Maryja - ta, która prowadzi mnie za rękę do Boga

Wychowałam się w atmosferze domowej pełnej awantur moich rodziców. Nie pamiętam, bym była kiedykolwiek świadkiem gestu czułości między nimi. Ten brak miłości między rodzicami bardzo odbił się na moim życiu.

Moja matka szukała we mnie zrozumienia jej bólu, ale robiła to w sposób, który budował w mym sercu lęk i nieufność względem taty. Wzrastałam w przekonaniu, że muszę zasłużyć na miłość i całe moje życie kręciło się wokół nieustannego zasługiwania na miłość bliskich mi osób. Wszystko, co robiłam – robiłam po to, by być kochaną, akceptowaną. A jednocześnie cały ten czas czułam się odrzucona, odepchnięta, niewarta miłości kogokolwiek. Żyłam zamknięta w sobie, nie potrafiłam tak naprawdę być sobą. Bałam się, że gdy się odkryję, gdy nie będę kontrolować moich ruchów, gestów, to wszyscy mnie odrzucą. Tę niechęć do siebie samej, do swojego życia, dodatkowo potęgowała sytuacja grzechu – zarówno grzechu mojego, jak i skutków grzechu spowodowanego przez bliską mi osobę.

Pod tą stertą nieuporządkowanych uczuć, zagubienia, odrzucenia, odnalazła mnie Maryja. Towarzyszy mi nieustannie na drodze wiary. Nie potrafiłam modlić się do Boga Ojca, bo podświadomie kojarzyłam Jego Osobę z osobą mojego taty, którego oskarżałam wówczas w sercu za wszystkie moje zranienia, awantury, nałogi. Maryja była dla mnie Matką, u której zawsze szukałam schronienia, pocieszenia. Szczególnie, gdy bałam się wracać do domu i przystawałam przed nim przy Jej figurce na krótką modlitwę – „Matko, nie opuszczaj nas”. Maryja kształtowała mnie już od dzieciństwa, budząc zamiłowanie do nabożeństw Jej poświęconych, poprzez przystąpienie do Rycerstwa Niepokalanej.

A kiedy przyszedł w mym życiu moment wypróbowania wiary, z łaski Ducha Świętego wołałam w bólu do Boga - po raz pierwszy chyba tak otwarcie i z wielkim pragnieniem w sercu poznania Go osobiście - o doświadczenie Jego miłości. Bóg wysłuchał mego wołania i posłał mnie na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. I tak za sprawą Mateczki dał mi doświadczyć wpierw miłości ludzkiej, tej „czynnej” miłości, która jest okazywana przez uśmiech, troskę, pomocną dłoń. I po okresie około pół roku na mojej twarzy znów pojawił się uśmiech – szczery, radosny, taki z głębi serca. Podczas kolejnych pielgrzymek, których tematem przewodnim było „Poznać, pokochać naśladować Jezusa”, Maryja prowadziła mnie do Swego Syna. Bóg otwierał wtedy moje serce i wlewał w nie pragnienie przemiany życia. Starałam się to zrobić o własnych siłach, nie pozwalałam sobie na słabość, dlatego też każdy upadek w grzech odczuwałam bardzo silnie. Tę sytuację wykorzystywał szatan, utwierdzając mnie w niechęci, wręcz wstręcie do samej siebie. Momentem przełomowym w moim życiu okazało się Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym.

Na pielgrzymce spotkałam osobę, która przekonała mnie, bym spróbowała podjąć studia (o których marzyłam, ale tą możliwość skreślałam, widząc ciężką sytuację finansową w domu). Kiedy wybierałam uczelnię, myśli moje krążyły wokół Torunia i tu złożyłam podanie. Egzamin składał się z dwóch części – pisemnej i ustnej. Po tej pierwszej, załamana małą ilością punktów (a podanie złożyłam tylko w to jedno miejsce, gdyż kolejne wiązałoby się z dodatkowymi kosztami…), nie umiałam ukryć łez. Kroki swe skierowałam do kościoła. Trafiłam przed figurę Matki Bożej Bolesnej i błagałam Ją o pomoc. Na drugiej części egzaminu cudem otrzymałam jeden punkt więcej, który zaważył, że zostałam przyjęta na studia.

To właśnie dzięki prowadzeniu i wstawiennictwu Maryi miałam możliwość przejścia Seminarium we wspólnocie "Posłanie", a potem rekolekcji ignacjańskich (podczas których doświadczyłam miłości Boga w bardzo osobisty i konkretny sposób) oraz rekolekcji prowadzonych przez Wspólnotę Miłości Ukrzyżowanej (gdzie trwałam przed Jezusem ukrytym w tabernakulum w cichej obecności Maryi tuż przy mnie). To prowadzenie Matki odczuwam nieustannie. 7 maja bieżącego roku udałam się do Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Oborach, by przyjąć szkaplerz karmelitański i Maryja znowu mnie zaskoczyła. Tak, jak wcześniej mówiłam, że prowadzi mnie do Syna, tak teraz mówię, że prowadzi mnie do Boga. Bo ten dzień przyjęcia szkaplerza był czasem spotkania z Bogiem Ojcem, odkrywania na nowo Jego wielkiej miłości i troski o mnie. 

Uwielbiam Cię, Panie, za dar życia Maryi. Za Jej macierzyńską opiekę i prowadzenie do Ciebie wszystkich tych, którzy lękają się zwrócić do Ciebie bezpośrednio. Wysławiam Cię, Boże, że za pośrednictwem Maryi leczysz moje serce, usuwasz z niego lęk i napełniasz przyjęciem daru swego życia w radości i miłości. Alleluja!

Dorota

Świadectwo z "Posłania" 10/2005