Bóg dotykał mego serca mimo przeszkód

O rekolekcjach ignacjańskich powiedziano mi zaraz na pierwszym spotkaniu mojej wspólnoty. Chyba trochę się ich obawiałam, bo dopiero po dwóch latach wzięłam w nich udział.

Kiedy się wreszcie zapisałam na Fundament, wszystkie potencjalne problemy zostały rozwiązane: ktoś ze wspólnoty jechał swoim samochodem w tym samym terminie i mogłam do niego dołączyć, a mój brat w ostatniej chwili zmienił swoje plany wyjazdowe i został, by opiekować się naszą mamą podczas mojej nieobecności. Co więcej, mama świetnie zniosła ten czas i po powrocie znalazłam ją w bardzo dobrej kondycji, pomimo trwających upałów.

Same rekolekcje były dla mnie czasem niełatwym. Nie mogłam się przekonać do aż trzech 45-minutowych medytacji dziennie, a snucie się po obejściu ponad setki ludzi ze wzrokiem utkwionym w ziemię wydawało mi się wysoce udziwnione. Nie mogłam się w tym odnaleźć i początkowo reagowałam wewnętrzną złością, niechęcią i frustracją pomimo postanowienia, że będę wypełniać skrupulatnie wszystkie zalecenia. Przypuszczam, że aby od samego początku dobrze przeżyć te rekolekcje, trzeba być po prostu skromnym i pokornym. Niestety, brak tego sprawił, że chociaż starałam się dostosować do podanych wskazówek, nie wkładałam w nie całego serca. To było tak, jakbym jeden z pięciu bochenków ofiarowanych przez chłopca Jezusowi przed rozmnożeniem zatrzymywała dla siebie, by nie stracić całkowicie kontroli nad sytuacją, mieć coś swojego w rezerwie. W głowie ciągle krytykowałam plan dnia jako przeładowany, miałam nie do końca właściwą motywację do zachowywania charakterystycznego dla rekolekcji ignacjańskich całkowitego milczenia. Chociaż przeczytałam w podręczniku o niebezpieczeństwach postawy „ja wiem lepiej”, nie odniosłam jej do siebie. Można by powiedzieć, że dopiero po rekolekcjach przejrzałam na oczy. Dostrzegłam na przykład, że – zamiast chodzić na dalekie spacery, podczas których szukałam samotności oraz Boga w pięknie przyrody (a tak naprawdę po prostu uciekałam z rekolekcji) – mogłam więcej czasu spędzić przed tabernakulum w kaplicy w gronie innych rozmodlonych osób. Również dopiero po powrocie zaczęłam rozumieć, o co chodziło w wypływaniu na głębię podczas medytacji. Powoli dochodzi do mnie, ile przegapiłam, chociaż byłam punktualna, nie ulegałam pokusie popołudniowej drzemki i starałam się sumiennie wypełniać zalecenia. Jednak czułam się jak w imadle, zmuszającym mnie do pozostania nieruchomo w niekomfortowej dla mnie pozycji.

Na szczęście moje frustracje nie przeszkodziły Bogu i dotykał mego serca, kiedy chciał. Nieustannie czegoś się uczyłam, coś nowego sobie uświadamiałam – od spraw drobnych, a jednak dla mnie ważnych, po egzystencjalne. Rekolekcje ignacjańskie na pewno porządkują nasze życie duchowe, ustalają priorytety. Na pierwszym miejscu stawiają nasze zbawienie, któremu powiniśmy podporządkować całe nasze życie. Podczas medytacji – i nie tylko – Pan Bóg zaskakiwał mnie ogromem Swojej Miłości i to na przynajmniej kilka sposobów. Słowa, które padły na jednej z konferencji, że Bóg Ojciec jest ze mnie dumny i że jestem Jego arcydziełem, przełamały zatwardziałość mego serca i zaczęły je urabiać. Następnie Pan dwukrotnie przypomniał mi – niegdyś mój ulubiony – cytat z Księgi Izajasza: Będziesz prześliczną koroną w rękach Jahwe, królewskim diademem w dłoni Twego Boga (62,3). Wreszcie przyjęłam z radością także drugą część tego fragmentu: Albowiem spodobałaś się Panu i twoja kraina otrzyma męża. Bo jak młodzieniec poślubia dziewicę, tak twój Budowniczy ciebie poślubi, i jak oblubieniec weseli się z oblubienicy, tak Bóg twój tobą się rozraduje (Iz 62,5). Poznałam też imię, którym nazywa mnie Jezus, kiedy się do mnie zwraca. Poruszyło mną stwierdzenie, że moja grzeszność nie jest dla Boga przeszkodą, bo On kocha mnie właśnie wtedy, kiedy upadam, w moich słabościach, gdyż Miłość Boża nie zależy od mojego postępowania. Naprawdę mocne, zwłaszcza w kontekście mojej postawy! Co więcej, właśnie przez pęknięcia i szczeliny mojego serca może Bóg olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej (2 Kor 4,6-7). Bardzo mocne! Na nowo zafascynowała mnie postać Dawida, którego tożsamością był Bóg Żywy i który zignorował zasady walki narzucane mu przez Goliata (ubierając zbroję Saula i walcząc mieczem, młodziutki Dawid rzeczywiście nie miałby szans, a tak pokonał go, jak wcześniej dzikie zwierzęta). Może się to przydać w walce duchowej. Co więcej, na modlitwie w kaplicy nagle olśniło mnie, że przez Maryję mogę kochać Jezusa bardziej niż sama z siebie, o wiele mocniej, miłością czystą, bezinteresowną, oddaną Mu całym sercem, bo tak kocha Jezusa Maryja! Niesamowite, zwłaszcza że często martwiłam się, że nie potrafię kochać Jezusa, bo moje serce jest takie oschłe. Poczułam się też wezwana i przynaglona do służby, do oddania Panu Jezusowi tego, co mam, nieasekurowania się, niestania z boku, ale pójścia na całość. Ostatniego wieczoru, na mszy świętej o uzdrowienie, Pan Bóg zapowiedział spełnienie największego pragnienia mego serca – obdarowania mnie wszystkimi – jak to zostało podkreślone – owocami Ducha Świętego! Nie mogę się już doczekać, kiedy miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność i opanowanie staną się cechami mojego charakteru!

Nie sposób opowiedzieć wszystkiego – ilość spraw, które nabrały nowego światła, odpowiedzi na różne pytania, które miałam, nowe ścieżki, które dojrzałam, nowe natchnienia… Kiedy obudziłam się ostatniego poranka, w dniu wyjazdu, nagle ogarnął mnie paniczny lęk, że nie poradzę sobie z czekającymi na mnie obowiązkami w domu, ale – za przykładem Dawida – nie podjęłam tego wątku i na powrót skupiłam się na dobroci Bożego Serca. Nawet nie zauważyłam, kiedy „Goliat lęku” został pokonany. A moja dusza i duch cały czas chcą śpiewać i tańczyć! Alleluja!

Joanna  

Świadectwo z "Posłania" 5/2015