Wszystko mi się zgadzało

Mam na imię Krzysztof i chciałem się podzielić tym, jak odnalazłem Chrystusa. W mojej rodzinie nie było szczególnie różowo, bo ojciec jest alkoholikiem. Kto ma ten problem, ten wie, jak wygląda życie w takim domu, a kto nie ma, opiszę pokrótce: są awantury, bójki, przemoc słowna na bardzo wysokim poziomie. Wychowywałem się więc w takim środowisku i ponosiłem konsekwencje tego grzechu. Co to spowodowało we mnie?

Zamknięcie w sobie – nie można za bardzo mówić o tym, co się w domu dzieje, bo co ludzie powiedzą, bo cię odrzucą, będziesz wyrzutkiem społeczeństwa, klasy, będą się z ciebie śmiać. Człowiek kisi wszystko w sobie, nic nie mówi, jest bardzo mocno zabunkrowany. Jeśli nikomu nic nie mówisz, to nie masz jakiegokolwiek przyjaciela, bo nikt nie wie, co naprawdę przeżywasz. Oczywiście – masz dużo znajomych, kumpli, gracie w piłę, na komputerze, chodzicie tu, tam – ale brakuje ci przyjaciół. Wzrastałem w niskim poczuciu własnej wartości. W czasie nauki w liceum pojawiły się dwie rzeczy. Pierwszą było to, że bardzo miłe, sympatyczne koleżanki zaprosiły mnie na oazę. Głupio było im odmówić, więc poszedłem. Tam zacząłem poznawać, co to w ogóle jest wiara, bo co prawda rodzice byli w Klubie Inteligencji Katolickiej, ale ograniczali się do niedzielnej Eucharystii i nic więcej, w domu nie mieliśmy żadnej wspólnej modlitwy, był więc w tym duży rozdźwięk. Na oazie, poza fajną ekipą, poznawałem, co to znaczy modlić się, co to jest Pismo Święte, że można je czytać. Z drugiej jednak strony pojawiła się fascynacja rzeczami nadprzyrodzonymi. Nie wiem do końca, skąd to się wzięło. Pierwsze, co pamiętam, to seanse Kaszpirowskiego – rodzice go oglądali, a to przecież okultysta. W podstawówce zbierałem wycinki z gazet o różnych zjawiskach paranormalnych. W liceum razem z mamą czytaliśmy pismo ezoteryczne, zamawialiśmy jakieś książki, kasety, zacząłem uprawiać wschodnie medytacje, metodę silvy, w moim życiu pojawiły się pewne fenomeny – świadome śnienie, widzenie na odległość, przepowiadanie przyszłości. Próbowałem w ten sposób zrównoważyć to, że czułem się nikim, nie mogłem patrzeć na siebie w lustrze. Chciałem umieć coś, co dałoby mi poczucie, że w ogóle cokolwiek znaczę, że jestem coś wart, pragnąłem robić coś, czego nie umie nikt. Wchodziłem w to głębiej. Oczywiście, za grzechem przeciwko pierwszemu przykazaniu poszły następne. To wciąga jak bagno. Z jednej strony miałem oazę, w której poznawałem Pana Boga, wzrastałem, uczyłem się modlitwy, zacząłem czytać Pismo Święte, modlić się na różańcu, a z drugiej strony – medytowałem, uprawiałem dziwne rzeczy… i wszystko mi się zgadzało! Jedno i drugie obok siebie  – wiara w Boga i ezoteryka – nie było pytania, czy to w ogóle się ze sobą nie kłóci. Ten problem dla mnie nie istniał.

W końcu wyjechałem na studia do Torunia. Dostałem zaproszenie na rekolekcje Odnowy Życia w Duchu Świętym, zwane seminarium. Dotarłem na nie i przechodziłem je po studencku, tzn. przed samym spotkaniem czytałem fragment zadanych tekstów, żeby cokolwiek powiedzieć, żeby nie było, że w ogóle nic nie czytam (choć tak naprawdę nic nie czytałem), bo przecież nie ma na to czasu. Jednocześnie medytowałem, a jedna medytacja trwała 30-60 minut – na to był czas. Przeszedłem seminarium byle jak, jednak ważna była dla mnie modlitwa o uzdrowienie – chciałem przebaczyć ojcu. Wszystko, co było w domu, to była masakra. Nie potrafiłem sam wybaczyć, miałem wewnętrzną blokadę. Powiedziałem więc, aby pomodlili się w tej intencji. Słowo „przebaczam” nie potrafiło jednak ze mnie wyjść, miałem tak zaciśnięte gardło.

