Niechciany post

Wszystko zaczęło się od spowiedzi. Kapłan, u którego się spowiadałem, zabronił mi pościć o chlebie i wodzie, choć sam tego chciałem. Powiedział mi, że to że względu na moją bardzo szczupłą sylwetkę oraz na to, że czasem z postem przesadzałem i gnębiłem się, nie jedząc prawie nic.

Na moje pytanie, jak mam pościć, bo jednak bardzo bym chciał, odpowiedział mi, że moim postem będzie wierne wypełnianie obowiązków w pracy. No dobrze – pomyślałem – niech będzie, skoro nie mogę pościć o chlebie, to postaram się pościć, wypełniając swoje obowiązki. Zacząłem od piątków i jakie było moje zdziwienie, gdy zorientowałem się, że jest to dla mnie o wiele trudniejsze niż post o chlebie i wodzie. Zacząłem widzieć, jaki jestem słaby, jak bardzo uciekam od pełnienia moich obowiązków, jak często zrzucam je na innych. Zobaczyłem, że czasem gram ofiarę losu, aby ktoś ulitował się i zrobił za mnie pracę mi przeznaczoną. Zobaczyłem swoje odwlekanie rozpoczęcia pracy. Dotąd miałem w zwyczaju po przyjściu do pracy zrobić sobie herbatkę, usiąść do komputera, przy którym pracuję, wyjąć kanapki i przeglądać nowinki ze świata. Czytałem o tym, co się wydarzyło, jakie są problemy na tym świecie: „Trzeba się w końcu rozwijać trzeba wiedzieć, co w trawie piszczy, umieć się wypowiedzieć na forum, gdy ktoś poruszy jakiś bieżący temat, trzeba zabłysnąć…”. Tyle że mój zwyczaj zajmował mi codziennie 45-60 minut, a potem zdarzało się, że nie starczało już czasu, aby zrobić to, co do mnie należy. Mój zwyczaj, który uważałem za dobry i jak najbardziej uzasadniony, był tak naprawdę moja ucieczką, był moim lenistwem.

Przed świętami Bożego Narodzenia postanowiłem się do nich dobrze przygotować i wymyśliłem, że będę pościł właśnie od tego porannego czytelnictwa. Z początku było mi bardzo trudno, ręka sama otwierała okienko przeglądarki internetowej z ulubioną stroną o astronomii, czasem walka z własną ręką zajmowała mi ładne kilka minut, zanim znów mogłem pracować . Zdarzały się porażki, zdarzały się zwycięstwa. Ilekroć nie mogłem pracować, zwracałem się do Boga o pomoc, często przez ręce Maryi i św. Józefa, który wie, jak pracować. Czasem siedząc w lęku przed obowiązkami odmawiałem dziesiątkę różańca, czasem musiałem odmówić nawet ze trzy dziesiątki, aby móc podjąć obowiązki na nowo. Przed świętami zobaczyłem, że Bóg udzielił mi łaski wolności wobec moich ulubionych portali, jak też i większej odwagi w podejmowaniu nowych wyzwań. W nowym roku zacząłem stopniowo coraz częściej zaglądać na znajome strony – w końcu post mi się już z kończył - a wraz z tym znów wkradał się lęk i niemoc podejmowania obowiązków. Gdy się zorientowałem, co się dzieje, postanowiłem, że tak nie można. Mój pracodawca płaci mi i ufa, że czas mojej pracy jest rzeczywiście CZASEM PRACY i że jest to oszustwem z mojej strony, gdy świadomie i z premedytacją trwonię go na rzeczy z nią nie związane. W pracy, owszem, przysługują mi przerwy i te spędzam na odpoczynku, rozmowie czy posiłku, ale nie będę kradł czasu pracy na to, co w gruncie rzeczy jest zbędne. Postanowiłem w czasie pracy nie zajmować się czytelnictwem, przecież mogę to zrobić w domu. W końcu też mam internet.

Pan Bóg nagrodził mój trud walki ze sobą, bo powoli zacząłem odkrywać skarby, jakich mi udziela poprzez wysiłek pracy. Zacząłem uczyć się pracować, poznałem, co to znaczy prosić o pomoc tam, gdzie potrzebuję pomocy i zmagać się tam, gdzie mogę cos zrobić sam. Bóg pokazał mi radość i wartość tego, co robię, wlał w moje serce odwagę do podejmowania nowych wyzwań, nowych obowiązków i radość z ich wypełniania. Pokazał mi, jak wiele się przy tym uczę, jak bardzo się rozwijam, nie tylko jako informatyk, ale i jako człowiek. Przez to, że nie tracę czasu na zbędne rzeczy, rzadziej musze zostawać po godzinach, aby dokończyć pracę. Przez to, że podejmuję rzeczy nowe, widzę, jak wyzbywam się lęku przed nieznanym, który towarzyszył mi w życiu, odkąd pamiętam. Lęk odchodzi, a jego miejsce zajmuje pewność siebie i ufność Bogu, że On wie, co robi, gdy przydziela mi coraz bardziej odpowiedzialne sprawy. Przez ten codzienny trud podejmowania swoich obowiązków widzę, jak Bóg uczy mnie odpowiedzialności, z której wypływa dla mnie coraz większa radość i spełnienie. Czasem w tych zmaganiach naprawdę idzie na noże, ale każda walka, nawet ta przegrana, jest krokiem do przodu, bo uczy mnie pokory, większego zawierzenia Panu i czerpania od Niego sił. Teraz, po sześciu miesiącach zmagań, powoli zaczynam rozumieć słowa wyczytane w Dzienniczku św. Faustyny, słowa, które wcześniej nie miały dla mnie sensu ani znaczenia: O życie szare i monotonne, ile w tobie skarbów

Chwała Panu za łaskę postu, nie takiego, który ja bym chciał, ale takiego, którego chce dla mnie Bóg.

Krzysiek

Świadectwo z "Posłania" 3/2007