Zjednoczona z Panem w Krzyżu

Mam na imię Danuta, mam 64 lata i pragnę podziękować Bogu za Jego obecność i działanie w mym życiu.

W 1992 roku przeżyłam śmierć kliniczną jako następstwo zawału serca. To wydarzenie skłoniło mnie do szukania odpowiedzi na najważniejsze pytania w życiu, dotyczące Boga, śmierci, sensu istnienia.

Bóg tak pokierował moimi krokami, że znalazłam się w Odnowie w Duchu Świętym, we wspólnocie „Studnia Jakuba” w Tomaszowie Mazowieckim. Weszłam na drogę formacji duchowej proponowanej przez Ośrodek Odnowy w Duchu Świętym w Łodzi i zaangażowałam się w dzieło ewangelizacji.

Przez wiele lat organizowałam wyjazdy na msze święte z modlitwą o uzdrowienie do kościoła oo. Jezuitów w Łodzi, pielgrzymki do sanktuariów maryjnych w Polsce i poza jej granicami. Starałam się wykonywać dobrze powierzone mi zadania. Czułam się spełniona w powołaniu, szczęśliwa, że mogę służyć Bogu i ludziom. Codzienna Eucharystia, adoracja Najświętszego Sakramentu i słuchanie Boga sprawiły, że zaczęłam odkrywać coraz większe obdarowanie. W mocy Ducha Świętego mogłam głosić Jezusa w autokarach i wszędzie tam, gdzie Bóg mnie posłał. Byłam pewna, że jeśli będę w bliskiej relacji z Bogiem, to zniosę każdy krzyż.

Przyszedł jednak czas pogorszenia mojego stanu zdrowia, coraz częstsze i zagrażające życiu zaburzenia rytmu serca. Wydolność mojego serca bardzo się pogorszyła. Początkowo nie mogłam wychodzić z domu, potem czynności domowe były nie do uniesienia, w końcu musiałam tylko leżeć, a mówienie sprawiało mi trudność. Z pomocą przyszli mi lekarze z kliniki. W wyniku przeprowadzonych badań stwierdzili, że frakcja wyrzutowa mego serca wynosi zaledwie 18% (prawidłowo powinna wynosić ok. 67%). Podjęli decyzję o wszczepieniu kardiowertera-defibrylatora, by uchronić mnie przed nagłą śmiercią z powodu zaburzeń rytmu serca.

W tym czasie wołałam do Boga, aby tylko był ze mną. Stało się jednak coś przedziwnego - nie było GO, poczułam wielki, paniczny strach i niemy krzyk mej duszy. Odcięta od świata zewnętrznego, od możności adorowania Chrystusa w świątyni, trzymałam kurczowo w ręku koronkę różańca, z nią spałam, myłam się, jadłam. Wpatrywałam się w Krzyż, szukając w nim ukojenia. Zobaczyłam, że nie mówię już: „Panie Jezu, niech się wypełni tylko Twoja święta wola”. Tęskniłam za kościołem, za możliwością wyjścia na dwór, za ludźmi. Gotowa byłam całować stopy każdego człowieka przechodzącego koło mego bloku. Przyroda, która się budziła do życia, była dla mnie niedostępna, zostało tylko okno i tęsknota.

Dzięki modlitwie mojej wspólnoty i mojej własnej usłyszałam pewnego dnia w sercu długo wyczekiwany głos Ducha Świętego, abym mówiła: „JEZU CICHY I POKORNY SERCEM, UCZYŃ SERCE MOJE WEDŁUG SERCA TWEGO”. Zrozumiałam, że Jezus daje mi wskazówkę - z pokorą przyjęty krzyż da mi zrozumieć Jego świętą wolę. Zaufałam Panu, przyjęłam mój krzyż w pełnej świadomości, że nie opuszczę już „mojej pustelni”, położonej w bloku na czwartym piętrze. Z medycznego punktu widzenia nie mam już szans na przeszczepienie serca (przekroczyłam 60. rok życia), brak windy zamyka mi możliwość wyjścia przed dom. Ale dziękuję Bogu za to, że mogę poruszać się znów po mieszkaniu, patrzeć na świat przez okno, rozmawiać z ludźmi i PRZYJMOWAĆ JEZUSA, którego przynosi mi kapłan i nadzwyczajny szafarz.

Małymi kroczkami Jezus „odbiera mi” te dary, którymi posługiwałam we wspólnocie. W zamian ofiarował mi MIŁOŚĆ DO KRZYŻA I KAŻDEGO CZŁOWIEKA. Dziękuję Jezusowi, ofiaruję Mu swój krzyż cierpienia i polecam w modlitwie kapłanów, chorych, lekarzy, wspólnoty, a nade wszystko dusze cierpiące w czyśćcu, dusze moich przodków. Proszę Boga o uzdrowienie międzypokoleniowe, a Pan stawia mi przed oczy konkretne osoby.

Wiem też, że jestem Bożym posłańcem i w tej „nowej misji” z całego serca pragnę wytrwać.

Wszystkich tych, którzy będą czytać to świadectwo, proszę tylko o jedno „Zdrowaś Maryjo”, abym mogła nadal ofiarować swój krzyż tym, którzy go najbardziej potrzebują i nie tęsknić za światem zewnętrznym.

Danusia  

Świadectwo z "Posłania" 2/2010