Skończyłem seminarium. Oczywiście, Panu Bogu świeczkę, diabłu całą resztę. Przyszedłem na spotkanie animatorów, bo mnie zaproszono. Wisiało tam lustro i podczas modlitwy coś zaczęło mnie z niego straszyć (w jednej z technik okultystycznych wykorzystuje się lustro). Po wyjściu podzieliłem się tym ze swoją animatorką. Coś jej błysnęło: „Słuchaj, a nie wdepnąłeś w ezoterykę?”. Krótka rozmowa, kilka zdań, a mi w jednym momencie spadły łuski z oczu – to chyba nie jest dobre! Do tej pory wszystko mi się zgadzało, można robić jedno i drugie, więc o co chodzi? Po tej rozmowie Pan Bóg dał mi łaskę zrozumienia, że to jest złe. To był ogromny dar. Książki i kasety spaliłem, bo jak kończyć z czymś, to porządnie. Później jeszcze przez parę lat odnajdywały się na półkach, nie wiadomo, jakim sposobem ocalałe, więc co i rusz trzeba było coś wyrzucać. Wydawało mi się, że skończyłem z tym grzechem, żyłem jak normalny katolik, modliłem się, uczęszczałem na spotkania wspólnoty. W życiu jednak nic się nie zmieniało, bo nie miałem jeszcze osobowego spotkania z Chrystusem. Kiedy się wchodzi we wszystkie wschodnie medytacje, człowiek skupia się na sobie, na samodoskonaleniu, kreowaniu na nie wiadomo kogo, koncentruje się na swoim ja. To przeszkadza w relacji osobowej z Bogiem. Tam bóg to energia, a tu Bóg jest osobą. Nie miałem doświadczenia Osoby. Wiedziałem, że Bóg istnieje, nigdy tego nie negowałem, ale On był gdzieś tam, daleko – na pewno też na skutek tego, jak wyglądała moja historia.

Na trzecim roku studiów życie zaczęło mi się sypać, bo zapiłem raz i drugi. Widziałem już, że sam sobie nie poradzę. Mój perfekcjonizm dostał ostro po głowie. Zacząłem wołać do Boga. Pojechałem na rekolekcje ignacjańskie, które przechodzi się w milczeniu. Pierwszy tydzień dotyczy grzechu. W programie jest przewidziana spowiedź generalna. Przygotowywałem się do niej przez godzinę, wypisałem sobie wszystko na kartce, rozmawiałem z kierownikiem duchowym i… okazało się, że nic tam nie napisałem o ezoteryce! Miałem amnezję w tym temacie. Oddałem to jednak w spowiedzi. Na tych rekolekcjach była też modlitwa o uzdrowienie i wylanie darów Ducha Świętego. Tam w końcu Pan Bóg się do mnie przebił ze Swoją miłością. Próbował wcześniej – nie udawało Mu się, bo zawsze mówiłem: „Jak można kochać kogoś takiego jak ja?”. Nie potrafiłem przyjąć Jego miłości. Na tamtych rekolekcjach, w ciszy, otworzyłem się na Jego miłość, doświadczyłem jej. Jezus przyszedł do mnie tam, gdzie najbardziej bolało – w doświadczenie cierpienia rodzinnego, w moją samotność, w to wszystko, co w sobie kisiłem. Dał mi się poznać jako Przyjaciel, który mnie zna i nie odrzuca. Przyjąłem to, zakochałem się w Nim i zapragnąłem czegoś więcej.

Zacząłem powoli wzrastać we wspólnocie, a wtedy diabłu się przypomniało, że kiedyś przez moje praktyki dostał klucze do mojego życia. Zaczął składać mi wizyty, np. wszędzie w domu zapalone światła, ludzie się kręcili, a ja „czułem dziada” za plecami. Jak się weszło w grzech, to się teraz ma. Jedyne, co mogłem, to się modlić na różańcu, aż sobie poszedł. Kiedy czułem, że gdzieś się kręci, święciłem pokój i chwytałem za różaniec. Wtedy byłem bezpieczny. Pan Bóg dopuścił na mnie takie doświadczenie, żebym poczuł, w co wdepnąłem: Widzisz na odległość? Fajnie. Możesz zobaczyć, co jest na biurku koleżanki? Jesteś bogiem we własnych snach? Super, tylko później nie wiesz już, jak głęboko jesteś w bagnie. Znamienne dla mnie było to, że gdy to odrzuciłem, wszystkie „fenomeny” zniknęły jak ręką odjął. Wychodząc z okultyzmu i wzrastając z Panem Bogiem, który dawał mi doświadczenie Swojej obecności, niesamowitego pokoju, tego, że On jest przy mnie, ogromnej miłości, widziałem kontrast w tym wszystkim. On jest moim przyjacielem, wspiera mnie, idziemy razem, zna mnie, przygarnia i nie opuszcza. To, co Pan Bóg mi dał, to uwolnienie od tego zniewolenia. Wszedłem w ezoterykę przez nieświadomość, szukając miłości, własnej wartości, a On mnie wyciągnął z niej Swoją łaską. Mogłem w tym tkwić nie wiadomo jak długo i wszystko by mi się zgadzało, ale Bóg mnie wyzwolił, dał mi Swoją miłość. Właśnie ona uzdolniła mnie do wyjścia z mojego zamknięcia, do przekroczenia własnej niemocy i przebaczenia mojemu ojcu. Ta miłość uczyniła moje życie szczęśliwym. Chwała Panu!

Krzysztof

Świadectwo wygłoszone 30 listopada 2015 r. podczas Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym, prowadzonego przez Wspólnotę Posłanie, opublikowane w "Posłaniu" 6/2015