Dla Boga nie ma zmarnowanych szans

Na II tydzień rekolekcji ignacjańskich przyjechałam w słabej kondycji. Złożyło się na to wiele problemów na studiach, trudna relacja, trawiąca wciąż serce, wypalenie we wspólnocie, która nie dawała mi wzrostu, a ja sama pośród kolejnych trudności coraz bardziej byłam zniechęcona do posługiwania.

Byłam głęboko przekonana, że dostałam swoją szansę na miłość, którą zaprzepaściłam, więc teraz muszę coś z tego życia wykrzesać. Do tego najważniejsze: narastająca obojętność na miłość Jezusa. Kiedy jechałam na rekolekcje, miałam tylko jedno pragnienie: odkryć na nowo Jego Miłość i pokochać Go bez granic. Nie brałam nawet pod uwagę możliwości, by wspomniane trudności On jakoś przemienił.

Chciałam się zająć tylko Jezusem, ale wciąż widziałam, jak wiele jest we mnie przeszkód i nieufności, żeby On mógł działać. Wtedy dał mi poznać, że dla Niego nie ma przeszkód nie do pokonania, że wystarczy to, że mówię Mu „tak”, a On będzie sam przemieniał moje serce. To doświadczenie dało mi dużo radości i beztroski, dzięki czemu mogłam słuchać tylko tego, co mówił Jezus.

Pan przez kolejne dni pokazywał mi przeróżne prawdy o Nim, rozkochiwał mnie w Sobie i pokazywał, jak wiele mamy ze sobą wspólnego, jak bardzo intymna jest nasza relacja i jak wiele mamy naszych tajemnic. Ale Jezus też mówił mi o Maryi, która, choć obecna w moim życiu, zawsze pozostawała mi obca. Nie potrafiłam przekonać się do Niej, bo mój obraz matki był bardzo zniekształcony. Jezus każdego dnia pokazywał mi Swoje ogromne pragnienie, bym poznała Ją bliżej. Na rekolekcjach doświadczyłam Jej łagodności, czułego dotyku i pełnych miłości spojrzeń i słów. Leczyła moje zranione serce w niezwykle delikatny sposób. Zaczęłam zachwycać się Nią, ale też po prostu pięknem bycia kobietą i możliwością bycia mamą.

Każdego dnia Jezus karmił mnie obfitością łask, jednak nie zauważałam, że jest to logiczne i ciągłe prowadzenie. Czułam, jakbym dostawała puzzle, których ze sobą nie umiem połączyć, a które On w swojej dobroci zaczął składać. Przedostatniego dnia na rozmowie z kierownikiem duchowym dowiedziałam się, że nazajutrz mam podjąć decyzję dotyczącą stanu życia. Było to dla mnie zaskoczenie, bo zdawało mi się, że moje rekolekcje zmierzały w całkiem innym kierunku, dlatego poszłam do Jezusa: „Jezu, mogłam nie wiedzieć, że jutro jest taki dzień i chciałabym podjąć jakąś decyzję, chociaż nie wiem, w którym kierunku pójść. Ale przecież Ty jesteś większy, przecież wiesz, jak prowadzisz mnie w tych rekolekcjach. Pomóż mi zaufać, że wiesz, co robisz”. Tego dnia zaplanowana była msza z modlitwą o uzdrowienie, do której byłam nastawiona sceptycznie, „bo nic jak zwykle u mnie się nie wydarzy”. Poszłam z nastawieniem, że chcę po prostu pobyć z Jezusem.

Kiedy zaczęła się adoracja, nagle padły słowa, które dotknęły mnie bardzo głęboko: „Pan Jezus przychodzi do osoby, która przed rekolekcjami doświadczała silnej obojętności, wręcz odrzucenia od Boga”. Czułam, że naprawdę On jest teraz w moim sercu i że robi w nim piękne rzeczy. Pełna wdzięczności i świadomości tego, jak w tych dniach na nowo rozkochiwał mnie w Sobie, uwielbiałam Go. Wtedy padły kolejne słowa: „Jest osoba, która myśli, że dostała szansę i ją zmarnowała. To nieprawda. Dla Boga nie ma zmarnowanych szans. Z Nim wszystko jest możliwe”. Zamurowało mnie. Wierzyłam w to kłamstwo, a Jezus teraz uzdrawiał to miejsce, dając głębokie przekonanie, że zostałam stworzona do wielkiej miłości. Patrzyłam na Jezusa, płacząc z radości, smakując to, co mi daje i zaczęłam pytać: „Jezu… a może bym została żoną i mamą?”. Wtedy poczułam eksplozję radości. Totalnie mnie to przerastało. Wiedziałam, że mam w sercu ogromne pragnienie głoszenia Słowa Bożego i w moim myśleniu nie dało się tego pogodzić. Wtedy padły kolejne słowa: „Nie bój się być jak Mojżesz!”. Jezus dał mi wtedy poznać, że przecież jak Mojżesz nie był sam, ale z Aaronem, tak i ja, z moim przyszłym małżonkiem mogę głosić Dobrą Nowinę!

Nigdy w życiu nie byłam tak szczęśliwa, a to jeszcze nie koniec. Podczas rekolekcji Pan zaprosił mnie do pojednania z osobą, z którą byłam w trudnej relacji. Zgodziłam się, choć pełna obaw wciąż pytałam Pana, jak mam to zrobić, bo nie umiem. Kiedy tak trwałam w uwielbieniu i niewysłowionej radości, padły kolejne proroctwa. Tym razem Jezus dał mi dar słowa jednania. Pierwszy raz przestałam się bać tego, do czego zaprosił mnie Bóg. Wtedy wszystko zrozumiałam. Zajęłam się Nim, a On całkowicie zajął się mną i moimi problemami. Zaufałam, że On sam będzie mocą w mojej słabości, bo Jezus całkowicie mnie przekracza, jest tak hojny, że aż trudno to sobie wyobrazić. Kiedy zaczęłam przeglądać zapiski z poszczególnych modlitw, zaczęły mi się otwierać oczy. Każdego dnia, w każdej modlitwie Jezus i Maryja uczyli mnie, jak kochać Jego, jak być bardziej dla innych niż dla siebie, jak być żoną i mamą. Wciąż nie mieści mi się w głowie to, do czego zaprosił mnie Pan. Ale wiem jedno: jeżeli Bóg powołuje, to też uzdalnia. Wierzę, że cokolwiek się wydarzy, to On będzie przy mnie i będzie przekraczał moje słabości i ułomności, a moim życiem będę mogła oddawać Mu chwałę.

Paulina  

Świadectwo z "Posłania" 5/2015