Miażdżąca głowę węża

Na II roku studiów zaczęłam przeżywać trudności, pojawiały się wątpliwości i myśli przeciwko wierze. To, co kiedyś wydawało się oczywiste, teraz było podważane. Świat oferował postmodernistyczną filozofię, relatywizm, a w moim sercu rodziły się wątpliwości.

Był to czas, w którym mogłam wypłynąć na głębię, oddając swoje życie Jezusowi albo pozostać w miejscu, nie wychylać się, a przede wszystkim - co było wówczas tak ważne dla mnie - nie przesadzać. Nie podjęłam walki z tymi myślami, zwłaszcza że pojawiły się tzw. przyjazne dusze, które wspierały mnie w tym moim "bez przesady". Opuściłam wspólnotę, zaczęłam zaniedbywać osobistą modlitwę. I czułam wewnętrzne rozbicie. Zaczęłam też negować przesadny, jak stwierdziłam, kult Maryi. Kiedy tak postępowałam w swoim buncie i pogłębiało się moje wewnętrzne rozdarcie, słyszałam wiele razy, by zaprosić do swojej modlitwy Maryję. Pamiętam te pytania: "Czy modlisz się na różańcu?". Oczywiście, nie modliłam się, bo myślałam: "A w czym to może mi pomóc? Dajcie mi spokój z tą Maryją!". Jednak w trakcie rozmowy z księdzem usłyszałam, że Maryja może mi w takiej sytuacji pomóc i żebym w codziennym różańcu prosiła Ją o wstawiennictwo i opiekę, by poprowadziła mnie z tych ciemności do swego Syna - Jezusa. Pamiętam, że gdy się przełamałam i zaczęłam się modlić, pękła zasłona i nagle zobaczyłam to, że byłam ciągle zwodzona przez złego ducha, że schodziłam na manowce. To dzięki wstawiennictwu Maryi, która w modlitwie różańcowej była ze mną, która jak dobra Matka zatroszczyła się o mnie, moja wiara została uratowana i umocniona. Teraz każdego dnia chowam się pod Jej płaszcz, a Ona ochrania mnie od złego.

Kasia  

Świadectwo z "Posłania" 5/2004