W rzeczach małych

Projekcję filmu "Jezus" poprzedziła dobrze zorganizowana akcja promocyjna, stanowiąca preludium owego wydarzenia ewangelizacyjnego.

Zadaniem, które przypadło mi w udziale, było roznoszenie ulotek w jednym z akademików, zabrałem się więc ochoczo do powierzonego mi dzieła, choć napotkałem po drodze niemałe trudności. Główną przeszkodą, jak się okazało, było to, że owe ulotki miałem roznieść po akademiku, wręczając je osobiście mieszkańcom.

Na dodatek w kilku słowach musiałem zaprosić zainteresowanych na zbliżające się projekcje. Było to w zupełnej opozycji do mojego własnego pomysłu, polegającego na rozrzuceniu ulotek pod drzwiami i ewentualnym rozłożeniu ich na stoliku obok portierni. 

Sytuacja wymagała zaparcia się samego siebie. Kiedy znalazłem się w środku, przez pewien czas krążyłem bez celu po korytarzu, zastanawiając się, co ja takiego mam właściwie powiedzieć mieszkańcom DS-u. Oczyma wyobraźni widziałem już ludzi, naigrywających się z nawiedzonego gościa, mówiącego o Jezusie. Im dłużej zwlekałem, tym większy rósł we mnie opór i lęk przed ośmieszeniem.

W końcu pomyślałem sobie: "Panie Jezu, Ty posyłałeś apostołów, aby głosili Twoje Słowo. na co dzień spotykali się oni z obelgami, odrzuceniem, a nawet śmiercią, a ja lękam się mówić ludziom o Tobie, w którego przecież tak wierzę". Pomodliłem się w duchu i podjąłem szybką decyzję: wchodzę, nawet za cenę największego wstydu.

Jedne drzwi, drugie... dziesiąte. Ulotek ubywa, a ja zapraszam tak serdecznie, jak umiem i modlę się w sercu. Ludzie reagują z reguły pozytywnie. Są mili, pomimo moich obaw, że będzie inaczej. Trafiają się również tacy, którzy wydrwią, ale i tak stanowią mniejszość. Zazwyczaj na wręczane ulotki reagują z zainteresowaniem.

Po wyjściu z akademika miałem jeszcze dość dużo materiałów. Postanowiłem je rozprowadzić. Łatwiej byłoby zostawić na stoliczku, ale celowo wybrałem to, co sprawi mi większą trudność. Można by rzec, iście franciszkański wybór. Dlaczego? Otóż św. Franciszek i jego bracia, kiedy wybierali się, by głosić Dobrą Nowinę, mając do wyboru środowisko ludzi znajomych, którzy ich lubili, i miejsce, gdzie ewangelizacja mogła w najlepszym razie zakończyć się stekiem obelg ze strony słuchaczy, celowo wybierali to drugie. Przyświecało im pragnienie coraz doskonalszej miłości, wyrażającej się w upodabnianiu do cierpiącego Chrystusa. 

Mając to na uwadze ruszyłem w okolice Biblioteki Głównej, gdzie o tej porze było bardzo dużo ludzi. Po drodze ujrzałem grupy osób siedzące na ławkach. Pomyślałem, że zacznę od nich i niemal równocześnie pojawiły się myśli przeciwne temu zamiarowi. Nauczony wcześniejszym doświadczeniem starałem się nie wchodzić w rozważania dotyczące sensu tego, co robię. Przecież taka ulotka mogła dać początek czyjemuś nawróceniu, nie wolno mi było tego zaniedbać. Jakież było moje zdumienie, kiedy wręczałem ulotki pewnym paniom, a jedna z nich zareagowała entuzjastycznie, mówiąc: "Dziękuję, właśnie rozmawiałyśmy o tym filmie". Potraktowałem to niczym znak od Pana Boga i zabrałem się ochoczo do dalszej pracy. Czułem, ze jestem w odpowiednim miejscu i w odpowiedniej porze. Ulotki szybko się rozeszły, w sercu natomiast zagościł pokój i przekonanie, że wypełniłem to, co do mnie należało, wypełniłem Bożą wolę. 

Niby nic nie znaczące roznoszenie ulotek stało się dla mnie chwilą prawdy o mnie samym. Pan Bóg poprzez tę sytuację pokazał mi, jak mała jest jeszcze moja wiara i jak dużo muszę się jeszcze o nią modlić. Roznoszenie ulotek było aktem wiary w Jezusa. Jeśli czułem lęk przed przyznaniem się do Niego w tak błahej sytuacji, co tu dopiero mówić o oddaniu życia. Od tego czasu proszę Pana w modlitwie, aby pomnożył moją miłość do Niego i dał odwagę do wyznawania Jezusa wszędzie, dokądkolwiek mnie pośle.

Chwała Panu!

Jacek

Świadectwo z "Posłania" 11/2004