Zawsze na czas

W przeddzień mojego ślubu pragnę opowiedzieć moją historię, aby oddać Bogu cześć i chwałę.

Pragnienie miłości, jak w każdym człowieku, było także we mnie. Zawsze marzyłam o wielkiej i pięknej miłości, o księciu z bajki. Jak żywe wracają do mnie wspomnienia, myśli i marzenia, gdy miałam 16-18 lat. Pomimo że wychowałam się w rodzinnej, ciepłej, pełnej miłości atmosferze, to zawsze tęskniłam za „wielką miłością”. Dziś wiem, że tę tęsknotę może wypełnić tylko Jezus Chrystus.

W tamtym okresie mojego życia słyszałam, że o dobrego męża trzeba się modlić i czasami, kiedy mi się przypomniało, modliłam się, ale bardzo sporadycznie. Wtedy myślałam sobie, że jeszcze mam czas, że na pewno znajdzie się ktoś, kto pokocha mnie, a ja jego. Byłam pełna nadziei i w głębi serca czułam, że Pan Bóg mi w tym pomoże. Czas biegł nieubłagalnie, a na mojej drodze nie spotkałam nikogo, kogo mogłabym pokochać ze wzajemnością. W moje serce zaczął wkradać się brak nadziei, poczucie, że nie jestem piękna, że jestem nic nie warta, że nie mam co zaoferować. Na szczęście Pan uchronił mnie przed tym, abym poszła za głosem tego świata, przeczuwałam, że to raczej zaprowadzi mnie do zguby. Wiedziałam, że na dyskotece nie poznam męża.

Coraz częściej prosiłam Pana Boga, aby postawił na mej drodze dobrego mężczyznę i coraz więcej modliłam się w tej intencji, jednak bardziej zdecydowanie rozpoczęłam bombardowanie nieba w 2008 r., kiedy to po raz pierwszy podjęłam wysiłek pieszej pielgrzymki na Jasną Górę. Od tamtej chwili każdy trud, cierpienie, radość ofiarowywałam w tej intencji (nawet trzymanie kabelka). O dziwo, szukając męża... odnalazłam Jezusa – mojego Pana, Przyjaciela, moją Miłość. Przylgnęłam do Niego całym swym sercem. To na pielgrzymce pokochałam codzienne Eucharystie, które stały się dla mnie centralnym czasem w ciągu dnia i do których tęskniło moje serce, a dusza radowała się. Bez Eucharystii nie wyobrażam sobie pielgrzymowania. Ona sprawiła, że każdy dzień był świętem i ucztą.

Od tamtej pory pielgrzymowałam na Jasną Górę każdego roku, zawsze modląc się w intencji dobrego męża. Pan Bóg wystawił mnie jednak na próbę. W trudnych chwilach pociechą dla mnie były słowa z Pisma Świętego: Synu, jeżeli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenie! Zachowaj spokój serca i bądź cierpliwy, a nie trać równowagi w czasie utrapienia! Przylgnij do Niego, a nie odstępuj (…). Bo w ogniu doświadcza się złoto, a ludzi miłych Bogu – w piecu utrapienia. Bądź Mu wierny, a On zajmie się tobą, prostuj swe drogi i Jemu zaufaj (Syr 2,1-6).

Dopadały mnie na przemian nadzieja i ufność Panu albo beznadzieja i rozpacz. Mimo to trwałam na modlitwie, tak jak do tej pory – z tą samą żarliwością. Sama się temu dziwiłam, jak to było możliwe. Czasem miałam dość tej nadziei. Chciałam, aby Pan ją zabrał ode mnie, ale nie miałam śmiałości Go o to prosić, gdyż mimo wszystko uczepiłam się jej jak tonący brzytwy.

Najbardziej mnie bolało, że w moje serce zaczął się wkradać brak zaufania do Boga. Przestałam Mu wierzyć. Przestałam wierzyć w to, że On chce mojego dobra. Gdy była mowa o zaufaniu Bogu, gdy była modlitwa zawierzenia Bogu, Maryi – nie mogłam pohamować łez rozpaczy. Nie potrafiłam sobie z tym uczuciem poradzić. Naprawdę walczyłam z nim, nie chciałam nie ufać Jezusowi. Podczas spowiedzi w Medjugorie kapłan powiedział mi, że w tym moim zmaganiu widzi mój krzyż. „Bo po ludzku to nie jest możliwe – rzekł do mnie – ten chłopiec musi się podobać tobie, ty jemu, on musi wyznawać te same wartości chrześcijańskie, co ty”. Zrozumiałam wtedy, że cokolwiek bym uczyniła, nawet jeśli stanęłabym na głowie, to jeśli nie będzie w tym Bożej łaski, nic się nie wydarzy. Kapłan, kontynuując, powiedział mi, żebym to nadal oddawała Jezusowi, bo On, kiedy szedł za nas na śmierć, mając 33 lata, był młodym mężczyzną w pełni sił, który na pewno nie chciał umierać, a jednak powierzył to Swojemu Ojcu w słowach: „Ojcze, nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie”. Zrozumiałam, co Jezus wtedy musiał odczuwać, jeżeli tak bardzo pragnęłam zamążpójścia, założenia rodziny, pragnęłam, aby moja wola się wypełniła, nie Jego, to o ileż bardziej duchowo wtedy cierpiał Jezus. Zawierzyłam to wszystko Jemu i odzyskałam spokój w sercu.

