To była moja Góra Tabor

Zeszłoroczne wakacje okazały się dla mnie bardzo wyjątkowe. Przede wszystkim był to czas odpoczynku po ciężkim roku pracy, ale także okazja do spotkania się ze starymi znajomymi i przeżycia czegoś nowego. We wrześniu pojechałam na rekolekcje ignacjańskie – Fundament do Porszewic koło Łodzi.

Im bliżej było do wyjazdu, tym bardziej czułam przerażenie, czy w ogóle wytrzymam tam tydzień. Program zapowiadał się bardzo monotonny: posiłki przeplatane medytacjami, w połowie dnia msza święta i czas dla siebie na odpoczynek. Ale najbardziej obawiałam się milczenia, które wydawało mi się rzeczą nie do przeskoczenia. Oczywiście pojawiały się też takie myśli, że nie dotrwam do końca i będę musiała przerwać rekolekcje.

Przyjechałam na miejsce. Po mszy i wszystkich objaśnieniach ogłoszono oficjalną ciszę. Od tej pory był to tylko czas na rozmowy z Bogiem. Na początku ciężko było mi wejść w ciszę wewnętrzną, interesowałam się tym, co dzieje się wokół mnie. Myśli, które napierały mi do głowy, dotyczyły mojej codzienności, którą powinnam była zostawić poza murami domu rekolekcyjnego. Każdą czynność robiłam w pośpiechu: szybkie posiłki, szybko wypita kawa, szybki spacer. Nie mogłam się zupełnie odnaleźć w tym miejscu. Mój kierownik duchowy zwrócił mi jednak uwagę na to, że nie usłyszę Boga w swoim sercu, jeśli dalej będę miała takie tempo. Chociaż było dla mnie wielką trudnością zwolnić, zaczęłam od spokojnego, głębokiego oddechu. Później coraz bardziej doceniałam ciszę wokół mnie. W codziennych medytacjach starałam się bardziej usłyszeć Boga w sobie i pytałam Go, co na tę chwilę chce mi powiedzieć.

Przyszedł taki szczególny moment, kiedy siedziałam w kaplicy przed Jezusem zawieszonym na krzyżu, spoglądałam na Niego. Wizerunek był bardzo realistyczny. Wpatrywałam się w twarz pełną cierpienia i bólu, ale z oczami pełnymi miłości. Rozmyślałam nad Jego ranami, nad przybiciem do Krzyża i nie mogłam zrozumieć, że to wyraz Bożej miłości do człowieka. Zostałam na resztę dnia z pytaniem: „Dlaczego tutaj jestem i co chcesz mi powiedzieć tym razem?”. Codzienne medytacje sprawiały mi trudność, ale pragnienie zrozumienia, co Bóg chce powiedzieć, było większe. Nieraz dłużył się czas modlitwy, chciałam zakończyć pięć minut szybciej. Czułam, że toczę walkę sama ze sobą. Dotarło do mnie, że jedyne, co jestem w stanie dać Bogu podczas tych rekolekcji, to moje ludzkie staranie. A przede wszystkim zadbanie o ciszę wewnętrzną i bycie oddaną w 100% w każdej codziennej czynności. Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie (J 2,5) – zadaniem sług jest przygotowanie tego, co możliwe, co jest w ich mocy. Przemiana należy do Jezusa. I naszym zadaniem jest uczynić wszystko, czego pragnie od nas Jezus.

Tydzień tych rekolekcji był dla mnie odsłoną bardzo intymnego czasu spędzonego tylko z Bogiem, wsłuchiwania się w Niego. Miał całkowity dostęp do mnie, a ja z pokorą milczałam. To było piękne doświadczenie, bo nagle zaczęłam cieszyć się prostymi rzeczami, które wcześniej były oczywiste, a nie zwracałam na nie uwagi. Poczułam się niesamowicie obdarowana. Mogłam pysznie zjeść, wyjść na spacer i cieszyć się pięknem przyrody, dostrzegałam żuka przebierającego nóżkami na leśnej ścieżce, po raz pierwszy chyba doceniłam swoje zdrowe nogi, umysł, oczy. I nieraz ze łzami w oczach dziękowałam za Jego dary. Tydzień w Porszewicach był dla mnie jak wejście na wysoką górę Tabor, z dala od ludzi i wszystkich problemów. Wyłączny moment spotkania z Bogiem, by potem móc na nowo spojrzeć na rzeczywistość. Trudno było mi wyobrazić sobie Boga Ojca, który tak bardzo kocha ponad wszystko. Zwykle w moim odbiorze miłość była „za coś”. Częściej traktowałam rozmowę z Bogiem jak obowiązek, na modlitwie jak poganie gadałam i przedstawiałam litanię próśb. Podczas rekolekcji szczególnie dotknęło mnie to, że jestem ukochanym dzieckiem Boga, że złożył w moim sercu prawdziwe pragnienia, które cały czas odkrywam. Jak garncarz ulepił z gliny najpiękniejsze naczynie, takie, którego właśnie potrzebował. To wszystko było przemyślane. Nie jestem na świecie przypadkowo, ale narodziłam się z Miłości. Wcześniej nie potrafiłam zaakceptować swojego wyglądu, doszukiwałam się niedoskonałości, miałam wiele do zarzucenia swojej osobowości. A podczas jednego spaceru po medytacji zaczęłam bardzo szczerze rozmawiać z Bogiem, żeby zmienił w takim razie moje myślenie o sobie. Chciałam spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie, że czuję się piękna i niczego mi nie brakuje, że jestem dokładnie taka, jaką miałam być. Nie chciałam się na siłę przekonywać i szukać argumentów, ale po prostu tak się poczuć. Kiedy szłam ścieżką, w pewnym momencie poleciały mi łzy i, spoglądając w niebo, krzyknęłam: „Naprawdę taką właśnie mnie kochasz? Jak to? Nie rozumiem tego!”. Poczułam ogromną radość w sercu i takie przepełnienie spokojem, że już nie musiałam o nic pytać. Pragnęłam się cieszyć tym, co mnie spotyka.

Przed wyjazdem na rekolekcje byłam cała przygnieciona myślami o przyszłości, o pracy, o studiach. Bałam się, że sobie nie poradzę w życiu. Czas spędzony z Bogiem był błogosławiony, bo uwierzyłam w Jego moc i potęgę, w Jego miłość do mnie. Poczułam, że nie jestem sama. Jest Ktoś, kto stoi obok mnie i weźmie mnie w swoje ramiona, gdy nie będę miała już sił iść naprzód. Czy to nie jest prawdziwa miłość?

Monika  

Świadectwo z "Posłania" 1/2015