Pan Jezus zaprosił mnie do miłości

W tym roku uczestniczyłam w II tygodniu rekolekcji ignacjańskich w Porszewicach, prowadzonych przez wspólnotę Odnowy w Duchu Świętym „Mocni w Duchu”. Dotyczyły one poznania, pokochania i naśladowania Jezusa. Był to niezwykły czas łaski udzielanej mi przez całe osiem dni. Mogę śmiało stwierdzić, że były to najlepsze rekolekcje, w jakich kiedykolwiek uczestniczyłam i jestem przekonana, że stało się tak za wstawiennictwem Matki Bożej.

Na ten czas byłam przygotowywana od wielu miesięcy. Jednym z kluczowych znaków było święto Zesłania Ducha Świętego. Kiedy obudziłam się rano, bez przyczyny naszła mnie myśl: „Ja cię uzdrawiam, uwalniam i będziesz żyć w wolności, ale jeśli nie będziesz kochać i zamkniesz się w swojej izdebce, to wszystko będzie na marne”. To była bardzo mocna myśl, która pozostawiła po sobie przekonanie, że koniec tylko z poznawaniem miłości, czas na czyny miłości. Poczułam, że zostałam postawiona przed wyzwaniem kochania, czynienia miłości, co oznaczało, że nadszedł czas naśladowania Jezusa, czas życia Ewangelią, a nie tylko jej czytania.

Drugim ważnym punktem w przygotowaniu była modlitwa różańcem. Około dwóch miesięcy przed rekolekcjami czytałam jedną z homilii o. Józefa Kozłowskiego, w której bardzo poruszyły mnie słowa o tym, że o realizację powołania należy walczyć. Podczas II tygodnia jest moment rozeznania swojej drogi życiowej, które dla mnie zawsze było bardzo trudnym tematem. Czułam wielki lęk, że Bóg zrobi coś wbrew mnie i moim pragnieniom założenia rodziny, miałam mnóstwo kompleksów i myśli, że się nie nadaję do małżeństwa. Kiedy przeczytałam te słowa, olśniło mnie, że od samego początku mojego nawrócenia toczy się walka o moje powołanie. Od razu zobaczyłam, jaką strategię stosował zły duch: z jednej strony tłamsił, gasił i nie pozwalał patrzeć na siebie z miłością (nieustannie pojawiały się myśli, że się nie nadaję, że pochodzę z rodziny alkoholowej, więc nie dam rady założyć zdrowej rodziny, że nikt mnie nie zechce, że zawsze jestem nie dość dobra), z drugiej strony straszył tym, że Bóg zmusi mnie do tego, czego nie chcę, czyli powoła do zakonu. Był to lęk paraliżujący, często nie pozwalający skupić się na życiu codziennym, na obowiązkach. Czytając słowa o. Józefa, poczułam bardzo mocne wezwanie do walki duchowej. Zawsze kojarzyła mi się ona z różańcem, a że od jakiegoś czasu myślałam o nowennie pompejańskiej, więc podliczyłam i okazało się, że do rekolekcji zostało dokładnie 54 dni. Otrzymałam konkretny znak, że ta myśl nie pochodzi ode mnie, a od Ducha Świętego. Podjęłam się wyzwania i tylko dzięki łasce w nim wytrwałam. Dodam jeszcze, że równie istotnym wydarzeniem było przyjęcie szkaplerza Matki Bożej z Góry Karmel. W Jej święto pierwszy raz przeczytałam, na czym polega przyjęcie szkaplerza i pojawiło się we mnie mocne pragnienie, by to uczynić i to jeszcze tego samego dnia. Z łaską Bożą tak też się stało.

