Pan złamał moją niemoc

Chcę się podzielić tym, czego Pan dokonał w moim życiu. Z domu nie wyniosłem żywej wiary. Zostałem ochrzczony, w niedziele chodziłem do kościoła, przystępowałem do kolejnych sakramentów jak większość dzieci, ale nie poznałem Jezusa osobiście, nie nauczyłem się, czym jest osobista modlitwa.

Już w pierwszych latach szkoły podstawowej zacząłem się fascynować komputerami. To był czas, kiedy nie były one tak popularne jak dziś, mało kto miał komputer w domu. Z czasem ta fascynacja zaczęła przysłaniać mi wszystko inne. Pamiętam, że gdy mój najlepszy kolega dostał komputer, przestały mnie interesować spotkania z nim, chciałem odwiedzać go jedynie po to, aby spędzić czas, siedząc przy jego komputerze. Gdy w szóstej klasie dostałem swój komputer, zacząłem coraz bardziej odcinać się od świata, od rzeczywistości, prawie wcale nie spotykałem się ze znajomymi, jedyne, o czym umiałem rozmawiać, to komputery. Zacząłem coraz bardziej zamykać się w sobie. Traciłem kontakt z rodzicami i znajomymi, z nikim nie rozmawiałem na tematy osobiste, o tym, co przeżywam.

Żyjąc w samotności i izolacji, dotarłem do końca szkoły średniej. Bóg, kościół zupełnie mnie nie interesowały. To był czas, kiedy zarywałem noce, siedząc przed komputerem, dodatkowo pojawił się internet, który jeszcze bardziej mnie pochłaniał. Pewnej niedzieli usłyszałem na mszy w trakcie ogłoszeń, że wspólnota Odnowy w Duchu Świętym zaprasza na rekolekcje ewangelizacyjne, które będą prowadzone w parafii. Poczułem dziwne przynaglenie, chęć uczestnictwa w tych rekolekcjach. Nie wiedziałem, czym jest Odnowa, ani co to są rekolekcje ewangelizacyjne, ale zdecydowałem się pójść na pierwsze spotkanie. Mimo mojego zamknięcia i lęku, związanego z kontaktem z nieznanymi mi osobami, przychodziłem na kolejne spotkania. Czułem, jakby Ktoś mnie nieustannie przyciągał. Zacząłem się modlić i uczestniczyć częściej we mszy świętej Mocnym doświadczeniem była modlitwa o uzdrowienie, w trakcie której Pan dotknął mnie osobiście. Po zakończonych rekolekcjach postanowiłem chodzić na spotkania modlitewne. Po kilku miesiącach miałem wyjechać na studia do Torunia. Zanim tam dotarłem, znalazłem przez internet wspólnotę, w której mogłem potem kontynuować duchową formację. Poznałem bardziej Maryję, bliski stał mi się różaniec. Zastanawiałem się, w jaki sposób mogę posługiwać we wspólnocie. Zacząłem pomagać przy tworzeniu strony internetowej, bo na tym się znałem. Nie sądziłem, że będę też posługiwał w grupie teatralnej czy muzycznej – Duch Święty lubi zaskakiwać.

Trwając we wspólnocie, wychodziłem z samotności, otwierałem się na relacje, Pan uzdrawiał moje zranienia.