Niestety, nie na długo. Tuż po powrocie z Medjugorie zły duch uderzył w to najczulsze miejsce ze zdwojoną siłą. Czułam się nic nie warta, niekochana, miałam wrażenie, że Pan Bóg zapomniał o mnie. Prawie uległam podszeptom złego ducha, że sama muszę sobie z tym poradzić, robiąc na złość Bogu (w rzeczywistości robiłam na złość samej sobie). Maryja jednak czuwała nade mną, a mój Pan poruszył – w dosłownym tego słowa znaczeniu – niebo i ziemię, kiedy wezwałam Jego Imienia i uratował mnie. Zrozumiałam, jak cenna i ważna dla Niego jestem, odczułam na własnej skórze, jak bardzo mnie umiłował, jak wielka i potężna jest Jego miłość do mnie.

W czasie mojej duchowej wędrówki przez te kilka lat Pan Bóg pokazywał, odkrywał pragnienia mojego serca, które ukształtował już w łonie mojej mamy, jeszcze zanim się narodziłam, pragnienia, z których nie zdawałam sobie sprawy albo ukryłam je bardzo głęboko na dnie mojego serca, poszukując jedynie ich namiastki, bojąc się marzyć i otworzyć swoje serce, aby znowu nie zostało zranione. Jednak Jezus delikatnie wydobywał je na wierzch i pokazywał mi, czego pragnę. To dodało mi wiary i pewności siebie, wiedziałam, czego chcę. Jeszcze bardziej przylgnęłam do mojego Ojca w niebie.

Pewnego dnia, gdy znów dopadły mnie zwątpienie i niepewność, moja siostra poprosiła mnie, abym jeszcze raz wszelki trud, modlitwy i Eucharystie ofiarowała w intencji dobrego męża i jeszcze raz podjęła trzydziestodniową nowennę do św. Józefa, tym razem z nią i jej mężem. W głębi serca pomyślałam sobie: „A co mi tam, zrobię to przez wzgląd na moją siostrę i szwagra”. Jednak nie wierzyłam, że to coś zmieni w moim życiu, tym bardziej, że już nie raz modliłam się za wstawiennictwem św. Józefa, a ponieważ w moim odczuciu okazał się „nieskuteczny”, dałam sobie spokój. Nie byłam świadoma, że ostatni dzień nowenny wypadnie w Sylwestra. Zresztą nawet, gdyby tak było i tak nie uwierzyłabym, że to coś zmieni. Wtedy już się poddałam. Ale, jak to mówi moja siostra, Pan Bóg spóźnia się o 15 minut, ale zawsze przybywa na czas. I tak było tym razem…

To, że spotkałam Jacka w Sylwestra 2011 roku, to tylko i wyłącznie łaska Boga, bo miało go tam nie być i pojawiło się dużo przeciwności, aby przyjechał bal organizowany przez wspólnotę "Posłanie". Uległ jednak namowom swojej siostry i jej męża. W czasie tego spotkania po raz pierwszy w swoim życiu tak wyraźnie czułam prowadzenie Ducha Świętego – bo to Jego działanie sprawiło, że zaczęliśmy ze sobą rozmawiać na balu sylwestrowym, później telefonicznie, aż wreszcie doprowadził nas do spotkania. I niech dalej Duch Św. nas prowadzi. Za Maryją pragnę śpiewać Magnificat: Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej (…). Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Chwała Ci, Panie! Dziękuję Ci za wszystko, co dla mnie uczyniłeś, za Twoją wielką miłość do mnie. Nie żałuję tego czasu oczekiwania, żadnej łzy, nieprzespanej nocy, bo było warto. Nigdy Ci się, Panie, nie odwdzięczę.

Magdalena  

Świadectwo z "Posłania" 1/2014