w przekonaniu, że we wspólnocie łatwiej jest wzrastać w miłości Chrystusowej, łatwiej pokonywać różne przeszkody i trudy życia codziennego. 

Dziękuję Panu Bogu za dar mojego nawrócenia i za to, że znalazłam się we wspólnocie w bardzo ciężkim dla mnie okresie. Mój mąż był bardzo ciężko chory i przejście przez tę chorobę razem z nim do momentu zbliżenia się do Jezusa nie było proste. Natomiast od chwili, kiedy Pan Bóg wyciągnął mnie, małą owieczkę z bagna brudów różnych grzechów i pociągnął ku sobie, napełnił mnie Swoją miłością, moje życie zupełnie się zmieniło. Pomimo że choroba męża nie ustępowała, wręcz przeciwnie - dawała mocno o sobie znać, dzięki Jezusowi miałam siłę, żeby przezwyciężyć to wszystko i nie załamać się. Nawet nie prosiłam Pana Boga o siły dla mnie, tylko dla mojego męża, a On dawał mi nieustanie potężne wsparcie. Taki właśnie jest nasz Pan - wielki i miłosierny. Chwała Mu za to.

W zeszłym roku spotkały mnie kolejne ciężkie doświadczenia. Ciężkie - po ludzku, ale dzięki przeogromnej łasce Bożej, której doświadczyłam, nie były trudne do przeżycia. W sierpniu nagle zmarła moja mama, która była dla mnie ogromnym wsparciem. W tym momencie dostałam od naszego Pana, Jezusa niesamowitą łaskę, której nawet nie jestem w stanie opisać. Dzięki Jezusowi pogodziłam się z tym, zaakceptowałam to, co mnie spotkało. Dużą nadzieją dla mnie w tym czasie była myśl o tym, że mama jest już bliżej Boga. 

Cztery miesiące po śmierci mamy Pan Bóg powołał do Siebie mojego męża. I kolejny raz doświadczyłam przeogromnej miłości Boga, który nie pozwolił mi się załamać. Nadal potrafię się uśmiechać. Pomimo odejścia najbliższych mi osób nie czuję się samotna, bo wiem, że mój Bóg czuwa nade mną. Doświadczam też niesamowitego wsparcia od Maryi. Codzienna modlitwa różańcowa i codzienna Eucharystia są dla mnie ogromnym wsparciem. Dla naszego Pana i Zbawiciela nie ma rzeczy niemożliwych, bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale nie ma takiej sytuacji naszego życia, z których Pan nie wyprowadziłby nas na zielone pastwiska. Pan jest Pasterzem moim i twoim, każdego z nas. Warto zaufać Panu Bogu, Jego świętej woli. 

Monika

Świadectwo z "Posłania" 4/2010