Podczas rekolekcji zrozumiałam, że to wszystko było elementami Bożego planu. Przez rok przerwy między kolejnymi rekolekcjami ignacjańskimi w moim życiu wiele się zmieniło. Modlitwa stała się spotkaniem i rozmową z Panem Jezusem, głębszym doświadczeniem obecności Jego i Matki Bożej. Doświadczyłam innego rozumienia Słowa Bożego. Kiedyś docierały do mnie proste prawdy z fragmentów Ewangelii, a od jakiegoś czasu zaczęłam je rozumieć głębiej, widziałam kontekst, obraz całej sytuacji. Było to bardzo pomocne w kontemplacji Słowa Bożego podczas II tygodnia. Przez ten rok bardziej poznałam siebie. Potrafiłam określić moje dwa największe pragnienia: wydać się prowadzeniu Ducha Świętego, by głosić Słowo Boże oraz założyć rodzinę. Moim problemem była niewiedza, jak można to połączyć. Innym bardzo ważnym elementem było uzdrowienie i uwolnienie. Żeby podjąć decyzję o drodze życia, człowiek musi być wolny od lęku, ufać Bogu i mieć doświadczenie, że jest On Bogiem miłości, a nie bezdusznym tyranem. Wiele z tych uwolnień i uzdrowień dokonywało się na przestrzeni lat. Bardzo ważna przemiana nastąpiła w sferze miłości do siebie. Musiałam pokochać siebie, żeby pozwolić sobie na robienie tego, czego pragnę, chcę, lubię i by o to zawalczyć. Uwolnić się od robienia czegoś ze względu na opinię innych ludzi. Wszystko to otrzymałam jako łaskę, bym mogła dokonać wyboru drogi życia, której powołanie do konkretnego stanu jest jedynie częścią.

Nadszedł czas rekolekcji. Jeszcze głębsze wejście w relację z Jezusem, jeszcze większe „tak”, by służyć Jemu jako Królowi, by stawać się taką jak On, na dobre i na złe, w chwilach zwycięstwa i upadku, radości i cierpienia. Bardzo często pomijałam wątek Męki i Krzyża. Rozumiałam i przyjmowałam to, że Jezus z miłości umarł za nas haniebną śmiercią, ale nie przyjmowałam tego do końca sercem, uciekałam. Wolałam widzieć w Nim Boga, który jest pełen mocy, uzdrawia, kocha, raduje się. Jest to niewątpliwie łatwiejsze. Jednak jeszcze przed rekolekcjami powoli dostawałam znaki, że jestem oswajana z krzyżem. Mocnym tego przejawem było zapoznanie się z życiorysem św. Edyty Stein, wielkiej kobiety, która dała się zabić za swój naród podczas II wojny światowej. Patrzyła na Jezusa jak na Baranka, przyjęła swój krzyż. Kolejnym, bardzo delikatnym znakiem, była książka o trzech etapach nawrócenia, którą polecił mi przyjaciel. Pierwszy etap – z pogaństwa na chrześcijaństwo, drugi – głoszenie świadectwa, trzeci – niesienie krzyża. Czułam opór, niezrozumienie, kiedy myślałam o cierpieniu, ale wiedziałam, że Bóg czegoś tu ode mnie chce. Na rekolekcjach dotknęła mnie mowa Pana Jezusa do Apostołów: Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, uwalniajcie od złych duchów. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie (Mt 10,8). Zrozumiałam, że Apostołowie, aby to wszystko czynić, muszą wyjść do ludzi. Innym obrazem, który widziałam podczas kontemplacji, był moment spotkania się z Jezusem po śmierci. Nie pytał, mnie czy kochałam, ale jak kochałam. Nagle wszystko stało się dla mnie jasne: Jezus zna moje serce dogłębnie, wszystkie moje zamiary i intencje. Sama z siebie nie potrafię kochać. Zrozumiałam, że miłość wzbudzana w sercu przez Boga jest Jego wolą, aby ją czynić. Do mnie należy wybór, czy idę za nią, czy też nie. Wiedziałam też, że, kochając drugiego, podejmujemy się ryzyka, że zostaniemy zranieni. Bałam się tego. A Pan Jezus pokazał mi, że jeśli będę trwać przy Nim, kiedy jest na Krzyżu, to On będzie trwał przy mnie, gdy będę na krzyżu. Wtedy zrozumiałam, że nie zostanę sama. Cokolwiek by się wydarzyło, On będzie ze mną i, co więcej, staniemy się do siebie podobni. Na rekolekcjach poczułam, że Pan Jezus zaprasza mnie do tej miłości, w której będę wybierać tak, by jednoczyć się z Nim na krzyżu. Tym moim krzyżem jest właśnie otwieranie się na drugiego, okazywanie mu miłości, cierpliwe znoszenie i przyjęcie tego, co drugi człowiek daje. Zobaczyłam, że Jezus tak postępuje w stosunku do nas, bo Jego miłość większa jest od naszych słabości i grzechów. Zawsze patrzy oczami pełnymi miłości.