W tamtym czasie największą moją trudnością było to, że nie potrafiłem rozeznać swojego powołania. Zmagałem się z tym już od kilku lat. Skończyłem studia, rozpocząłem pracę, ale ciągle nie byłem pewien, czy mam żyć w małżeństwie, czy może zostać księdzem albo pójść do zakonu. To pytanie stało się ciężarem nie do zniesienia. Korzystałem z kierownictwa duchowego, czytałem książki o powołaniu, mimo to nie byłem zdolny do podjęcia decyzji. Nie pomogło nawet to, że mocno się zakochałem. Podchodząc do sprawy racjonalnie, stwierdzałem, że jest to odpowiednia osoba. Jednocześnie mówiłem sobie, że to tylko uczucie i to nie wystarczy, żeby podjąć dobrą decyzję. Z jednej strony zachowywałem się, jakbym wiedział, jakie jest moje powołanie, ale – z drugiej strony – brakowało mi odwagi, pewności, wewnętrznego przekonania co do tego. W rozmowach z innymi miałem odpowiedź na każdy argument i zawsze znajdowałem jakąś wątpliwość, która mnie powstrzymywała przed podjęciem decyzji. Byłem wewnętrznie udręczony, a sytuacja wydawała się coraz bardziej beznadziejna. Prosiłem Pana, żeby przemienił moje serce oraz złamał mój opór i niemoc. Wiedziałem, że sam sobie z tym nie poradzę. Zacząłem się więcej modlić i prosiłem innych o modlitwę. Zamawiałem w tej intencji msze święte, spędzałem czas na adoracji. Odmawiałem nieustannie nowennę do świętego Józefa. Po kilku latach Pan odpowiedział na te modlitwy.

Nadarzyła się okazja wyjazdu do Fatimy. Nie wiem, jak to się stało, ale pojechała tam też dziewczyna, w której byłem zakochany (aktualnie moja żona). Było to o tyle niekomfortowe, że od wielu miesięcy unikaliśmy się i nie rozmawialiśmy ze sobą. Postanowiliśmy mimo to wspólnie oddać cześć Maryi przez udział w nabożeństwach fatimskich i różaniec. Niedługo potem okazało się, jak potężne jest wstawiennictwo Matki Bożej.

Po powrocie z Fatimy pojechałem na IV tydzień rekolekcji ignacjańskich do Porszewic. Mój stan był bardzo nieciekawy, bo ciągle nie umiałem się zdecydować. Poprzednie tygodnie rekolekcji były dość trudne. Wiedziałem, że się modlę, osoba towarzysząca mi w przeżywaniu rekolekcji potwierdzała, że wszystko robię dobrze, jednak miałem wrażenie, że rekolekcje nie przynoszą konkretnych owoców w moim życiu. Spodziewałem się, że i tym razem będzie podobnie. Mimo zniechęcających myśli i uczuć zdecydowałem się zaufać Panu. Od początku tych rekolekcji widziałem, że tym razem jest inaczej. Doznawałem duchowego pocieszenia, bliskości Boga i wewnętrznej radości. Pierwszego dnia, podczas rozmowy z kierownikiem duchowym, usłyszałem, że z pewnością powinienem podjąć decyzję co do swego powołania, ale nie powinienem się na tym skupiać podczas rekolekcji. Mam zaufać Jezusowi, On zna mój „problem” i wie najlepiej, jak się nim zająć. Moim zadaniem jest skupić się na treściach medytacji i słuchać, co Pan chce mi powiedzieć. Posłuchałem tych rad, starałem się nie rozważać „mojego problemu”, tylko patrzeć na Jezusa. Mogę powiedzieć, że były to najlepsze medytacje. Słowo Boże poruszało mnie jak nigdy wcześniej, mogłem odnieść wiele fragmentów do swojego życia. Pan przemienił moje serce i pod koniec rekolekcji w głębi serca odczuwałem, co jest wolą Bożą w moim życiu, jakie jest moje powołanie. W pocieszeniu i pokoju serca podjąłem decyzję o małżeństwie. To był czas wielkiej łaski. Tego dnia w czytaniach mszalnych szczególnie poruszyło mnie zdanie: „Ujarzmiłeś mnie i przemogłeś” (Jr 20,7) – to właśnie uczynił ze mną Pan. Mogę powiedzieć, że w moim życiu wydarzył się cud. Później sprawy potoczyły się szybko i już po roku odbył się ślub. Chwała Panu!

Michał  

Świadectwo z "Posłania" 5/2013