Dar wolności

Od grudnia 2005 roku zaczęłam być leczona z powodu objawów anoreksji. Chodziłam do różnych specjalistów. Nasilił się też we mnie lęk przed odrzuceniem. Początkowo jednak nie przybrałam na wadze, a nawet jeszcze schudłam. Słyszałam wiele upomnień, odbierając niektóre z buntem, żalem, że jestem traktowana jak mała dziewczynka, a nie osoba dorosła – przecież miałam już ponad 20 lat. Nie chciałam jednak zmieniać swojego postępowania – jadłam mniej, aby chudnąć, ewentualnie tak, by nie przytyć. 

Uczestnicząc we mszy świętej często myślałam o anoreksji – swojej chorobie. Zaczęłam ofiarowywać ją Chrystusowi. Pamiętam szczególnie jedną mszę o uzdrowienie, kiedy Mu ją ofiarowałam i otrzymałam wewnętrzne przekonanie, że jestem wolna w tej chorobie. Wtedy dostałam o wiele więcej – pragnienie pełnienia woli Ojca. Zrozumiałam, że mogę dalej się odchudzać, może nawet zagłodzić, ale w ten sposób nie mogłabym wypełnić woli Boga, trwałabym w grzechu, w śmierci. Mogłam też słuchać głosu sumienia, rad lekarzy i zmienić swoje postępowanie. 

Dlaczego jednak otrzymałam dar wolności w chorobie? To dziwny dar – myślałam potem. Może dlatego, że trwając dłuższy czas w „myśleniu anorektycznym”, byłam nim zniewolona, osłabiona i nie chciałam z nim walczyć. 

Jezus uczynił jeszcze więcej – On dotknął korzenia mojego problemu. Dzięki Niemu mogłam go częściowo poznać. Kiedyś bliska mi osoba zasugerowała, że jestem chyba za gruba. I tak wcześniej miałam kompleksy z powodu własnego wyglądu i to mnie zraniło. Dzięki Jezusowi mogłam jej przebaczyć. 

Jest jeszcze jedna rzecz, która miała wpływ na moją chorobę – ogromne dążenie do bycia zauważoną, do zasłużenia na miłość i lęk przed odrzuceniem przez ludzi, przez Boga. Ten stan łączy się z nieznajomością mojego ojca. Przez jakiś czas myślałam, że jest nim mąż mojej mamy. Potem ktoś zasiał we mnie ziarno wątpliwości. Pewne fakty potwierdzały, że tak nie jest. Ostatecznie pod koniec szkoły podstawowej dowiedziałam się o tym od mamy. Nie znam mojego ojca, pewnie mnie nie chciał, odrzucił. Kiedyś widziałam jego zdjęcie. Nienawidziłam ojczyma, czułam żal do ojca. Te relacje Bóg też uzdrowił. Mogłam im przebaczyć – początkowo aktem woli, choć proces ten trwał dość długo. Pozostały zranienia, ale i te może Chrystus uzdrowić. Prosiłam Go, by wypełnił te miejsca miłością miłosierną i teraz nie koncentruję się tak na nich. Myśląc o nich, mogę powtarzać tę modlitwę. 

Jezus naprawdę żyje i działa! Nie jest tylko postacią historyczną, która kiedyś żyła, umarła, której nie ma w moim życiu, jak ktoś ze sławnych zmarłych ludzi, o których mogę poczytać, ale nie spotkam ich osobiście. 

Chrystusa mogę poznawać, mogę z Nim rozmawiać. On mnie najlepiej zrozumie. Poznaję Go, mogę doświadczyć na modlitwie, rozważając Słowo Boże, przystępując do sakramentów, zwłaszcza Eucharystii i pokuty, a także przez służbę innym. Jezus żyje!!! 

Kasia

Świadectwo z "Posłania" 5/2007