Bardzo prosiłam w modlitwach o łaskę rozeznania powołania. Nie chciałam już się męczyć. Po latach zmagań pragnęłam wiedzieć, co jest wolą Bożą w moim życiu. Ku mojemu zaskoczeniu, cały okres rekolekcji przeszłam w stanie pocieszenia duchowego. Była to bardzo potrzebna łaska, bym już nie miała żadnych wątpliwości co do swojej drogi życia. Lata wcześniej próbowałam rozeznawać, pytałam, w którą stronę mam iść: małżeństwo, zakon, a może konsekracja w świecie? Odpowiedzi padały różne, w zależności od stanu ducha, w jakim byłam. Kiedy odczuwałam pokój w rozeznaniu, bardzo szybko był on odbierany pojawiającymi się wątpliwościami. Trwało to latami. Dopiero na tych rekolekcjach, słuchając konferencji, obserwując siebie podczas pocieszenia, kontemplując życie Jezusa, potrafiłam określić, jakie pragnienie w moim sercu pochodzi od Boga. Gdy słuchałam, wiedziałam, na co wskazują te wszystkie myśli, wątpliwości i walki. Bardzo pomocne były słowa jednego z prowadzących: kiedy był w pocieszeniu, wiedział, że chce być jezuitą, a kiedy był w strapieniu, nie chciał iść do jezuitów. Dla mnie sprawa już była jasna, gdyż przez cały czas trwających rekolekcji, będąc w pocieszeniu, rozpoznawałam, która droga przynosi mi pokój i radość. Gdy ostatniego dnia przed Najświętszym Sakramentem mieliśmy rozeznawać swoje powołanie, okazało się, że była to jedna z najprostszych decyzji. Wystarczyły już wtedy dwa pytania, by rozpoznać, że moją drogą jest małżeństwo. Była w tym taka jasność, pokój i radość, że zyskałam pewność, że to jest właśnie to. Ale co z moim pragnieniem intensywnego głoszenia Słowa Bożego z mocą? Ono też pochodzi od Boga. Nie wiedziałam, jak je pogodzić, ale rozwiązanie jest dość proste. Trzecie pytanie przy rozeznawaniu powołania brzmi: „Z kim?”. Podczas spaceru, przy odmawianiu koronki do Miłosierdzia Bożego zrozumiałam, że to ma być człowiek, który będzie tak jak ja głosił. Tym oto sposobem wiem, że teraz mam się zająć ewangelizacją. Co najzabawniejsze, przypomniało mi się, że na samym początku mojej drogi z Jezusem, mając 16 lat, mówiłam, że chcę małżeństwa, w którym będziemy razem ewangelizować. Pan Jezus doskonale pamięta modlitwy sprzed kilku lat i naprawdę wszystko realizuje w zależności od naszego otwarcia. Przez cały okres rekolekcji słyszałam w sercu: „Spokojnie, mój Duch Cię poprowadzi”, „Ja Cię poprowadzę” i tak naprawdę jest. Zrozumiałam, że trzeba tylko pozwolić Mu działać, a nie robić po swojemu.

Na koniec powiem, że wszystko jest łaską. Wiedziałam, że nic z tych rzeczy nie pochodzi ode mnie, a zostało mi dane właśnie po to, by iść do człowieka, otwierać się, dawać się ranić i uczyć się kochać – by stawać się jak Jezus, by już nie tylko czytać Ewangelię, a zacząć nią żyć. Stawać się uczniem Jezusa, trwać przy Nim, przyjmować Go w postaci Chleba i zakorzenić się w Słowie Bożym. Kiedy pierwszy raz przyjęłam Jezusa, do mojego serca dostała się Świętość, która zaczęła mnie przemieniać, zobaczyłam wiele spraw na nowo. Słowo Boże działa tak samo. Kiedy je czytam, zapada w moim sercu, umyśle i dokonuje przemiany. Wszystkie te łaski zostały bez wątpienia wyproszone przez Matkę Bożą, która towarzyszyła mi w przygotowaniach do rekolekcji i podczas ich trwania. I Jej słowami zakończę: Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie służebnicy Swojej (…), gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, święte jest imię Jego, a Swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia [zachowuje] dla tych, co się Go boją (Łk 1,46-50).

Gosia   

Świadectwo z "Posłania" 5/2015