Puste miejsce przy stole

Przypomina mi się pewna Wigilia, która miała miejsce w moim rodzinnym domu kilka lat temu. Zbliżał się wieczór, śnieg obficie spadał na ziemię i trzeszczał pod butami przechodniów. Wieczerza świąteczna prawie była gotowa, jeszcze tylko w garnkach czekały ciepłe potrawy. Tata miał wrócić z pracy, więc wypatrywaliśmy jego powrotu, by usiąść razem do stołu.

Wreszcie przyszedł. Nie był sam. Zza jego pleców wyłoniła się postać mężczyzny o niespokojnym, a równocześnie budzącym niepokój spojrzeniu, w długich włosach, przyprószonych lekko siwizną, ubranego w  czarną, skórzaną kurtkę. 

Wszyscy znali w naszej miejscowości tego człowieka. Budził lęk, zachowawczy niepokój. Nawet nie wiem, jak się nazywał, bo wszyscy – nie bez powodu – nazywali go „kryminalistą”. Wiele razy siedział w więzieniu i gdziekolwiek się pojawiał na ulicy, wszyscy ostrożnie mijali go z daleka. I teraz, w takim dniu, jak ten, taki ktoś wchodzi do naszego domu. Mojej mamie opadły ręce, moi bracia poszli do swoich pokoi. Ja sparaliżowana stałam przy wigilijnym stole i nie wiedziałam, co zrobić. Była we mnie złość na tatę, bo w tym momencie przeszedł samego siebie. Pamiętam w swoim życiu Wigilie od rana tkane atmosferą kłótni rodziców. Pamiętam takie, które zakrapiane były alkoholem. Ale ta wydawała mi się już szczytem wszystkiego. Jeśli jeszcze panowała w tym domu jakakolwiek aura świąteczności, to w tym momencie prysła.

Tata zaprosił gościa do stołu, tłumacząc na stronie mamie, że spotkał go błąkającego się po pustej ulicy. Jak go tam miał zostawić samego? Mężczyzna przeprosił za najście, widać czuł się nieco skrępowany, tym bardziej, że tata zaczął już mu nakładać na talerz pierwsze potrawy i zachęcać do jedzenia. Tata wyjął alkohol i  w tym momencie zaprotestowałam. Alkohol wylądował w szafce, a tata troszczył się, by gość częstował się wszystkimi potrawami. Rozmawiali ze sobą. W którymś momencie jego skrępowanie minęło, ustąpiło miejsce śmiałości. Podziękował tacie za jego zaproszenie i bezinteresowność. Nagle usłyszałam historię życia człowieka, o którym tylko tyle wiedziałam, że jest „kryminalistą”. „Żona” pokłóciła się z nim rano i wyrzuciła z domu. A tam są jego dwie córeczki, które są wszystkim dla niego. Szczególnie ta młodsza, dwuletnia, której kupił misia, jakiego chciała. Nie może dzisiaj z nimi być. Po policzku mężczyzny spłynęły łzy. Wtedy zobaczyłam w tym „kryminaliście”... człowieka z krwi i kości, z jego uczuciami, tęsknotami, samotnością, bólem. I było mi wstyd, że godzinę temu najchętniej, gdybym miała tyle odwagi, wyrzuciłabym go za próg naszego domu, żeby nie mieć z nim nic wspólnego.

Przed północą poszłam do kościoła na Pasterkę, świętować narodziny Dziecięcia, dla którego nie było miejsca w gospodzie (Łk 2,7).

Agnieszka

Świadectwo z "Posłania" 6/2005